Sprawa Czarzastego i paradoks polski
Mark Brzezinski, były ambasador USA w Polsce, prawdopodobnie ostatnio zaskoczył wielu Polaków. Dał bowiem do zrozumienia, że jego następca na placówce w Warszawie – Tom Rose, besztając marszałka Sejmu Włodzimierza Czarzastego za to, że ten okazał co najmniej lekceważenie wobec Donalda Trumpa, stanął w obronie reputacji prezydenta Ameryki, czyli spełnił swój obowiązek.
Przypomnijmy, Brzezinski kojarzony jest – nie bez powodu – ze wsparciem udzielanym w latach 2021–2024 przez lewicową administrację prezydenta Joe Bidena polskiemu obozowi „demokratycznemu”. Chodziło wówczas o to, żeby w Polsce za wszelką cenę odsunąć „populistyczną” prawicę od władzy, a następnie nie dopuścić do tego, żeby do niej wróciła. Wypowiedzi Brzezinskiego często były nad Wisłą słusznie odbierane jako wyraz buty i arogancji, przejaw zachowania kolonialnego. Tyle że narzekała na nie z oczywistych powodów „populistyczna” prawica, która uderzała wtedy w tony patriotyczne i suwerenistyczne – zupełnie tak samo, jak czynią to dziś „demokraci” demonstrujący poparcie dla Czarzastego przeciw prawicowej administracji Trumpa.
A przecież można było przypuszczać, że Brzezinski skorzysta z okazji i jako ideowy sojusznik „demokratów” przyzna rację Czarzastemu. Tymczasem guzik z tego. Były ambasador USA stanął po stronie swojego państwa, nie mając względu na to, kto zasiada w Białym Domu. W głowach Polaków to się nie mieści.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.