Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Ostatni bastion

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 52 minuty

Przygotowany przez ministra sprawiedliwości projekt ustawy o prokuraturze nie rozwiąże problemów organów ścigania, które nawarstwiały się od dziesięcioleci

Upewniam się coraz silniej, że kluczem do stworzenia właściwych ram dla polskiego wymiaru sprawiedliwości i koherentnego ułożenia wszystkich jego elementów, z zapewnieniem wszelkich niezbędnych wewnętrznych i zewnętrznych relacji, jest radykalna przebudowa prokuratury. Jest ku temu kilka ważnych powodów. Zasadniczo prokuratura tkwi nadal w anachronicznym już dzisiaj gorsecie nałożonym jej w 1950 r., kiedy to ostatecznie zlikwidowano stanowisko sędziego śledczego. Od tego momentu prokuratorzy nie tylko oskarżali przed sądami, co było wcześniej ich podstawowym zadaniem, ale także panowali niepodzielnie nad śledztwami, wyposażeni w prawo podejmowania decyzji o ich umarzaniu bądź kontynuowaniu oraz o stosowania aresztu tymczasowego.

Prawniczy socrealizm

W późniejszych latach prokuratura bywała podporządkowana bezpośrednio rządowi, w innych okresach Radzie Państwa, ale w PRL-u nie miało to ani ustrojowego, ani praktycznego większego znaczenia. Ostatecznie przecież wszystkie instytucje i organy państwa podporządkowane były biuru politycznemu partii i to. Prokuratura obok służb specjalnych i milicji była wpisana w system organów śledczych i w tej konstelacji nie pełniła wcale najważniejszej funkcji. Prokuratorzy rzadko nie należeli do partii i podlegali jasno określonej dyscyplinie w ramach tego systemu. Tamtą prokuraturę byłoby trudno zaliczyć do organów nawet szeroko rozumianego wymiaru sprawiedliwości. Chyba, że milicję i służby specjalne też chcielibyśmy tam widzieć. Cały system był bardzo silnie zhierarchizowany - po to, by polecenia z zewnątrz (tj. z komitetu odpowiedniego szczebla, albo wprost ze służby bezpieczeństwa) na kolejnych niższych szczeblach dowodzenia nie natrafiały na jakieś nieprzewidziane trudności. Najważniejsze decyzje zapadały oczywiście poza strukturą prokuratury, która doskonale zresztą wiedziała gdzie jest jej miejsce. W każdej chwili można było to prokuratorom wyraźnie uświadomić, tak jak to uczyniono na przykład Mieczysławowi Siewierskiemu, przedwojennemu pierwszemu prokuratorowi Sądu Najwyższego, a po wojnie prokuratorowi Najwyższego Trybunału Narodowego i znanemu profesorowi prawa. Otóż zasłużył on się bardzo w okresie powojennym oskarżając głównych zbrodniarzy niemieckich w procesach przed tym trybunałem i w uznaniu tych zasług... osadzono go w okresie stalinowskim w tym samy więzieniu mokotowskim, w którym byli przetrzymywani, a także uśmiercani oskarżani przez niego zbrodniarze. Podstawą oskarżenia była oczywiście przedwojenna działalność prokuratora (Siewierskiemu zarzucono, że przed wojną oskarżał działaczy komunistycznych). Po 1956 r. został przywrócony do łask, pracował nawet w Prokuraturze Generalnej do 1962 r. - chyba przede wszystkim po to, by swoim przykładem na co dzień dobitnie przypominał prokuratorom, co może z nimi zrobić władza, jeśli tylko czegoś zapragnie.

Przygotowując się przed laty do wykładu w Krajowej Radzie Sądownictwa na temat instytucji sędziego śledczego, trafiłem na niezwykle ciekawy epizod z naukowego życia Mieczysława Siewierskiego. Otóż w okresie międzywojennym był on jednym z najaktywniejszych wrogów instytucji sędziego śledczego, w 1950 r. przeżywał więc chyba chwile zawodowej satysfakcji, kiedy sędzia śledczy został wyrugowany z polskiego procesu. Nie jestem tylko pewny, czy przypadkiem nie zmienił zdania w celi mokotowskiego więzienia.

