Idol zza płota
Burmistrz wysłucha, pomyśli, pomoże. Szczególnie jeśli jest naszym sąsiadem, o co w małej miejscowości nie- trudno. Dlatego dwóch na trzech Polaków darzy go bezgranicznym zaufaniem
Co mam powiedzieć 80-letniej staruszce, która przychodzi do mnie, by się wyżalić, że wizytę lekarską u specjalisty ma za osiem miesięcy? Przecież nie mam na to żadnego wpływu. Tak samo jak nie mogę jej zwolnić z centralnie wprowadzonych stawek opłat za wywóz śmieci - opowiada Józef Grzegorz Kurek, długoletni burmistrz Mszczonowa na Mazowszu. - Jest mi przykro, że nie mam jej jak pomóc. Bo bardzo bym chciał.
Te dobre chęci samorządowców nie są faryzejską pozą przyjmowaną w celu kolekcjonowania przedwyborczego poparcia, które jest potrzebne jedynie raz na cztery lata. One stały się faktem. I bardzo szybko znalazły potwierdzenie w badaniach opinii publicznej. 60 proc. Polaków jest dzisiaj zdania, że samorządowcy to ludzie, którym warto ufać. Że tylko oni realizują obecnie etos służby publicznej, stawiającej zwykłego mieszkańca na piedestale i robiącej wszystko, by rozwiązać jego problemy oraz zaspokoić potrzeby. Radni, wójtowie, burmistrzowie i prezydenci małych miast wybierani bezpośrednio nie traktują swoich funkcji jak zdobyczy służących do nachapania się. Przeciwnie - sami doskonale zdają sobie sprawę, że ich praca ma sens, tylko gdy wychodzi naprzeciw realnym potrzebom lokalnych społeczności.
Nigdy dotąd nasze władze samorządowe nie cieszyły się w naszych oczach takim uznaniem. Większym darzymy jedynie wojsko i policję - służby mundurowe, których zadaniem jest czuwanie nad naszym bezpieczeństwem.
System zero-jedynkowy
Szczegóły przynosi badanie CBOS "Stosunek do instytucji państwa oraz partii politycznych po 25 latach" przeprowadzone w maju 2014 r. (metodą wywiadów bezpośrednich wspomaganych komputerowo na reprezentatywnych próbach losowych dorosłych mieszkańców Polski). Wynika z niego, że o ile Polacy dystansują się odinstytucji państwa spełniających najważniejszą funkcję w systemie demokracji przedstawicielskiej, takich jak Sejm, Senat czy partie polityczne, i deklarują, że mają do nich ograniczone zaufanie, o tyle samorząd, wojsko i policja notują rekordy popularności. "Miętę" do munduru można tłumaczyć dość jasno - to przecież służby, których zadaniem jest bronić naszych granic lub bronić nas przed napadem na ulicy. Ale fenomen wsparcia dla lokalnych włodarzy? Jak wyjaśniają eksperci, i to jest stosunkowo naturalne.
- Na Wiejskiej kanon spraw istotnych dla przeciętnego Polaka jest wyjątkowo mały. Obywatelskie projekty ustaw - właściwie czegokolwiek by dotyczyły - trafiają do niszczarek, obietnice z kampanii wyborczych - np. dotyczące wprowadzenie podatku liniowego, który dotykałby nas wszystkich - lądują w koszu. A problemy w stylu, czy któraś z pań posłanek ma przyrodzenie, czy go nie ma, albo to, czy lepiej używać formy ministra, czy minister, lub to, kto się z kim kłóci i jakim mianem go określa, jest zdecydowanie mniej istotne niż sprawy codziennie. Bliższa ciału koszula: sprawna wymiana prawa jazdy oraz to, czy urzędnik pomoże nam skompletować dokumenty potrzebne do uzyskania pozwolenia na budowę - to są prawdziwe problemy Polaków - ocenia Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego.
W ciągu ostatnich 12 lat nasze zaufanie do władz samorządowych - dzisiaj na poziomie 60 proc. - które te problemy starają się coraz sprawniej rozwiązywać, zdecydowanie wzrosło w porównaniu z 2002 r., kiedy działania wójtów, burmistrzów czy prezydentów korzystnie oceniało 43 proc. Polaków. Zaufanie do centralnych władz politycznych w tym samym okresie również poszło w górę - jednak znacznie mniej dynamicznie - z 28 do 34 proc. Afirmacja władz lokalnych jest największa na wsi (66 proc.) i w małych miastach (do 20 tys. ludności - 64 proc.), najmniejsza natomiast w największych aglomeracjach (powyżej 500 tys. mieszkańców - 43 proc.).
