Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Niech praca odzyska wartość

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 10 minut

Piszę te słowa w małym monastyrze we wschodniej Polsce. Jest ponure popołudnie. Przez okno widzę stado łaciatych krów stojących w szarej mgle. Zdają się czekać na coś. Może na ciepłe słońce? Ale przecież jest grudzień i przyjdzie im czekać bardzo długo! Monastyr, choć ogrzewany, nie jest najcieplejszym miejscem na ziemi (przypomina mi się dzieciństwo, kiedy budząc się rano, widziałem szron na wewnętrznej stronie domowego okna). Dzień zaczął się o godz. 5 od nabożeństwa, które trwało trzy godziny. Śniadanie zjedliśmy o godz. 10, to dzień postny i kolejnym posiłkiem będzie obiad o 19. Niektórzy mnisi pojechali na zakupy na sąsiednią Białoruś, pozostali rąbią i układają drewno na dworze lub wykonują inne codzienne obowiązki. Można tu zobaczyć coś, co zauważy każdy odwiedzający monastyr, gdziekolwiek by się on znajdował. Mimo ograniczonego komfortu i żmudnej pracy ludzie są w nich szczęśliwi. Życie klasztorne z pewnością nie odpowiadałoby większości osób, jednak jest w nim coś ważnego dla każdego z nas. A nawet dla społeczeństwa w ogóle: obrazuje istnienie alternatywnego zestawu wartości niż ten, który jest obecnie wyznawany: pieniądze, sukces i wyzyskiwanie innych w pogoni za sukcesem.

Pracownik jak maszyna

Tuż po zostaniu w 2010 r. premierem Wielkiej Brytanii David Cameron mówił o konieczności prowadzenia polityki skupiającej się nie na wynikach finansowych, ale na tym wszystkim, dla czego warto żyć. W strategicznych dokumentach rządu pisano o czynnikach nierynkowych, dobrobycie społecznym, a w politycznym słownictwie pojawiło się takie sformułowanie jak jakość życia. Z przeprowadzonego wówczas badania opinii społecznej wynikało, że aż 87 proc. Brytyjczyków wolałoby "większe ogólnie pojęte szczęście i dobre samopoczucie" niż "większe ogólnie pojęte bogactwo". Niektórzy z was powiedzą, że stawianie człowieka przed takim wyborem nie ma najmniejszego sensu, a Cameron dawno przestał mówić o jakości życia, a zaczął atakować imigrantów i UE, uważając, że ta retoryka przyniesie mu więcej głosów. Niemniej oczywiste jest, że społeczeństwo ukierunkowane na osiągnięcie wąskich celów ekonomicznych nie spełnia aspiracji i potrzeb swoich członków.

Ten pogląd nie jest niczym nowym, o czym świadczy istniejący od stuleci monastycyzm. Czytałem niedawno książkę "Filozofia gospodarki" napisaną przez Siergieja Bułgakowa na początku XX w. To wyjątkowo ciekawa postać: za młodu był marksistą, potem odnalazł Boga. Stał się teologiem prawosławnym i znaczącą osobistością w ruchu ekumenicznym. Miał odwagę przyjąć święcenia kapłańskie w bolszewickiej Rosji, za co został wydalony z ojczyzny. Ta książka to traktat filozoficzny, który potępia materializm jako zaprzeczenie wolności, przekleństwo ekonomicznej zależności człowieka od człowieka oraz wynikającą z tego odwieczną walkę ludzi o bogactwo (w gruncie rzeczy opisuje współczesny porządek gospodarczy). Bułgakow mówi, że proces tworzenia bogactwa niszczy godność człowieka, pozbawiając naszą egzystencję "sensu i kreatywności, które można odnaleźć w najbardziej prozaicznych czynnościach". Wskazuje, że wewnętrzne "ja" każdego człowieka może się w pełni rozwinąć tylko w interakcji ze społecznością. Codziennie wykonywana praca powinna być częścią procesu jednoczenia się z innymi. Tymczasem obserwując współczesne korporacje, łatwo zauważyć, że tworzenie mającej sens kreatywnej pracy to ostatnia rzecz na liście ich priorytetów.