Prokuratorzy w czasach PRL-u zarabiali nieco więcej niż sędziowie na porównywalnych stanowiskach, otrzymywali także dodatkowe premie, czego sędziowie nie otrzymywali, co było bardzo obrazowym i przekonującym wykładnikiem pozycji prokuratora i sędziego, a przy tym wyraźnie wskazywało, kto tu się naprawdę bardziej liczy. Swoją drogą ciekawi mnie bardzo, jak te relacje płacowe wyglądają obecnie. Pomińmy już talony na samochody, przydziały mieszkań itd. - czyli wszystkie te bonusy, które w zanadrzu miała władza dla tych wszystkich, którzy lepiej, a przede wszystkim szybciej, odczytywali jej oczekiwania.

W latach 60. i 70. przynajmniej raz w kwartale odbywały się wspólnie narady sędziów i prokuratorów (przepraszam: prokuratorów i sędziów), w trakcie których sędziowie instruowani byli o najważniejszych problemach wymiaru sprawiedliwości. Wiem coś o tym, bo sam w takich naradach brałem udział jako asesor, a na jednej z nich pewien prokurator zganił mnie publicznie za niewłaściwą postawę okazaną w trakcie rozprawy milicji obywatelskiej. Odbyło się to akurat podczas mojej nieobecności na tej naradzie i do dziś nie mogę tego odżałować. Może wówczas miałbym okazję odgryźć się owemu gorliwcowi, podobnie jak kilka lat wcześniej mój starszy kolega sędzia Tadeusz Romański, który na podobnej naradzie w Kielcach usłyszał z ust szefa miejscowej prokuratury, że sędziowie wydają zbyt dużo wyroków uniewinniających, bo "w prokuraturze pracują nie mniej doświadczeni fachowcy niż w sądach i takie wyroki po prostu niepotrzebnie podrywają prokuratorom autorytet". Nieszczęście chciało, że działo się to zimą, w mocno zatłoczonej sali, i ktoś chcąc wpuścić trochę świeżego powietrza otworzył okno na plecami przemawiającego akurat prokuratora. I właśnie w tym momencie padło słynne pytanie sędziego Romańskiego, powtarzane już niemal od półwiecza jako anegdota przez kolejne pokolenia kieleckich prawników: A czy wam tam towarzyszu prokuratorze pod tym oknem przypadkiem nie jest za chłodno?

Brakujące ogniwo

Czasy się wprawdzie zmieniły, stalinizm przeminął, ale instytucji sędziego śledczego jak nie było, tak nie ma. Nie wiadomo zresztą, czy kiedykolwiek zostanie przywrócona, choć pamiętam, że po dyskusji nad moim referatem Krajowa Rada Sądownictwa podjęła uchwałę o konieczności rozpoczęcia prac legislacyjnych nad przywróceniem instytucji sędziego śledczego. A upłynęło od tamtego momentu już kilka ładnych lat.

Na szczęście zrobiono pierwszy poważny i właściwy krok. Otóż rozdzielono funkcje ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, pozbawiając w ten sposób członka rządu, jakim jest szef resortu, możliwości ręcznego sterowania konkretnymi postępowaniami karnymi. Trzeba było bowiem aż doświadczeń zebranych w okresie zawodowej aktywności pewnego młodego prawnika po aplikacji prokuratorskiej, by przekonać się, że prokuratura w rękach ambitnego polityka, który z istoty swojej pozycji posła zainteresowany jest sukcesem wyborczym, może być bardzo niebezpieczną zabawką nawet po zmianach w 1989 r., w kilka lat po uchwaleniu nowej konstytucji, deklarującej zasadę państwa prawa, nie wspominając już o zasadzie domniemania niewinności.

Cóż z tego, że osoba niewinna zostanie w końcu uniewinniona, choć nie jest to przecież regułą niedoznającą wyjątków. Jeśli wcześniej trafi do aresztu, co brutalnie przerwie jej normalnie toczące się życie, zrujnuje interesy zawodowe, to może się okazać - i często tak się dzieję - że tymczasowy z założenia areszt spowoduje skutki często niemożliwe już do odwrócenia. Do połowy lat 90. decyzję o tymczasowym aresztowaniu, czyli absolutnie najważniejszą decyzję postępowania przygotowawczego, podejmował samodzielnie prokurator. Konieczność przyjęcia standardów Europejskiej Konwencji Praw Człowieka wymusiła zmianę procedury poprzez złożenie tej decyzji w ręce sędziego.

Jest to jednak sędzia, który taką decyzję podejmuje jedynie formalnie, bo w wielu przypadkach nawet nie ma czasu na przeanalizowanie całości sprawy. Nieraz zdarza się, że sędzia podejmuje decyzję co do aresztu pod taką presją czasu, że - jak mawiają adwokaci - istnieje niebezpieczeństwo, iż sędzia może podpisać postanowienie dotyczące jego osoby, wystarczy, by ktoś takie postanowienie mu podsunął. Formalnie uczyniliśmy zadość standardowi europejskiemu, ale rzeczywistość pozostawia tu bardzo wiele do życzenia, czego dowodem liczba przegrywanych spraw przed trybunałem strasburskim.

Aktualnie mamy więc swego rodzaju trójkąt bermudzki postępowania przygotowawczego: policja (służby specjalne), prokurator i sędzia stosujący areszt. Z pewnością prokurator jest tu postacią centralną, ale czy najważniejszą? Można go uznać za gospodarza śledztwa, ale nie do niego należy stawianie przysłowiowej kropki nad i. Z tego też powodu nie jest najwyższym autorytetem dla policjanta i nie może nim być, skoro najważniejsza decyzja zawarowana jest dla sędziego, dla którego ta czynność z kolei nie stanowi głównego zadania. W konsekwencji takiego nawarstwienia zadań i kompetencji czynności śledcze są niepotrzebnie wielokrotnie powtarzane ze szkodą dla całości postępowania karnego. W poważniejszych sprawach mamy do czynienia z trzykrotnym przesłuchiwaniem podejrzanych i świadków, a jak wiadomo na kolejne ich przesłuchanie przyjdzie jeszcze czas w fazie postępowania sądowego. Krajowa Rada Prokuratorów ustawami swego przewodniczącego postulowała ostatnio, aby podstawową funkcją prokuratora było oskarżanie przed sądem, a jego rola w postępowaniu przygotowawczym ograniczona została do czynności nadzorczych nad policją i służbami specjalnymi. Tylko częściowo mogę zgodzić się z taką wizją prokuratury.

Co do roli oskarżycielskiej, pełna zgoda. Natomiast zadania prokuratora w postępowaniu przygotowawczym w proponowanym ujęciu podlegałyby jeszcze większemu rozmyciu, niż jest to obecnie. A ktoś musi przecież skutecznie zabezpieczyć dowody i wszelkie materiały majace znaczenie przed sądem. Tego rodzaju zabezpieczyciel musi być wiarygodny i bezstronny. Ani policja, ani tym bardziej służby specjalne do tej roli się nie nadają. Jak wiadomo zmierzają one do celu różnymi metodami, nie zawsze nadającymi się do ujawnienia - nawet jeśli nie są nielegalne. W zdecydowanej większości przypadków policja bazuje przecież na donosach. Tak jest wszędzie i tak będzie zawsze. Z tym że donosy niezmiernie rzadko dają się ubrać w formę dowodową. Są zwykle początkiem śledztwa, jego pierwszym impulsem, ale tu ich rola się wyczerpuje. Co więcej, przyznanie się do winy czy obciążające zeznania często nie mogą być uznane w ogóle za pełnowartościowy materiał dowodowy z uwagi na okoliczności, w jakich powstały. Musi być zatem ktoś, kto potrafi wiarygodnie i bezstronnie oddzielić dowodowe ziarno od plew. Aktualny stan naszego procesu karnego tego nie gwarantuje. Jest kosztowny, słabo skoncentrowany i w gruncie rzeczy rodzi brak odpowiedzialności za skutki tej fazy postępowania. Zawsze prokurator może zasłonić się sędzią, a sędzia prokuratorem. Taki stan rzeczy jest w istocie demoralizujący.

Sędzia śledczy w charakterze nadzorcy śledztwa i prowadzący pewne jego czynności, a przede wszystkim potrafiący odseparować dowody od pozostałych materiałów zgromadzonych w śledztwie, zdecydowanie lepiej spełniłby rolę funkcjonariusza przygotowującego fazę postępowania przygotowawczego, cieszyłby się też większym autorytetem z punktu widzenia policji czy służb specjalnych. Nie mówiąc już o jego swoistym zaimpregnowaniu - poprzez zasadę sędziowskiej niezawisłości - na pokusę ulegania wpływom zewnętrznym i urokom życia.

