Świat według Trumpa, czyli wdrażanie doktryny „Donroe”
O ile interwencja w Caracas miała dla polskich interesów dobre skutki, o tyle zupełnie przeciwny wektor ma amerykańska presja na Grenlandię. Dziś nie wiadomo jeszcze jak ta sprawa się zakończy, ale niezależnie od tego, co się wydarzy, koszty polityki Donalda Trumpa są odczuwalne już dziś.
Nie trzeba było długo czekać, by się przekonać, że nowo przyjęta strategia bezpieczeństwa narodowego USA przyniesie praktyczne konsekwencje. Wielu komentatorów szukało w niej odniesień do Starego Kontynentu, wszechstronnie analizowano rolę Europy w tej nowej układance i jej znaczenie dla Ameryki pod rządami administracji Donalda Trumpa. Toczono spór, jak interpretować krytyczne uwagi wobec Europejczyków i instytucji Unii Europejskiej – czy jako rzekomo „bratnią” zachętę do poprawy własnej kondycji, czy też raczej jako wyraz definitywnego przekreślenia znaczenia relacji transatlantyckich.
Niekiedy zwracano uwagę, że pierwszym priorytetem Amerykanów ma być od teraz zachodnia półkula planety. Jednak w Europie temu zagadnieniu nie poświęcono wiele uwagi. Tymczasem szybko okazało się, że to właśnie wskrzeszenie doktryny Monroego, w jej trumpistowskiej modyfikacji (skąd ironiczne określenie „doktryna Donroe”), będzie miało dużo większe skutki dla Europy, niż nam się wszystkim wydawało. I może wywołać daleko poważniejsze spory niż jakiekolwiek inne działania Waszyngtonu skierowane bezpośrednio wobec Europy.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.