Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Prawnik

Jak mecenas z klientem, czyli trudna sztuka komunikacji

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 9 minut

Rosnąca na rynku konkurencja sprawi, że prawnicy zaczną większą wagę przywiązywać do języka, którym się posługują

Zamiast "Ala ma kota" prawnik prędzej stwierdzi: "Nieprawdziwy wydaje się pogląd, iż kot nie jest własnością Ali". Skąd u ludzi prawa taka skłonność do komplikowania nawet najprostszego przekazu?

To powszechnie pokutujący mit, że tylko prawnicy tak robią, myślę, że równie niezrozumiale mówią często np. lekarze czy ekonomiści. W przypadku prawników problem polega jednak na tym, że ów powiązany ze skomplikowaną materią język jest jednocześnie podstawowym narzędziem pracy. To narzędzie wykorzystuje się w kontaktach ze współpracownikami w obrębie kancelarii, z innymi profesjonalnymi pełnomocnikami, z urzędami, z sądem...

...zapominając nieraz o kliencie czy podsądnym, który kompletnie niczego nie rozumie.

Rzeczywiście obywatel - nieprawnik -czasem w tym wszystkim zostaje gdzieś z boku. Sama jeszcze jako protokolant w sądzie byłam nieraz świadkiem sytuacji, w których po ogłoszeniu wyroku jedna ze stron wstawała i bezradnie pytała: "To ja wygrałem czy przegrałem?".

I co wówczas robił sędzia?

Pamiętajmy, że sędzia musi wygłosić wyrok w określony sposób, bo tego wymaga procedura i jeśli się ją naruszy, daje się podstawę do zaskarżenia wyroku. Ale po dopełnieniu formalności można próbować wytłumaczyć swoją decyzję prościej i niektórzy przewodniczący składu starali się to zrobić. Inni po prostu wychodzili.

Raczej nie budowali w ten sposób powagi sądu.

Być może nie potrafili mówić inaczej. Już na studiach przyszli prawnicy są niejako przyuczani do posługiwania się pewnymi określonymi konstrukcjami, matrycami, z których część to archaizmy bądź anakoluty, czyli zdania mające wadliwą składnię. Pamiętam kolokwia, z których dostawało się dwa stopnie: jeden za meritum i drugi za język - im bardziej zbliżony do tego, którym pisane są ustawy, kodeksy, teksty prawne, tym lepiej oceniany.

Tym sposobem dochodzimy do kwestii jakości legislacji w Polsce. Wszyscy wiemy, jak niegramatycznie i zawile napisane bywają polskie ustawy.

Kilka lat temu prof. Andrzej Malinowski opublikował wyniki badań statystycznych, pokazujące, że jedno zdanie polskiej ustawy składa się średnio z 40-44 wyrazów (przy średniej długości wypowiedzenia we współczesnej polszczyźnie 11 wyrazów). Wykrył nawet potworka legislacyjnego w postaci jednego artykułu ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, który zajmował tyle miejsca co cała księga "Pana Tadeusza" (prawie sześć tysięcy wyrazów!). Z kolei inne badania prowadzone w sądach dowiodły, że jakość legislacji przekłada się na jakość orzeczeń. Na przykład orzeczenia w sprawach gospodarczych celnych są napisane gorszą polszczyzną niż inne, wydane przez ten sam sąd. Prawo celne jest oparte na regulacjach unijnych, sporo w nim obcych schematów językowych, zapożyczeń i sędziowie zapewne nieświadomie te sformułowania kopiują. Potem, po publikacji uzasadnień i powielaniu ich na potrzeby innych procesów, te koślawe konstrukcje wchodzą do obiegu.

Nie sądzi pani, że powszechny dostęp do elektronicznych baz tekstów ustaw, orzeczeń i uzasadnień też psuje, a może raczej utrwala niedoskonałości języka prawniczego?

W pewnym zakresie tak, bo ułatwia bezrefleksyjne powielanie już raz użytych matryc. Co z tego, że poszczególne formuły mają 50 lat, są archaiczne lub niezrozumiałe - sprawdziły się kiedyś, więc można po nie sięgnąć. Osoby, które tak rozumują, zapominają, że język żyje i wciąż się zmienia.