Nieuzasadniony lęk

Opory przez zmianą status quo ma swoje podłoże historyczne, jak i porównawcze. Zacznijmy od tych pierwszych. Wiele zła tej instytucji uczyniono po zamachu majowym z 1926 roku. Sędziami śledczymi mianowano wówczas wielu asesorów, którzy mogli być lepiej kontrolowani przez obóz marszałka Piłsudskiego niż sędziowie nominowani wcześniej. W latach 30. wprowadzono nadto pewne zmiany legislacyjne stawiające sędziego śledczego de facto w pozycji podporządkowanej prokuratorowi. Prokurator miał bowiem prawo zlecać sędziemu śledczemu przeprowadzenie niektórych przesłuchań w pewnych sytuacjach, co dodatkowo wpływało na osłabienie pozycji sędziego. Tego niebezpieczeństwa możemy stosunkowo łatwo współcześnie uniknąć. Nie mamy już asesorów w sądownictwie i nie wyobrażam sobie, by w tej fazie postępowania prokurator był w ogóle potrzebny. Jesteśmy przyzwyczajeni do jego dotychczasowej roli i zapewne wielu osobom z trudem przyszłoby dzisiaj wyobrazić sobie w ogóle śledztwo bez prokuratora. Ale to tylko kwestia wyobraźni, a nie spójnych wewnętrznie rozwiązań legislacyjnych. Czasami jestem pytany: A skąd mielibyśmy w ogóle brać kandydatów na sędziów śledczych? Jestem przekonany, że wielu obecnych prokuratorów chętnie przystałoby na zmianę statusu na sędziego z jego atrybutem niezawisłości.

Z kolei przeciwnicy sędziego śledczego często przywołują przykład włoski. A kto mówi, że mamy skopiować model włoski, który pozwala sędziom być członkami partii politycznych, brać udział w wyborach parlamentarnych i samorządowych z możliwością powrotu na stanowiska sędziowskie po zakończeniu kadencji w organach wybieralnych? Źródłem włoskiej patologii jest właśnie brak zakazu uczestniczenia w życiu politycznym. My na szczęście tę lekcję przerobiliśmy już przed kilkunastoma laty. Polski wymiar sprawiedliwości znajduje się w stanie głębokiej zapaści. Niekoniecznie musi to być dobrze widoczne z pozycji sędziego czy prokuratora. Droga kariery sędziowskiej jest bowiem tak zbudowana, że przechodząc bezpośrednio z uniwersytetu do sądu czy prokuratury i pozostając w tym świecie przez wiele lat w stosunkowo komfortowych warunkach zawodowych i bytowych, trudno dokonać zdystansowanej oceny struktury, w jakiej się tkwi. Po pewnym czasie nawet to, co jest absurdalne, wydaje się nam zwyczajne. Ludzka zdolność mimikry jest niemal nieograniczona. A nie ma takiej anomalii organizacyjnej i ustrojowej, która nie mogłaby się stać bastionem obrony interesu indywidualnego. Sędziowie i prokuratorzy nie są najlepszymi recenzentami projektowanych zmian w sądownictwie i prokuraturze. Lepiej też nie pytać prezesów małych sądów o siatkę sądów rejonowych, bo wiadomo, co odpowiedzą i kogo uruchomią, by jej bronić. Nie lekceważąc zdania sędziów i prokuratorów w sprawie reform, wolałbym jednak pytać o nie adwokatów, radców prawnych, komorników sądowych, służby więzienne, sfery uniwersyteckie.

Później już z górki

Uporządkowanie podstawowych kwestii związanych z prokuraturą, nadanie jej właściwych ram ustrojowych, oddanie śledztwa w ręce niezawisłych sędziów będzie naturalnym krokiem w stronę rozwiązania nierozwiązywalnych dotąd problemów sądownictwa w ogólności. Łatwiej będzie o zasadniczą zmianę w drodze kariery sędziowskiej, tkwiącej dotychczas w nieodpowiadającym już duchowi czasu paradygmacie służby urzędniczej. Na stanowiskach sędziowskich nie może być miejsca dla ludzi, którzy z chwilą założenia łańcucha nie mają odpowiedniego bagażu życiowego doświadczenia, co łączy się także z pewnym wiekiem, nie mówiąc o profesjonalnej, ugruntowanej wiedzy, a przede wszystkim właściwej osobowości (koniecznej w tym zawodzie charyzmy) i charakteru sprawdzonego w innych zawodach prawniczych.

Prokuratorzy z istoty rzeczy nie są najlepszymi recenzentami projektowanych zmian w prokuraturze

@RY1@i02/2012/197/i02.2012.197.07000080c.803.jpg@RY2@

Jerzy Stępień sędzia Trybunału Konstytucyjnego w latach 1999 - 2006, prezes Trybunału Konstytucyjnego w latach 2006 - 2008, Uczelnia Łazarskiego

Jerzy Stępień

sędzia Trybunału Konstytucyjnego w latach 1999 - 2006, prezes Trybunału Konstytucyjnego w latach 2006 - 2008, Uczelnia Łazarskiego

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.