Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Bezrobocie jednak straszniejsze

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty

obserwacje

Inflacja i bezrobocie to bez wątpienia dwie najbardziej powszechne ekonomiczne plagi. Ale która jest gorsza?

Zmarły w 1980 r. guru amerykańskiej ekonomii Arthur Okun zaproponował kiedyś, by podawać je zbiorczo. Stworzył w ten sposób tzw. indeks niedoli (po angielsku misery index). Przy jego pomocy można łatwo pokazać, że Amerykanom najlepiej żyło się w latach 50. i 60., a potem w 90. i 2000. Bo indeks Okuna był wtedy poniżej 10 proc. Jeśli ta miara jest dla kogoś zbyt mało wyrafinowana, można zawsze sięgnąć po podobny indeks stworzony w 1999 r. przez harwardczyka Roberta Barro, który do sumy dodał jeszcze stopy procentowe (a więc koszt wzięcia kredytu) i aktualną dynamikę PKB. A Steve Hanke z Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa w Baltimore zaczął nawet tworzyć na tej podstawie rankingi dla reszty świata. W najnowszym (za 2013 r.) zestawieniu obejmującym 89 krajów, dla których mamy pełne dane, najlepiej wypada Japonia. Najgorzej zaś Wenezuela. Polska jest nisko, bo na miejscu 52. Dokładnie między Kolumbią a Rosją. A kulą u nogi jest u nas niezmiennie bardzo wysokie bezrobocie.

Z bezrobociem i inflacją jest jednak zasadniczy problem. Bardzo trudno walczyć jednocześnie z obiema tymi plagami. Bo gdy inflacja jest zbyt wysoka, walczy się z nią podniesieniem stóp procentowych. To chłodzi gospodarkę i powoduje, że rośnie bezrobocie. I na odwrót. Gdy bezrobocie zanadto wzrasta, walczymy z nim, dopuszczając do wzrostu inflacji. A bywa i tak, że obie plagi uderzają naraz. Wtedy mamy do czynienia ze stagflacją. I żarty naprawdę się kończą.

Tak czy inaczej, w praktyce polityki gospodarczej zazwyczaj trzeba wybierać. I decydenci starają się określić, co jest mniejszym złem: wysoka inflacja czy też wysokie bezrobocie. Oczywiście wiele zależy od konkretnego gospodarczego kontekstu. Ale w ostatecznym rozrachunku spór rozbija się o pryncypia. I zazwyczaj ci, którym bliżej do obozu konserwatywno- -liberalnego, mają tendencję do straszenia inflacją. Keynesiści i wszelkiej maści lewicowcy największego zagrożenia dopatrują się w pladze bezrobocia. Gdzieś w tle tego sporu jest pewnie kwestia klasowa. To znaczy, że zamożniejsze warstwy społeczeństwa bardziej boją się spadku wartości pieniądza. Bo mają więcej oszczędności i nie lubią, gdy im inflacja te oszczędności zjada. Z kolei im niżej na drabince społecznej, tym większe oczy ma strach związany z bezrobociem. Bo gdy jest praca, to i rosnące ceny jakoś się przetrzyma. Ale bez pracy robi się naprawdę źle.

Która postawa jest powszechniejsza? Właśnie to postanowił sprawdzić ekonomista David Blanchflower z Dartmouth College. I zrobił to w opublikowanym dopiero co tekście "Bezrobocie czy inflacja. Co bardziej unieszczęśliwia?". Zestawił w nim dwa rodzaje danych statystycznych. Pierwszy to zadowolenie z życia mierzone regularnie w krajach Europy Zachodniej w latach 1975-2013. Na te dane nałożył wahania poziomu bezrobocia i inflacji w tym samym okresie. A trzeba wiedzieć, że był to okres obfitujący obu plag. I co mu wyszło? Że bardziej boli jednak... bezrobocie. Zdaniem Blanchflowera wzrost bezrobocia o 1 proc. zmniejsza zadowolenie aż pięć razy bardziej niż podobny wzrost poziomu inflacji. Gdy weźmie się pod uwagę rekordowo niską inflację i uparcie wysokie bezrobocie w większości krajów zachodniego świata, jest to temat, który będzie w najbliższych miesiącach coraz częściej powracał. I domagał się konkretnych rozwiązań.

@RY1@i02/2014/192/i02.2014.192.00000020a.802.jpg@RY2@

Rafał Woś dziennikarz DGP

Rafał Woś

dziennikarz DGP

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.