- Im mniejsza jednostka samorządowa, tym realny wpływ mieszkańców na działania samorządu jest większy. Więź między wyborcą a jego lokalnym reprezentantem jest zachowana w większym stopniu w małych miastach niż w dużych, a zwłaszcza największych aglomeracjach - podkreślają w podsumowaniu sondażu Agnieszka Cybulska i Krzysztof Pankowski z CBOS.
W metropoliach samorząd jest upolityczniony, a przez to bywa skompromitowany już na wstępie, bo partii politycznych z roku na rok nie znosimy coraz bardziej. O ile w 2011 r. 36 proc. Polaków deklarowało, że w partyjnych programach jest w stanie znaleźć coś dla siebie, obecnie odsetek ten spadł do 30 proc.
- Samorząd, na który nie wpływają partie, jest dzisiaj jedyną instytucją, gdzie człowiek, który potrzebuje pomocy, ma szansę ją otrzymać - nie ukrywa Józef Grzegorz Kurek. - Dobra gmina stanie na głowie, by rozwiązać problem mieszkańców. Administracja centralna inaczej - stanie na głowie, by udowodnić, że czegoś nie da się zrobić. Stworzy dziesiątki barier administracyjnych i nieformalnych, wypiętrzy przeszkody, zniechęci. Efektem będzie jedynie zmarnowany czas i zszargane nerwy interesanta. W gminach wiemy, że nasz los zależy od naszej pracy. Tu o sukcesie wyborczym nie decydują partie i ordynacja. Decydują nasze osiągnięcia i to, czy się sprawdziliśmy, czy nie. Jest zero-jedynkowo, szarości nie występują - dodaje Józef Kurek.
Trudno nie przyznać mu racji - Mszczonowem kieruje od 1988 r. Początkowo - w PRL - jako naczelnik miasta, od 1990 r. jako burmistrz. Jest najdłużej urzędującym na tym stanowisku w Polsce. Najniższe poparcie, jakie otrzymał w wyborach bezpośrednich, sięgnęło 71,4 proc. - w 2010 r. Najwyższe przekroczyło 92 proc. - w 2006 r.
Z kolei zdaniem Małgorzaty Stępień-Przygody, burmistrz podwarszawskiej Podkowy Leśnej, kluczem do sukcesu, a w efekcie zbudowania długofalowej efektywnej relacji z mieszkańcami, jest aktywność.
- Staram się zawsze odpowiadać na pomysły przychodzące spoza urzędu i to z nich, co wykonalne, realizować jak najszybciej. Bo miasto jest mieszkańców, nie moje - tłumaczy pani burmistrz.
Dlatego podkowianie są pewni - co wynika z raportu "Opinie mieszkańców miasta na temat warunków życia i jakość usług publicznych" z 2011 r. - że nigdy nie wyjdą z urzędu z kwitkiem, zbyci przez pijących kawę urzędników, ale dopiero wtedy, gdy załatwią sprawę. Najzwyklejszy człowiek - bez koneksji i bez pozycji - może zawsze liczyć na rozwiązanie problemu, który w jego ocenie jest istotny.
Mrówki dostają głosy
- "Zgoda! Zgoda! A Bóg wtedy rękę poda" - pisał w "Zemście" Aleksander Fredro. Wbrew pozorom zgoda jest nam bardzo potrzebna, sami już chyba mocno zmęczyliśmy się naszymi kłótniami. Tę zgodę najprościej uzyskać w strukturach samorządowych, tam gdzie nie ma miejsca na politykę, gdzie ludzi łączy wspólne miejsce życia, troska o sąsiedztwo - zauważa Tomasz Styś, ekspert ds. rozwoju regionalnego z Instytutu Sobieskiego. - Polacy obserwują od dawna międzypartyjne spory polityczne, często zupełnie absurdalne, pozbawione krzty zdrowego rozsądku. Od dawna również mogą porównywać temperaturę emocji rządowo-sejmowych z tym, co dzieje się w ich gminie. Kiedy politycy się okładają, ich bezpartyjny coraz częściej wójt czy burmistrz pracuje jak mrówka, rozwiązując lokalne problemy. Odpowiedź na pytanie, gdzie lokować swoje sympatie w takiej sytuacji, wydaje się oczywista - dodaje specjalista.
Dodatkowo eksperci uznają, że ze wszystkich reform przeprowadzonych w Polsce po 1989 r. tę samorządową trzeba określić mianem najbardziej udanej. Nowe chodniki i wodociągi, wyremontowane drogi, szkoły, przedszkola czy ośrodki zdrowia to właśnie zasługa odtworzenia samorządu gminnego z prawdziwego zdarzenia. Takiego, który nie tylko otrzymuje zakres obowiązków do zrealizowania w określonym czasie, lecz także pieniądze konieczne do takich działań.
