Jawność działania urzędów nie może uderzać w prywatność
Dostęp do informacji publicznej, ochrona danych osobowych, a także prawa autorskie to wartości, których nigdy nie uda się w pełni pogodzić
Trzeba jednak szukać kompromisu. Administracja publiczna z przywołanym problemem styka się na co dzień. Kiedy dostaje wniosek o udostępnienie informacji publicznej, musi każdorazowo przeanalizować, czy ujawnienie określonych danych zainteresowanemu obywatelowi lub przedsiębiorcy nie naruszy prywatności osób, o których wspomina się w dokumentach urzędowych żądanych do udostępnienia, oraz czy nie będzie w sprzeczności z ochroną praw autorskich.
Poufność kontra portale
- Z uwagi na cyfryzację wielu zadań publicznych tworzą się dane, często o charakterze wrażliwym, które są gromadzone w duże zbiory. Państwo ma obowiązek ochrony publicznych baz danych. To tematyka fundamentalna dla państwa, by funkcjonowało demokratycznie, a jednostka nie czuła się dyskryminowana w związku z tym, że państwo te dane posiada - stwierdził prof. dr hab. Cezary Mik, prorektor ds. nauki i rozwoju Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego (UKSW), podczas konferencji naukowej "Ochrona publicznych baz danych". Odbyła się ona na UKSW w ramach realizacji projektu Narodowego Centrum Badań i Rozwoju "Model regulacji jawności i jej ograniczeń w demokratycznym państwie prawnym".
- Portal publikacji orzeczeń sądów powszechnych z jednej strony może być traktowany jako fantastyczne narzędzie, jeśli chodzi o budowanie kultury prawnej społeczeństwa. Z drugiej jednak strony może się okazać fatalnym instrumentem w kontekście ochrony danych osobowych. Trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, jak dalece trzeba takie dane anonimizować, żeby uchronić prywatność osób - powiedziała sędzia Magdalena Durzyńska, jedna z prelegentek. W jej ocenie na ideę całkowitej otwartości administracji nie można spoglądać bezkrytycznie: - Trzeba wyważyć interes publiczny i prywatny, a to nie jest proste. Trzeba też pamiętać, że są pewne rzeczy, których po prostu nie da się udostępnić mimo anonimizacji.
Chodzi o problem reidentyfikacji, czyli sytuacji, w której udostępnienie zanonimizowanego dokumentu urzędowego nie gwarantuje zapewnienia poufności. Dane osobowe lub firmowe z niego wymazane ktoś może odtworzyć na podstawie innych dostępnych mu dokumentów.
Europejska dyrektywa
W kontekście opisywanej problematyki niezwykle ważnym aktem jest dyrektywa 2003/98/WE Parlamentu Europejskiego i Rady z 17 listopada 2003 r. (Dz.Urz. UE L 345, 31.12.2003, s. 90) w sprawie ponownego wykorzystywania informacji sektora publicznego oraz zmieniająca ją przyjęta niedawno dyrektywa 2013/37/UE z 26 czerwca 2013 r. o tym samym tytule (Dz.Urz. UE L 175, 27.6.2013 r., s. 1). Oba akty, co prawda nie zawierają szczegółowej regulacji w zakresie konfliktu dwóch wartości, ale pewne istotne wskazówki w niej znajdziemy.
- Dyrektywa nie znosi przepisów dotyczących ochrony danych osobowych - przypomniał Piotr Drobek z Biura Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych. W dodanym art. 1 ust. 2 lit. cc dyrektywy wskazuje się, że nie stosuje się jej do dokumentów lub ich części wyłączonych z dostępu lub do których dostęp jest ograniczony z powodu ochrony danych osobowych. Ich ponowne wykorzystanie mogłoby być niezgodne z prawem dotyczącym ochrony osób fizycznych w zakresie przetwarzania ich danych osobowych. Wynikać z tego może, że unijny prawodawca wyżej postawił ochronę prywatności niż pełną jawność informacji sektora publicznego.
Ochrona danych osobowych może być więc mocnym argumentem przy odmowie udostępnienia informacji. Również Piotr Drobek zgodził się, że anonimizacja nie zawsze jest rozwiązaniem konfliktu dwóch wartości.
- Podmiot publiczny, decydując o udostępnieniu informacji, musi dokonać oceny ryzyka reidentyfikacji danych zanonimizowanych. To jest konieczne każdorazowo. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej często zwraca uwagę, że przy publikowaniu informacji nie może być automatyzmu - wyjaśniał ekspert z Biura GIODO w czasie konferencji.
Twórczość urzędowa
Inną ciekawą kwestią, która pojawia się w kontekście publicznych baz danych, są prawa autorskie i ich ochrona w odniesieniu do tego, co wytwarzają i posiadają urzędy. Czy takowa należy się chociażby ujednoliconym tekstom ustaw umieszczanym przez Kancelarię Sejmu w Internetowym Systemie Aktów Prawnych, które są tworzone na podstawie dokumentów publikowanych w Dzienniku Ustaw? Albo opracowanym wyrokom umieszczanym w bazie Naczelnego Sądu Administracyjnego?
Mogłoby się wydawać, że tak, skoro zgodnie z art. 2 ust. 1 ustawy z 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. z 2006 r. nr 90, poz. 631 z późn. zm.) różnego rodzaju opracowania są chronione przez przepisy.
- Nie ma powodów, aby odmawiać tezaurusom waloru twórczego. Nie są również spełnione negatywne przesłanki prawnoautorskiej ochrony - wyjaśniała dr Justyna Kurek z Katedry Prawa Informatycznego UKSW.
Mimo to, jeśli zostaną wytworzone w urzędzie, to nie podlegają one ochronie, co wynika z kolei z art. 4 tej samej ustawy. Zgodnie z tą regulacją przedmiotu prawa autorskiego nie stanowią nie tylko akty normatywne i ich urzędowe projekty, lecz także wszelkie urzędowe dokumenty, materiały, znaki i symbole. - Z uwagi na horyzontalne znaczenie materiału urzędowego, każdy wytwór o charakterze twórczym, którego gestorem staje się organ publiczny, z mocy prawa przestaje być przedmiotem prawa autorskiego. Następuje rozerwanie więzi między twórcą a jego dziełem - stwierdziła dr Kurek. - Być może wystarczyłoby, jeżeli wyjęte spod prawa autorskiego byłyby tylko dokumenty urzędowe, czyli dokumenty sporządzone zgodnie z właściwością przez organy publiczne, a nie wszystkie materiały urzędowe.
Piotr Pieńkosz
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu