W obiegu będą tony danych
Ewa Gryc-Zerych: Żeby portal miał pewność, że zawiera umowę z osobą uprawnioną, musi zebrać o niej pewne dane. Żeby przesłać jej wynagrodzenie, potrzebny jest numer rachunku. To może być ciekawa baza dla komorników
fot. Materiały Prasowe
Ewa Gryc-Zerych, radca prawny i rzecznik patentowy z kancelarii VenaGroup
W debacie publicznej o dyrektywie prawnoautorskiej wspominano głównie o art. 13 (w ostatecznym tekście jest to art. 17), który budzi wiele kontrowersji. Zobowiązuje on platformy internetowe do przyjęcia odpowiednich środków w celu zapobiegania naruszeniom praw autorskich. Zastanawiam się, jak to może działać w praktyce?
Mam wrażenie, że cały ciężar gatunkowy dyskusji w mediach skupił się na „cenzurze”, którą miałby wprowadzać ten artykuł, oraz wynikających z niego ograniczeniach wolności i praw. Jednak nie o to chodzi, przekaz podawany przeciętnemu odbiorcy jest błędny. Celem tej dyrektywy jest zapewnienie, aby twórcy oraz inne podmioty posiadające prawa do poszczególnych utworów (bo niekoniecznie muszą to być twórcy) otrzymywali wynagrodzenie za udostępnianie tych utworów na portalach, które zajmują się dostarczaniem treści online. Dyrektywa idzie więc w tym kierunku, by wszystkie treści, które noszą znamiona utworu, a do tej pory były udostępniane na takich platformach zupełnie bezpłatnie, przynosiły posiadaczom praw odpowiednie wynagrodzenie za to, że utwór będzie dostępny dla użytkowników danego portalu. Ma to zapewnić lepszą ochronę twórców, ale nie kreuje nowych praw, co też wielokrotnie w dyrektywie potwierdzono, ani nie wprowadza żadnej cenzury. To słowo przyjęto na potrzeby walki politycznej, bo jest ono bardzo chwytliwe, zwłaszcza w Polsce. Nie oznacza to, że nie będzie problemów, ale będą zupełnie innej natury.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.