Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Mieszkać tanio

26 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty

Kilka tygodni temu napisałem, że za Odrą trwa debata na temat społecznych konsekwencji szybko rosnących cen mieszkań w centrach niemieckich miast. Czytelnikom to się spodobało, wracamy więc do tematu. W Niemczech słychać coraz silniejsze głosy, że państwo powinno, wzorem lat 50., mocniej zaangażować się na rynku mieszkaniowym. Najprostsza i najczęściej stosowana w przeszłości forma interwencji to budowanie mieszkań socjalnych. A potem wynajmowanie ich na preferencyjnych warunkach słabiej sytuowanym obywatelom. Według specjalizującego się w temacie Instytutu Eduarda Pestela za Odrą potrzebnych jest nawet 4 mln takich mieszkań. Za sensownością rozbudowy mieszkalnictwa socjalnego przemawiają sukcesy z okresu powojennego, gdy dostęp do mieszkań pozwolił milionom Niemców poczuć się na swoim, odłożyć trochę na bieżącą konsumpcję i wziąć udział w budowaniu cudu gospodarczego lat 50. i 60.

"Pytanie tylko, czy środek, który zadziałał pół wieku temu, będzie działał również dziś" - powątpiewa "Die Zeit". Swój sceptycyzm tygodnik opiera np. na pracach kolońskiego ekonomisty Michaela Voigtlaendera. Pisze on, że w dzisiejszej rzeczywistości rynku budowlanego każda poważniejsza interwencja ze strony państwa prócz pożytku przynieść może negatywne efekty. Na przykład efekt wypychania. Polega on na tym, że gdy państwo inwestuje, to zmniejsza inwestycje prywatne w danym sektorze. Akurat na rynku budowlanym widać je dość dobrze. W miastach atrakcyjnego miejsca pod budowę jest przecież mało. Jeśli więc zajmie je państwo, to mniej pozostaje go dla deweloperów. Innym argumentem Voigtlaendera są słabe możliwości zarządzania budownictwem socjalnym. No bo przecież gdy bezrobotny dostaje pracę, to nie wyprowadza się natychmiast z zajmowanego lokum. Nie byłoby to dla niego motywujące, a państwo musiałoby wydawać wiele na sprawdzanie, czy taka osoba na mieszkanie ciągle zasługuje. Więc możliwości prowadzenia za pomocą takiego narzędzia świadomej polityki mieszkaniowej są mocno ograniczone.

Jest jednak sposób na obejście tych problemów. To zdaniem Voigtlaendera przejście na system sowitych dodatków mieszkaniowych. Czyli każdy robi to, na czym się zna. Sektor prywatny buduje, a służby socjalne subwencjonują najem. Wtedy nie ma efektu wypychania. Państwo nie wikła się w kolosalne ryzyko związane z projektami deweloperskimi, a swoje cele społeczne realizuje. Tylko czy to zatrzyma pierwotny problem, czyli szybki wzrost cen na rynku komercyjnym? Na to Voigtlaender odpowiada krótkim: "infrastruktura". "Ceny mieszkań w centrum idą w górę, bo na obrzeżach jest trudniej o szkoły, przedszkola, jest dalej do pracy. Trzeba więc zamiast mieszkań komunalnych budować więcej budynków użyteczności publicznej, inwestować w komunikację. Wtedy przedmieścia znów staną się konkurencyjne i ceny się wyrównają". Tyle Voigtlaender i "Die Zeit". Czy mają rację? Nie wiadomo. Ale przynajmniej o tym poważnie dyskutują.

@RY1@i02/2013/045/i02.2013.045.000000700.802.jpg@RY2@

Rafał Woś dziennikarz działu życie gospodarcze świat

Rafał Woś

dziennikarz działu życie gospodarcze świat

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.