Spójrzmy na pracownika banku i jego kierownika. Obaj są tylko narzędziami, które mają wykonać ustalony zestaw algorytmów. Nie mają żadnego wpływu na to, komu pożyczyć pieniądze oraz na jaki procent, dlatego osobista relacja z klientem nie istnieje. Innym przykładem może być pracownik kawiarni, który został przez pracodawcę zredukowany do automatu. Jego zadaniem jest zachęcenie klienta do wydania pieniędzy, a pytanie "może ciastko do kawy" nie jest przejawem troski, lecz częścią techniki marketingowej znanej jako up-selling. Nie dziwi więc, że praca ta jest postrzegana przez pracodawców i pracowników jako wyjątkowo mało atrakcyjna, choć potencjalnie może dawać dużo satysfakcji. W czasach studenckich pracowałem jako kelner i wiem, ile przyjemności może sprawić pomaganie klientom. A teraz inny przykład. W monastyrze jest nowicjusz. To inteligentny chłopak z wyższym wykształceniem, który zwiedził wiele krajów. Jego zadanie polega na usługiwaniu przy stole i pomocy w kuchni. I robi to z przyjemnością, ponieważ służenie innym sprawia mu radość i pozwala się spełniać (inna sprawa, bracie M., czy masz kiedykolwiek dni wolne?). Barista i ten nowicjusz wykonują te same czynności, jednak zupełnie inaczej je postrzegają. Bułgakow pozwala zrozumieć, dlaczego tak się dzieje. W jednym przypadku wewnętrzne "ja" jest połączone z "nie-ja" zewnętrznego świata poprzez wypełnioną sensem pracę; jej podmiot i przedmiot stają się jednością i pracujący może w pełni wyrazić swoją osobowość. W drugim przypadku wewnętrzne "ja" próbuje dotrzeć do świata przez niedocenianą pracę, która jest tylko elementem procesu produkcji. Praca nie jest mostem pomiędzy "ja" i "nie-ja" reprezentowanym przez społeczeństwo, tylko transakcją komercyjną.

To może zabrzmieć zbyt abstrakcyjnie, ale badania dowiodły, że transakcje gotówkowe mogą zniszczyć wartość wewnętrzną pracy. Dzieje się tak zwłaszcza w przypadku, kiedy w naszym odczuciu transakcja przynosi korzyści nieznanej trzeciej stronie, a nie bezpośrednim uczestnikom. Brytyjska służba zdrowia ostatnio zaniepokoiła się problemem wykrywania demencji starczej i zaproponowała wypłacanie lekarzom równowartości 250 zł za każdy zdiagnozowany przypadek. Brzmi rozsądnie, ale zastanówcie się: lekarze są dobrze opłacaną grupą zawodową, lecz okazuje się, że nie można wierzyć ich diagnozom, jeśli nie otrzymają dodatkowego wynagrodzenia, a pacjenci, u których zdiagnozowano tę chorobę, będą się zastanawiać, czy nie zrobiono tego tylko dla pieniędzy. Wynik? Utrata zaufania i zdeprecjonowanie pracy lekarza.

Kto jest szczęśliwy

Współczesny ton dyskusji o procesie utracenia wartości pracy nadał Jurgen Habermas, który mówi, że napędzany przez komunikację "świat życia", składający się z wielu relacji istniejących w naszej kulturze społecznej, jest kolonizowany przez władzę i pieniądze - abstrakcyjne pojęcia niezwiązane z formacją osobowości i integracją społeczeństwa. Habermas, który pisał w 1981 r., wyciągnął ten sam wniosek, do którego kompletnie inną drogą doszedł Bułgakow w 1912 r. Jeden patrzył z pozycji świeckiej teorii krytycznej, drugi rozpatrywał tradycję wspólnoty soborowej chrześcijaństwa prawosławnego. Patologie współczesnego podejścia do pracy, jej podporządkowanie tworzeniu dóbr materialnych dla wąskiego kręgu elit, są oczywiste. Prace teoretyków XXI w. potwierdzają, że istniejący system musi się zmienić. Teoria Richarda Layarda na temat szczęścia, Richarda Wilkinsona i Kate Pickett na temat patologii społecznej i nierówności, Thomasa Pikettyego o bogactwie i nierówności, moralne ograniczenia rynków Michaela J. Sandela, poglądy patriarchy Bartłomieja na temat ekologii i jasne przesłanie papieża Franciszka wskazują ten sam kierunek. Podstawowym kryterium moralnym oceny każdego systemu ekonomicznego jest jego wpływ na ludzką tożsamość. I gospodarka rynkowa pod tym względem nie zdaje egzaminu. Dlaczego więc nie zacząć od uznania wartości wewnętrznej pracy, nie tylko jako wkładu w gospodarkę, ale i jako rzeczy nadającej sens życiu i łączącej człowieka ze społeczeństwem.

Nie lubię pozostawiać abstrakcyjnych twierdzeń bez przykładów, dlatego mam proste pytanie. Kto wykazał największe zadowolenie z życia i pracy w ostatnim wielkim sondażu przeprowadzonym przez rząd Wielkiej Brytanii? Artyści? Muzycy? Inżynierowie? Nie, Drogi Przyjacielu, to skromny brytyjski wikary, odpowiednik katolickiego proboszcza. Słabo opłacany, niedoceniany przez coraz mniej religijne społeczeństwo, prawdopodobnie przepracowany, bo parafie stają się coraz bardziej rozległe, i na pewno niebędący religijnym fundamentalistą, ponieważ bycie anglikaninem niekoniecznie wiąże się z wiarą w Boga. Daje do myślenia, nieprawdaż? To właśnie praca niemotywowana chęcią wzbogacania się!

Tłum. IC

@RY1@i02/2014/248/i02.2014.248.000005200.802.jpg@RY2@

Timothy Clapham psycholog ekonomii Uniwersytet Warszawski

Timothy Clapham

psycholog ekonomii Uniwersytet Warszawski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.