Rzeczywiście reforma samorządowa była jedną z najważniejszych zmian - obok rynkowych i dotyczących swobód obywatelskich - przełomu 1989/1990. Już rok po pierwszych, częściowo wolnych wyborach w 1990 r. utworzono samorządowe gminy, dziewięć lat później samorządowe powiaty i województwa. Gmina stała się podstawową, umieszczoną najniżej w hierarchii, ale i najpotrzebniejszą jednostką administracyjną w Polsce. Gros kompetencji związanych z obsługą mieszkańców rząd scedował w ten sposób na zarządzających niższego szczebla. Na podstawie uchwalonej w marcu 1990 r. przez Sejm kontraktowy ustawy o samorządzie terytorialnym w ponad dwóch tysiącach gmin komunistyczne rady narodowe zastąpiono radami gmin o znacznie większych uprawnieniach. W maju 1990 r. przeprowadzono pierwsze całkowicie wolne (bez limitów dla dawnej nomenklatury) po 1989 r. wybory - do rad gmin.
W 1999 r. wprowadzono kolejny etap reformy administracyjnej, kreśląc na mapie Polski powiaty i nowe województwa. Władzami ustawodawczymi województw zostały sejmiki, a wykonawczymi - marszałkowie. Powiatami zarządzają do dziś w wyniku reformy rady i starostowie. Samorządy uzyskały dofinansowanie powierzonych im zadań z udziału w PIT, a także z dotacji i subwencji. Przedostatnim akordem reformy samorządowej było wprowadzenie w październiku 2002 r. bezpośrednich wyborów wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, co dało mieszkańcom poczucie realnego wpływu na wynik głosowania. Ostatnim jest wprowadzenie w planowanych na listopad tego roku wyborach samorządowych jednomandatowych okręgów wyborczych, co oznacza, że mandat radnego zdobędzie jedynie osoba, która w danym miejscu zbierze najwięcej głosów. Wynik zbiorczy danej partii, organizacji czy stowarzyszenia nie będzie miał znaczenia.
Można przypuszczać, że zmiany w ordynacji jeszcze bardziej zacieśnią więzi między wybierającymi i wybieranymi. Bo o ile do tej pory pewność wyboru miał kandydat na stanowisko prezydenta, wójta lub burmistrza, który otrzymał największą liczbę głosów (większą co najmniej o jeden od połowy ważnych głosów), o tyle dzisiaj - na razie w gminach niedziałających na prawach powiatu - mandat radnego w danym okręgu wyborczym uzyska również ta osoba, która liczbą zebranych głosów pokona wszystkich innych startujących. Politycy nie zgodzili się na wprowadzenie pełnej jednomandatowej ordynacji okręgowej ze względu na silną jeszcze pozycję partii politycznych w metropoliach - Warszawie, Łodzi czy Gdańsku. Tu wciąż skomplikowana ordynacja będzie bronić ich interesów i premiować awansem do rad gmin lub dzielnic osoby, które w małych jednostkach według nowych przepisów nie miałyby żadnych szans, ponieważ są partyjnymi funkcjonariuszami, a nie wrośniętymi w lokalne środowiska społecznikami z misją.
Zdaniem Marcina Rzońcy, radnego Warszawy i byłego wiceburmistrza stołecznego Śródmieścia, partie nie poparły zmian w ordynacji w miastach na prawach powiatu, bojąc się utraty wpływów. A mogłaby być ona sromotna, biorąc pod uwagę przywołane wcześniej dane: dwóch na trzech Polaków nie chce mieć z politykami nic wspólnego, uważając ich za niepotrafiących dotrzymywać obietnic dzierżycieli władzy dla samej władzy. W takiej sytuacji prezydentury i rady dużych miast mogłyby stać się wreszcie apolityczne.
- W małych gminach po listopadowych wyborach będzie jeszcze większe poczucie bycia u siebie i możności wpływania na własne sprawy. Od lat w wyborach samorządowych w Polsce, która raczej głosuje słabo, frekwencja jest zawsze najwyższa. Teraz - w gminach, gdzie wyborców wyposażono w wyjątkowo dobre narzędzie demokratyczne - będzie zapewne jeszcze wyższa - przewiduje Marcin Rzońca.
Tym bardziej że jak wynika z ankiety Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej, w ocenie 62 proc. Polaków to właśnie lokalni radni najlepiej reprezentują interesy mieszkańców w sprawach publicznych w naszych miastach i gminach. Polityków działających na szczeblu centralnym wskazało... 1,6 proc. badanych.
Żyjemy lokalnie
Dlatego dystans między samorządem a polityką centralną wyznaczany zainteresowaniem wyborców będzie prawdopodobnie rósł z wyborów na wybory. Janusz Kobeszko, ekspert samorządowy i doradca wójta wielkopolskiej gminy Suchy Las, wie, co jest powodem takiego stanu rzeczy.
- Dla samorządowców partnerem jest mieszkaniec. Konkretny człowiek znany z nazwiska i adresu. Jego problem, sprawa do załatwienia. A dla rządu? Abstrakcyjny obywatel, który ma zapewne jakiś problem, ale właściwie nie wiadomo jaki. Jak można mu w takiej sytuacji pomóc? Można jedynie udawać, że się pomaga. Podejmować pozorowane ruchy. Uprawiać sztukę dla sztuki. A to obraża inteligencję wyborców. Kluczem do sukcesu jest skuteczność, a ona może mieć miejsce jedynie w konkretnych, a nie wyimaginowanych sytuacjach. Takie mamy w samorządzie, a nie w Sejmie - tłumaczy Janusz Kobeszko.
Ponieważ gmina jako główna jednostka terytorialna ma wpływ na zaspokajanie większości naszych potrzeb, warto poważnie zastanowić się, czy reforma samorządowa z 1990 r. nie powinna być kontynuowana. Tym razem chodziłoby o to, by samorządy przejęły od państwa dodatkowe funkcje, z którymi, co można ostrożnie podejrzewać, mogłyby sobie poradzić lepiej. Oczywiście musiałyby również dostać na ich obsługę proporcjonalnie więcej pieniędzy.
- Chodzi na przykład o edukację. Dzisiaj do poziomu średniego podlega ona samorządowi. Częściowo gminom, częściowo powiatom. Szkoły rozwijają się świetnie, bo nadzór nad nimi jest lokalny, stały i efektywny. Ze szkolnictwem wyższym jest już inaczej. Obok ekstraklasy uczelni, których kadra jest na tyle dobra, że zawsze będą uczyły najlepiej, jest grupa przechowalni kompletnie pozbawionych przyszłości. Gdyby trafiły pod skrzydła samorządów, wiele z nich zyskałoby szansę na nowe życie - przekonuje Janusz Kobeszko.
Być może nasze rosnące zaufanie dla władz lokalnych jest pochodną tego, że prawdziwie zaczęło obchodzić nas to, jak wygląda nasze miasto, czy bezpiecznie jest na osiedlu, kiedy powstanie nowoczesny plac zabaw dla dzieci, park czy basen. Zdecydowana większość z nas, choć jako społeczeństwo nie wykazujemy szczególnej aktywności obywatelskiej, chce mieć wpływ na lokalne środowisko. 81 proc. Polaków uczestniczy lub zamierza uczestniczyć w konsultacjach społecznych organizowanych przez gminy w przededniu rozpoczynania ważnych inwestycji. Taki dialog z władzą uważamy za coś pozytywnego, nawet jeśli wpływa negatywnie na termin rozpoczęcia prac - duże znaczenie ma dla nas to, że ktoś nas pyta i że bierze - przynajmniej teoretycznie - nasze zdanie pod uwagę. Jesteśmy też zwolennikami (81 proc.) interpelacji obywatelskiej. To narzędzie, które daje grupie mieszkańców prawo żądania od władz wyjaśnień dotyczących konkretnej, istotnej z ich punktu widzenia sprawy. Zwykle dyskusja na ten temat musi odbyć się na sesji rady gminy, powiatu lub sejmiku województwa. 79 proc. z nas z kolei uważa, że warto wykorzystywać obywatelską inicjatywę uchwałodawczą, która pozwala mieszkańcom zgłaszać projekty uchwał. Poddane głosowaniom i wsparte większością głosów radnych stają się lokalnym prawem (wnioski z badania TNS OBOP "Polacy o samorządzie, władzach lokalnych oraz zaangażowaniu w funkcjonowanie społeczności lokalnej", 2012 r.).
Myślimy globalnie, żyjemy lokalnie. I o to nam chyba chodziło.
Dla samorządowców partnerem jest mieszkaniec. Konkretny człowiek znany z nazwiska i adresu. Jego problem, sprawa do załatwienia. A dla rządu? Abstrakcyjny obywatel, który ma zapewne jakiś problem, ale właściwie nie wiadomo jaki
@RY1@i02/2014/162/i02.2014.162.000000700.803.jpg@RY2@
GETTY IMAGES
Marcin Hadaj
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu