Inglot
Trzeba przyznać, że ten obrazek działał na różne typy ludzkie. Na takich ze zwykłym poziomem emocji, lecz także cyników, egotyków, mądrali, którzy już wszystko na świecie widzieli, luzaków, których nic nie jest w stanie zaskoczyć. Przyczyna była zawsze ta sama: ten widok najzwyczajniej w świecie robił wrażenie. Zwłaszcza na nas, Polakach, którzy nie potrafimy samych siebie dowartościować. Dużo lepiej za nas robią to inni.
Serce Nowego Jorku, Times Square, przewalające się tłumy ludzi, dziesiątki teatrów w promieniu kilkuset metrów i sklep z doskonale znanym w Polsce logo Inglot. A paręnaście pięter wyżej olbrzymi baner reklamujący tę markę, w całkiem niezłym zresztą towarzystwie innych potężnych banerów - Samsunga, Citibanku i tak dalej.
Trudno uciec od patosu, opisując sklep Inglota na Broadwayu, trudno też znaleźć właściwą stylistykę, by napisać choć parę słów o Wojciechu Inglocie, zmarłym nagle przed paroma dniami twórcy kosmetycznego koncernu. Tak się jakoś już od dawna składa, że felietonowa polszczyzna ma być przesiąknięta nutą zjadliwości, złośliwości, wyrafinowanego narzekania i tym podobnych. Co sprawia, że pisanie o Inglocie staje się trudnym zadaniem. Gdyż był postacią zasługującą po prostu na szacunek.
Zastanawiam się, co w biznesie Inglota robi największe wrażenie. Niewątpliwie stworzył jedną z najbardziej rozpoznawalnych polskich marek na świecie, kto wie, czy nie najbardziej rozpoznawalną zaraz po flagowych wyrobach naszego przemysłu spirytusowego. Miałem z nim okazję kilka razy rozmawiać, w tym mniej więcej dziesięć lat temu, kiedy jego firma była jeszcze na wczesnym etapie międzynarodowej ekspansji. I przyznam, że ze sporą dozą sceptycyzmu słuchałem opowieści o budowie potężnego biznesu za granicą. Wielu już próbowało i raczej umiarkowanie to wychodziło. Tylko że Inglotowi się udało. Miał bowiem wizję niekoniecznie skomplikowaną, lecz niesłychanie skuteczną. Uważał między innymi, że w kosmetykach kolorowych prochu się nie wymyśli. Każdy koncern, nawet niezależnie od ceny, oferuje mniej więcej to samo, produkcją niektórych wyrobów zajmuje się zaledwie kilka fabryk na świecie, które oklejają towary logami różnych firm. Kluczowe zatem staje się wygenerowanie solidnej jakościowo i atrakcyjnej cenowo marki ze skuteczną formułą sprzedaży. Taka jak Inglot ze swoimi stoiskami wyspami, którymi w pewnym momencie zalał centra handlowe w Polsce. Zadziałało.
Zadziałało również pod innym względem. Marka Inglot nie atakowała nas ani w telewizyjnym prime time’ie, ani podczas relacji z wielkich celebryckich imprez, ani jako ciekawa linia używana we wszelkiego rodzaju serialach. Powiedzmy otwarcie: marketing był taki sobie. I tutaj znowu kłania się Wojciech Inglot ze swoim przekonaniem, że jego marka obroni się sama, bez promocyjnych cyrków.
Czy osiągnął swój cel? Lat temu osiem, podczas kolegium redakcyjnego w gazecie, w której wówczas pracowałem, zaproponowałem, żeby zająć się Inglotem jako niestandardowym przedsięwzięciem w branży kosmetycznej. Do dzisiaj pamiętam zdziwione spojrzenia koleżanek dziennikarek, które nie miały pojęcia, o jakiej firmie mówię. W ciągu kilku ostatnich dni przeprowadziłem trochę testów: marka Inglot jest powszechnie znana, czyli jej założyciel osiągnął swój cel.
I trzeba trzymać kciuki za jego następców. To Wojciech Inglot stał się ambasadorem Polski. Nie warto tego roztrwonić.
@RY1@i02/2013/043/i02.2013.043.00000280d.802.jpg@RY2@
Marcin Piasecki wydawca Dziennika Gazety Prawnej
Marcin Piasecki
wydawca Dziennika Gazety Prawnej
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu