Dziennik Gazeta Prawana logo

Stary pan Easterlin

26 czerwca 2018

Sędziwy już amerykański ekonomista Richard Easterlin (rocznik 1926) od kilku dekad przekonuje, by nie fiksować na temat tradycyjnych mierników rozwoju ekonomicznego takich jak PKB. A zamiast tego bardziej skupić się na badaniu zadowolenia z życia obywateli. Gdy się tak na spokojnie czyta jego teksty, to właściwie nie sposób zrozumieć, dlaczego, u licha, jego podejście nie jest absolutnym fundamentem współczesnej polityki i ekonomii.

Z akademikami (i autorami w ogóle) często tak bywa. Im dłużej żyją, tym ich przekaz staje się krótszy i bardziej klarowny. Choć wcale nie znaczy to, że mniej głęboki. Przeciwnie. Podobnie jest chyba z Easterlinem, który opublikował właśnie króciutki tekst. Nie jest on efektem żadnych nowych badań, tylko w zasadzie dość prostą konstatacją kilku faktów. I tak w Chinach od 1990 r. PKB na głowę mieszkańca urósł cztery (!) razy. W zasadzie więc ludzie powinni tańczyć na ulicach z radości. Tymczasem tak się nie dzieje. Z badań przeprowadzonych pod kierunkiem Easterlina w 2010 r. wynika, że Chińczycy są tam (średnio) mniej zadowoleni niż dwie dekady temu. W Ameryce od 1970 r. dochód narodowy per capita się podwoił. Natomiast zadowolenie z życia spadło. Z kolei w wielu krajach położonej nieopodal Ameryki Środkowej subiektywna satysfakcja obywateli od lat jest dużo wyższa niż w USA. Choć pod względem ekonomicznym te kraje żadnymi tygrysami (ani nawet tygryskami) nigdy nie były. Co tu jest grane? - zastanawia się ekonomista.

Oczywiście można Easterlina odesłać do jego własnych fundamentalnych prac. Zwłaszcza tej z 1974 r., w której naukowiec sformułował słynny paradoks, nazwany potem nawet jego nazwiskiem. Głoszący, że "wysokie dochody korelują z wysokim zadowoleniem z życia. Ale w długim okresie wzrost dochodów nie koreluje ze wzrostem zadowolenia". Czyli - mówiąc po ludzku - szczęście (oczywiście subiektywne) obywatela do pewnego momentu rośnie razem ze wzrostem zamożności społeczeństwa. Ale potem przestaje. Sam Easterlin twierdzi jednak skromnie, że dużo więcej o relacjach pomiędzy szczęściem a bogactwem dowiedzieć się można z wydanej w 1965 r. książki "Pattern of Human Concerns" ("Wzorce ludzkich trosk") Hadleya Cantrila. Ten pionier badania opinii publicznej stwierdził, że w każdym kraju - niezależnie od kultury czy ustroju społecznego - o subiektywnym szczęściu decydują cztery sprawy: standard życia, los rodziny, zdrowie i praca. I jeśli - tak jak w Chinach pomiędzy 1990 a 2014 r. czy w USA w ciągu ostatnich 40 lat - zadowolenie spada, to znaczy, że coś jest nie tak z którymś z tych czterech fundamentalnych czynników. A wskazywanie, że to w sumie nie ma znaczenia, skoro rośnie PKB, jest przejawem fundamentalnego niezrozumienia, co w relacji PKB vs. subiektywne zadowolenie jest wartością ważniejszą.

Z tekstu Easterlina (jeśli go dobrze rozumiem) przebija pewna frustracja. Facet ma 88 lat i jest guru tej części ekonomii, która koncentruje się na badaniach szczęścia. To pod wpływem jego badań ONZ stworzyła indeks rozwoju społecznego (HDI). Z zadowoleniem odnotował też powołanie przez byłego prezydenta Francji Nicolasa Sarkozyego komisji noblowskich ekonomistów, którzy powiedzieli, że trzeba szukać alternatywnych mierników gospodarczego dobrobytu innych niż PKB. A jednak nadal uprawiana przez niego działka ekonomii jest takim trochę egzotycznym dziwadłem, na które można sobie popatrzeć w terrariach w dwóch czy trzech ogrodach zoologicznych świata. Podczas gdy na co dzień polityka, ekonomia i biznes uważają PKB za jedyną twardą walutę. To na nim opierają się międzynarodowe finanse, to na nim wiszą losy rządów i zarządów. A gdy ktoś wspomina o bardziej easterlinowskim podejściu, spotyka go co najwyżej uśmieszek politowania. I odpowiedź, że przecież szczęście zawsze pozostanie subiektywne. A gospodarka musi się opierać na twardych obiektywnych liczbach. I my wiemy, że ta obsesja obiektywizmu przynosi złe owoce. Że nie zostawia politykom zbyt wiele miejsca na uznaniowe decyzje i czyni z nas zakładników rynku. I nie bardzo widać siłę, która by miała to zmienić. Czytając tekst Easterlina, można poczuć, że on zrozumiał, że... przegrał. A dochód narodowy (czyli de facto ilość wyprodukowanych przez gospodarkę dóbr) pozostaje ważniejszym wyznacznikiem dobrobytu niż poziom zadowolenia z życia obywateli. Choć tak na zdrowy rozum powinno być odwrotnie.

@RY1@i02/2014/207/i02.2014.207.000000200.802.jpg@RY2@

Rafał Woś dziennikarz DGP

Rafał Woś

dziennikarz DGP

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.