A skąd u prawników ta mania dużych liter? Mam wrażenie, że najchętniej każde słowo by tak zaczynali.

Sądzę, że częściowo jest efektem konwergencji systemów prawnych, zwłaszcza przenikania wzorów anglosaskich. W angielskim języku prawniczym np. wyraz "umowa" jest pisany wielką literą, bo pełni rolę nazwy własnej i u nas też coraz częściej podpisuje się "Umowę". Zwróćmy uwagę, że zupełnie inaczej wyglądają dokumenty sporządzone w międzynarodowej kancelarii, a inaczej w małej albo takiej, w której nie wszyscy znają język angielski. Tak na marginesie - te wielkie litery czasem kłują w oczy, ale zazwyczaj nie stanowią kłopotu. Gorzej, gdy dany prawnik, kopiując obce sformułowania, usiłuje tłumaczyć je słowo w słowo lub zapomina o interpunkcji, która w polskim języku jest bardzo ważna. Niedawno głośna była sprawa przecinka przed "oraz" w statucie pewnego związku sportowego. Przez jego brak prezes mógł jednoosobowo zbyć nieruchomość, narażając związek na straty, a o losach przecinka, który był i w pewnym momencie zniknął, musi teraz rozstrzygać sąd.

Wszechobecne zapożyczenia z angielskiego są kolejnym problemem, który utrudnia komunikację. Klient z ulicy do prawnika "in house" raczej nie trafi, ale może nadziać się na mecenasa z napisem "of counsel" - od małej lub dużej litery - na wizytówce. Nie ma polskich wyrażeń na wiele prawniczych zwrotów?

Czasem nie ma i brakuje chętnych, by nad tym popracować, czasem posługiwanie się takim żargonem jest wygodne w obrębie dużej, międzynarodowej struktury. Jest też modne, ułatwia wyróżnienie się, identyfikację z określonym środowiskiem. Poza tym młodzi prawnicy uczą się od swoich patronów, jeśli ich mistrz lubuje się w obcojęzycznych sformułowaniach - angielskich czy też łacińskich - oni też zaczynają tak mówić.

Coraz częściej spotykam jednak młodych prawników, którzy swoją pozycję zawodową zamierzają budować właśnie na dobrej komunikacji z klientami. Innymi słowy chcą mówić tak, by być zrozumianym nie tylko przez ludzi z własnej branży, bo to może się przełożyć na większą liczbę zleceń.

Na rynku usług prawnych pojawia się coraz więcej podmiotów, panuje coraz większa konkurencja, więc takie podejście jest zrozumiałe i jak najbardziej słuszne. Na całym świecie można zaobserwować taki oddolny ruch, którego celem jest upraszczanie języka. Zmiana sposobu komunikowania się z klientami przez prawników wydaje się więc nieunikniona. Nawet samorząd zawodowy zaczyna dostrzegać problem, oferując w ramach aplikacji zajęcia fakultatywne z dziennikarzami i polonistami.

Ale praca powinna się chyba zacząć już na studiach?

Zdecydowanie tak. Dziś na studiach magisterskich jest za mało zajęć z kultury języka, z retoryki, z wymowy prawniczej. Umiejętności interpersonalne też na razie nie są doceniane. W efekcie kształci się prawników na wzór tego z powieści Agathy Christie "Morderstwo w Boże Narodzenie", który czytał testament, "rozsmakowując się szczególnie w nieprzeniknionej dla laika terminologii prawniczej" i "delektował się komplikacją jurystycznej składni".

Kształci się prawników na wzór tego z powieści Agathy Christie "Morderstwo w Boże Narodzenie", który czytał testament, "rozsmakowując się w nieprzeniknionej dla laika terminologii prawniczej" i "delektował się komplikacją jurystycznej składni"

@RY1@i02/2013/142/i02.2013.142.07000020a.803.jpg@RY2@

fot. wojtek górski

dr Anna Jopek-Bosiacka, radca prawny i lingwista, adiunkt w Instytucie Lingwistyki Stosowanej UW, członek Zespołu Języka Prawnego Rady Języka Polskiego

Rozmawiała Ewa Szadkowska

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.