Mieszkania pod inwestycje zmieniają oblicza miast. Także w Polsce. Czas działać
E u ropa już się z tym mierzy, u nas włodarze zaczynają dostrzegać problem – mieszkania pod inwestycje wypychają z atrakcyjnych części miasta zwykłych Kowalskich. I chodzi nie tylko o Kraków czy Gdańsk, ale i mniejszy Sopot, czy Zakopane. Powodem kłopotów są wysokie ceny mieszkań, które np. w Sopocie przekraczają nawet 20 tys. zł za mkw. Taka cena sprawia, że nowo budowane lokale są dla średnio zarabiających niedostępne. A że stare dla inwestorów też są atrakcyjne, także i z nich znikają dotychczasowi mieszkańcy. Zostają, w najlepszym razie, sezonowi turyści. Efekt dla samorządu? Utrata wpływów podatkowych, konieczność inwestycji infrastrukturalnych, by mieszkańcom z obrzeży zapewnić dowóz do centrum, rozpad więzi społecznych.
Straty mogą też odczuć przedsiębiorcy – bo gdy stałych klientów jak na lekarstwo, dochody spadają. Prezydent Gdyni Wojciech Szczurek nie ma wątpliwości – ograniczenia w zakupie mieszkań przez biznes na biznes są konieczne, inaczej miasto „zachowa mury, ale straci ducha”. – W dłuższej perspektywie straci na atrakcyjności i nie będzie już tak chętnie odwiedzane – mówi. Tylko jak to zrobić? W Polsce rynek mieszkaniowy, zarówno pierwotny, jak i wtórny, jest wolny i regulowanym przez instrumenty podaży i popytu, a prawa własności chroni konstytucja. Samorządy mają więc związane ręce – by wzorem europejskich miast wprowadzać rozwiązania blokujące proces wyludniania albo zamieniania części obszarów w dzielnice wyłącznie dla turystów – konieczna byłaby zmiana prawa. – Nie wyobrażam sobie sytuacji, by rada miasta podjęła uchwałę zakazującą właścicielom wynajmowania ich mieszkań, a nawet zobowiązującą ich do zamieszkiwania w nowo zakupionych lokalach mieszkalnych – mówi prawnik Konrad Młynkiewicz. Nie znaczy to jednak, że lokalne władze są bezsilne. ©℗
Bożena Ławnicka
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.