Niemcy odpytują: "Co? Praca domowa niezrobiona?!"
W Niemczech na razie nowego rządu nie ma. Dlatego dziś coś bardziej ponadczasowego. O frazie, którą nasi zachodni sąsiedzi od pewnego czasu katują resztę Europy. I pewnie jeszcze trochę pokatują.
Trochę o niej już zapomniałem. Ale otwieram dziś "Frankfurter Allgemeine Zeitung", a ona znów tam jest. Tym razem dał się jej uwieść ekonomista Dennis Snower, szefujący od wielu lat wpływowemu niemieckiemu Instytutowi Gospodarki Światowej w Kilonii. Snower napisał tekst pt. "Praca domowa dla Niemiec", w którym szkicuje wyzwania stojące przed najważniejszą gospodarką Europy po tegorocznych wyborach do Bundestagu. Wyzwania jakieś szczególnie odkrywcze nie są (wyprowadzenie Unii z kryzysu zadłużeniowego i reforma państwa opiekuńczego). W tym przypadku nie chodzi jednak o samo meritum. Lecz o formę uchwycenia problemu.
Tak się bowiem składa, że jeśli za sto lat jakiś naukowiec postanowi zbadać język, za pomocą którego niemiecka opinia publiczna najchętniej rozmawiała o obecnym kryzysie, to właśnie "prace domowe" (niem. Hausaufgaben) będą bardzo bardzo wysoko w takim zestawieniu. Garść cytatów: "W strefie euro wiele krajów musi odrobić swoje prace domowe". Albo "Niemcy odrobili swoją pracę domową" - zdania wzięte z publicznych wypowiedzi ministra finansów Wolfganga Schaeublego. "Włochy są w stanie odrobić swoje zadania domowe bez niczyjej pomocy" - mówił (już niedługo były) wicekanclerz Philipp Roesler. No i sama Angela Merkel: "Wierzę, że jesteśmy teraz w strefie euro na najlepszej drodze, by każdy kraj odrobił swoje prace domowe".
Czy to nie symptomatyczne, że niemieccy politycy tak często sięgają po szkolną retorykę i ustawiają inne kraje w roli leniwych uczniów? Błyskotliwy publicysta hamburskiego "Die Zeit" Adam Soboczyński już kilka tygodni temu próbował lekko i dowcipnie wyjaśnić ten fenomen. Sposoby są z grubsza dwa. Kult mitycznej pracy domowej to może być efekt tego, że przez wiele dziesięcioleci niemieckie szkoły pracowały w systemie półdniowym (to się teraz trochę zmienia). A wspólne popołudniowe odrabianie lekcji z latoroślą było wręcz testem na to, czy się jest dobrym troskliwym rodzicem. Albo (i to drugi sposób) jakieś fatalnie uproszczone rozumienie etyki Kanta, gdzie sumienne wykonywanie obowiązków to najświętsza ze świętości. A wszelkie dopytywanie o sens tych obowiązków to przejaw jakiegoś wydziwiania.
Tylko że przenosząc tę niemiecką obsesję pracy domowej na gospodarkę i integrację walutową, Niemcy sami przyprawiają sobie gębę aroganta. "Bo w niedwuznaczny sposób sugerują, że gdy prezydent Francji Francois Hollande odrzuca niemiecki dyktat oszczędnościowy, to robi to albo z wrodzonego francuskiego lenistwa, albo z powodu jakiegoś intelektualnego defektu. W takim obrazie nie ma nawet miejsca na przypuszczenie, że francuski sprzeciw wobec »austerity« może być przejawem dalekowzroczności i troski o wzrost gospodarczy" - pisze Soboczyński. I trudno się z nim nie zgodzić. Bo integracja europejska to nie jest szkoła. Z nauczycielem i krnąbrnymi uczniami. Tylko operacja na żywym organizmie, której (w takiej formie) nikt dotąd jeszcze nie realizował. Ciekawe, co powie na ten temat nowy niemiecki rząd. Kiedy się już wreszcie wykluje.
@RY1@i02/2013/190/i02.2013.190.00000060b.802.jpg@RY2@
Rafał Woś dziennikarz działu życie gospodarcze kraj i świat
Rafał Woś
dziennikarz działu życie gospodarcze kraj i świat
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu