Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Za wyciek zapłacą BP i Barack Obama

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Tragedia może wyznaczyć nowy kierunek w polityce energetycznej USA

W sierpniu 2005 r., gdy huragan "Katrina" zniszczył resztki reputacji Georgea W. Busha, Barack Obama w umiarkowany sposób komentował nieudolną reakcję Białego Domu na katastrofę. Z perspektywy czasu widać, że młody senator chciał w ten sposób uniknąć łatki gniewnego czarnego polityka - co okazało się słuszną decyzją. Na szczęście pogoda i wysiłki BP, by uzyskać odkupienie, mogą spowodować, że wyciek ropy w Zatoce Meksykańskiej nie stanie się największą katastrofą ekologiczną Ameryki od czasu wycieku w Exxon Valdez w 1989 r. Jak powiedział w niedzielę Ken Salazar, sekretarz spraw wewnętrznych w administracji Obamy, zatamowanie wycieku może zająć do 90 dni, ale równie dobrze może udać się dzisiaj.

Nawet jeżeli inżynierom z BP uda się szybko opanować wyciek ze złoża leżącego 5 tys. stóp pod poziomem morza, katastrofa skomplikuje wysiłki Obamy na rzecz zbudowania koalicji do walki z globalnym ociepleniem. Obama poświęcił większość poparcia, jakie miał wśród ekologów, kiedy zniósł amerykański zakaz nowych odwiertów podmorskich, próbując w ten sposób pozyskać poparcie Republikanów dla ustawy o zmianach klimatycznych.

Pomijając już zadeklarowane poparcie Lindseya Grahama, senatora z Karoliny Południowej, ruch ten miał mały wpływ na Partię Republikańską, która próby ograniczenia emisji dwutlenku węgla postrzega jako nowy podatek.

Wyciek z platform BP prawdopodobnie skrystalizuje ten podział. Jednak decyzja Obamy o zniesieniu moratorium utrudni mu jego wykorzystanie. Gdyby tego nie zrobił, prezydent miałby świetną okazję do ustrzelenia lobby naftowego, do którego należy między innymi Sarah Palin.

Zamiast tego Obama będzie musiał walczyć na dwa fronty. Po pierwsze musi zademonstrować, że rząd federalny radzi sobie z problemem. Biały Dom chce mieć pewność, że wysiłki zmierzające do oczyszczenia środowiska zostaną w pełni sfinansowane przez BP.

Niektórzy w Waszyngtonie krytykowali Obamę, że zbyt zwlekał z przyjazdem w rejon katastrofy. Jednak poziom zainteresowania kontrastuje z obojętną reakcją Busha na tragedię w Nowym Orleanie.

Obama będzie też musiał poszukać nowych sposobów na przekonanie senackich Republikanów i umiarkowanych Demokratów do poparcia ustawy o ograniczeniu emisji dwutlenku węgla i inwestowaniu w nowe źródła energii.

Obama mógłby porzucić swoje ostrożne podejście i wykorzystać katastrofę, by pokazać Amerykanom, jak wyglądają realia przyszłości energetycznej kraju. Wydarzenia w formie stale rosnących cen ropy, które według niektórych prognostów mogą latem tego roku przekroczyć sto dolarów za baryłkę, mogą jednak związać Obamie ręce. Mając jedynie dwa procent światowych rezerw ropy, ale konsumując ponad jedną piątą, dla Ameryki nie ma rozwiązania po stronie podażowej. Jedynie redukując popyt, Ameryka może uciec przed galopującymi cenami.

Na sobotniej kolacji z korespondentami akredytowanymi przy Białym Domu Obama rozbawił wszystkich, kiedy ostrzegł łamaczy dziewczęcych serc, Jonas Brothers, by trzymali się z daleka od jego córek. - Mam dla was jeden komunikat: drapieżnikom wstęp wzbroniony - mówił.

Ciche zagrożenie nieznanym wciąż towarzyszy Obamie. Ale dzięki talentowi oratorskiemu Obama może ożywić debatę energetyczną i przestrzec Amerykanów, by nie udawali, że nic się nie stało.

tłum. TK

© The Financial Times Limited 2010. All Rights Reserved

Edward Luce

publicysta "Financial Timesa"

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.