Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Ostrożna reforma finansów nie wystarczy

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Amerykanie dostali obsesji na punkcie sprawy wytoczonej przez Komisję Papierów Wartościowych i Giełd (SEC) bankowi Goldman Sachs. Wielu ma nadzieję na ukaranie niegodziwców.

Jednak jak pisał ekonomista John Kenneth Galbraith: "Dobre czasy sprzyjają defraudacjom". Katastrofą jest ryzyko podejmowane przez hazardzistów działających legalnie wewnątrz systemu.

Alternatywą byłoby poszukanie zabezpieczeń dla obecnego systemu. By to zrobić, musielibyśmy wzmocnić instytucje i powiązania między nimi i motywować graczy, by zachowywali się odpowiedzialniej. Potrzeba do tego siedmiu elementów.

Po pierwsze należy podnieść wymogi kapitałowe. Można sobie wyobrazić państwa, których instytucje z obecnym poziomem zadłużenia zostałyby uznane za niewypłacalne. Stosunek lewarowania 30 do 1 to szaleństwo. Trzy do jednego byłoby bardziej odpowiednie.

Po drugie instytucje muszą mieć znaczące zobowiązania, które można by zamienić na kapitał lub traktować jak kapitał w przypadku postępowania upadłościowego. To, co stało się po upadku Lehmana, pokazało, że normalne procedury upadłościowe nie działają w przypadku skomplikowanych instytucji.

Po trzecie wymagania kapitałowe powinny być w większym stopniu przeciwcykliczne.

Po czwarte musimy mieć pewność, że banki posiadają wiele aktywów łatwych do wycenienia przez kredytodawców ostatniej instancji.

Po piąte konieczna jest zmiana systemu wynagrodzeń. Menedżerowie podupadających instytucji powinni otrzymywać premię w akcjach, których nie mogliby sprzedać przez kilka lat po odejściu z firmy. Jeżeli to zredukuje podaż agresywnych ryzykantów, to niech tak będzie. Procedury odbierania bonusów muszą być również stosowane w stosunku do innych pracowników. W przeciwnym razie zbyt łatwo będzie zarabiać na strategiach transakcyjnych, co do których istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że prędzej czy później zawiodą.

Po szóste trzeba narzucić wyższe wymagania dotyczące kapitału i zabezpieczeń w przypadku handlu instrumentami pochodnymi. Taka działalność powinna przechodzić przez giełdy. Tak tempo innowacyjności spadnie. Ale kiedy koszty tych innowacji ponoszą inni, to akurat dobra rzecz.

I po siódme musi nastąpić radykalna poprawa jakości dostępnej informacji. Ważna jest zmiana sposobu opłacania agencji ratingowych. Ponieważ ich oceny są dobrem publicznym, powinny być finansowane z ogólnego podatku.

Czy to usprawni system finansowy? Tak. Jednak pozostanie on machiną do produkcji katastrof. Istnieją trzy problemy. Przede wszystkim nie ma jak ocenić, ile kapitału można uznać za kwotę wystarczającą. Poza tym, jak ujął to Andy Haldane z Banku Anglii, "górny i dolny przedział ryzyka w ramach systemu finansowego nie jest określany przez Boga, tylko przez człowieka". Opłaca się podejmować ryzyko, kiedy zyski przypadają nam, a straty obciążają innych. Im bardziej więc regulator stara się uczynić system bezpieczniejszym, tym większe ryzyko może podjąć. I wreszcie łatwo jest wytworzyć pożądane ryzyko poprzez arbitraż regulacyjny. Dokładnie tak działała szara strefa bankowości.

Czego jeszcze możemy zatem spróbować? Odpowiedzią jest reforma strukturalna. Na stole leżą trzy propozycje.

Pierwsza, autorstwa Paula Volckera, zakazuje ubezpieczonym instytucjom handlu na własny rachunek. Zakaz taki należałoby wprowadzić, ale wątpię, czy to się uda.

Druga propozycja, autorstwa m.in. Johna Kaya, opowiada się za opcją wąskiej bankowości, w ramach której instytucje depozytowe byłyby bezpieczne, ale reszta systemu podlegałaby tylko niewielkim regulacjom. Nie jestem przekonany, czy rząd może ignorować sposób, w jaki funkcjonuje system kreacji kredytu jako całość. Nikt nie planował ratowania funduszy rynku pieniężnego. A jednak podczas kryzysu uratowaliśmy je co do jednego.

Trzecia propozycja została przedłożona przez Laurencea Kotlikoffa z Uniwersytetu Bostońskiego w jego nowej, prowokacyjnej książce "Bankowość ograniczonego celu". Mówi on w niej, że nie możesz grać pieniędzmi innych ludzi, ponieważ jeżeli stracisz dość, państwo będzie zmuszone cię spłacić. Zamiast więc słabo dokapitalizowanych podmiotów podejmujących ryzyko po kredytowej stronie bilansu i obiecujących wypełnić sztywne zobowiązania, instytucje finansowe stałyby się funduszami wzajemnymi. Ryzyko w sposób jasny i bezpośredni spadałoby na gospodarstwa domowe, które w zamian byłyby właścicielami całego kapitału. W takim świecie pośrednicy finansowi nie mogliby udawać, że są w stanie wziąć na siebie zobowiązania.

Żadna z tych propozycji nie rozwiązuje kwestii zapewnienia większej stabilności makroekonomicznej: jednak stabilny system finansowy z pewnością by w tym pomógł. Żadna z nich nie rozwiązuje też problemu koordynacji międzynarodowej: w otwartej światowej gospodarce, bez kontroli kursowej, trudno jest zapewnić stabilność finansową tylko w jednym kraju.

Dyskusja jednak wskazuje na dwa punkty. Po pierwsze uczynienie obecnego systemu bezpiecznym wymaga radykalnej zmiany zasad. Ostrzejszy nadzór nie wystarczy. Po drugie system finansowy, w którym pośrednicy zapisują ryzyko w księgach, jest niestabilny. Jest zbyt prawdopodobne, że wspólnie popełnią jakiś błąd, powodując panikę z niszczącymi konsekwencjami ekonomicznymi. To pięta achillesowa gospodarki rynkowej. Zostaliśmy ostrzeżeni.

tłum. TK

© The Financial Times Limited 2010. All Rights Reserved

Martin Wolf

publicysta "Financial Timesa"

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.