Pseudonauka to potęga
Nadszedł niż demograficzny i śmierć zajrzała wyższym uczelniom w oczy. Ale znajdzie się na to rada. Trzeba tworzyć przyszłościowe kierunki studiów. Jest już homeopatia, ale pora na alchemię, lavateryzm lub spirytyzm
Tonący brzydko się chwyta - głosi błyskotliwy aforyzm. A coraz większej liczbie wyższych uczelni w Polsce grozi zatonięcie.
Wedle ostrożnych szacunków w ciągu najbliższych pięciu lat liczba młodych ludzi podejmujących studia spadnie nawet o 300 tys. Katastrofa demograficzna w pierwszej kolejności przyniesie rzeź szkół prywatnych. Publiczne, oferujące naukę za darmo, przejmą niemal cały rynek. Jednak i one będę musiały stoczyć morderczą walkę o pozostałych na nim studentów. W wypadku porażki dostaną od państwa niższe dofinansowanie i będą musiały redukować zatrudnienie. Pozyskanie chętnych do zdobywania wiedzy staje się więc sprawą życia lub śmierci (w przypadku wykładowców - trwałego bezrobocia). Widać zatem pierwsze oznaki desperacji. Na nowatorski pomysł wpadł Śląski Uniwersytet Medyczny, uruchamiając wiosną tego roku podyplomowe studia kierunkowe o nazwie: homeopatia w medycynie niekonwencjonalnej i farmacji. Jego absolwenci posiądą wiedzę na temat wymyślonej przez niemieckiego lekarza Samuela Hahnemanna sztuki rozcieńczania wody. Wprawdzie wedle dziewiętnastowiecznej reguły należy do niej dodać czynnik wywołujący chorobę, jednak najważniejsze jest samo rozcieńczenie. Tak, aby po dodaniu wody do wody i znów zalaniu wodą rozcieńczyć cząstkę chorobotwórczą co najmniej kilka trylionów razy. A najlepiej, by stopień rozwodnienia był większy niż szacowana liczba atomów w znanym nauce wszechświecie (tak wedle informacji producenta jest rozcieńczony na przykład francuski preparat Oscillococcinum). Wprawdzie wszelkie powtarzane od lat badania wykazują, że preparaty homeopatyczne działają równie skutecznie jak dowolne placebo, mimo to ich sprzedaż gwarantuje miliardowe zyski. Nikomu nie szkodzą, więc interes kręci się znakomicie. Sprytny pomysł Śląskiego Uniwersytetu Medycznego, jak uszczknąć dla siebie kawałek z tego tortu, nie wszystkim przypadł do gustu. Prezes Naczelnej Rady Lekarskiej Marek Hamankiewicz w liście do minister nauki i szkolnictwa wyższego Leny Kolarskiej-Bobińskiej alarmował: "Aktualna wiedza medyczna nie jest w stanie potwierdzić terapeutycznej skuteczności stosowania homeopatii. Powyższe oznacza, że na uczelni kształcącej lekarzy i lekarzy dentystów nauczać się będzie stosowania metod leczenia o niepotwierdzonej skuteczności". Dodawał też, iż jest to: "działaniem na szkodę nie tylko potencjalnych słuchaczy takich studiów, ale także na rzecz wizerunku szkolnictwa wyższego w ogóle". W innym liście przesłanym do rektora Śląskiego Uniwersytetu Medycznego pytał złośliwie: "Mam nadzieję, że otwarcie studiów podyplomowych z homeopatii nie będzie stanowiło przyczynku do otwierania kolejnych studiów podyplomowych, np. z zakresu urynoterapii, irydologii lub innych podobnych nienaukowych dziedzin działalności uzdrowicielskiej". I tu nasuwa się pytanie - a dlaczegóżby nie?
Przecież w Polsce i tak studia wyższe stają się coraz większą fikcją. Zaś celem uczelni nie jest kształcenie młodych ludzi, lecz pozyskanie dzięki nim środków finansowych, zapewniających utrzymanie instytucjom oraz kadrom. Prawie nikt nie ma złudzeń, że za teatrem studiowania kryje się zwyczajna transakcja biznesowa. Student zapewnia kapitał, a uczelnia daje w zamian dyplom, który pracodawcy traktują z przymrużeniem oka, lecz jest on obligatoryjnie wymagany. Czemu by więc nie pójść o krok dalej i zacząć oferować młodzieży nauczanie nieco już zapomnianych pseudonauk, dzięki którym fortuny zbijały tysiące ludzi. Studenci, stając się ofiarami wyłudzenia, mogliby potem robić dokładnie to samo w życiu zawodowym. Zaś ich sukces napędziłby nowych chętnych do kształcenia. W efekcie polskie szkolnictwo wyższe suchą stopą przeszłoby przez czasy kryzysu. Wówczas na Śląski Uniwersytet Medyczny nie spadłyby głosy krytyki, lecz powszechna wdzięczność za genialne prekursorstwo.
Złoty interes
Pierwszym z nowatorskich kierunków studiów powinna być alchemia. I to nie tylko dlatego, że Samuel Hahnemann, nim wymyśli homeopatię, zaczytywał się w dziełach średniowiecznych alchemików. Głównym powodem takiego wyboru jest ogromny potencjał reklamowy takich studiów. Niegdyś każdy potrafiący się wypromować alchemik twierdził, iż posiadał wiedzę, jak dokonywać chryzopei, czyli zamiany rtęci bądź ołowiu w złoto, argyropei - uzyskiwania z tych metali srebra - oraz umiał produkować panaceum. Pod tą ostatnią nazwą krył się medykament leczący wszelkie choroby, a jednocześnie zapewniający wieczną młodość. Ilu młodych ludzi oparłoby się pokusie zapisania na kierunek oferujący takie możliwości?
Do tego podstawy programowe konieczne do przyswojenia nie przedstawiają się zbyt wymagająco. Stworzony 3 tysiące lat temu przez pierwszych chińskich alchemików zestaw wierzeń zakładał, iż wszechświat tworzy pięć pierwiastków: woda, ogień, drewno, metal i ziemia. Każdy z nich może przekształcać się w inny nieskończoną ilość razy. Teoria łącząca wszystkie substancje w jedną całość dawała nadzieję, iż można zapanować nad tymi przemianami lub samemu je inicjować. Co otwierało możliwość zamienienia nieszlachetnego metalu w złoto. Należało jedynie pozyskać substancję o nazwie Tan, inicjującą zajście reakcji. Jako pierwszy zaczął się chwalić odkryciem tej tajemnicy w III w. alchemik Ko Hung. W napisanej przez siebie księdze "Pao Pu Izu" zapewniał, iż potrafi przemienić cynober (związek siarki i rtęci) w złoto. Co więcej - produkowane przy okazji specyfiki posiadały wszelkie cechy panaceum. Po ich zastosowaniu wedle zapewnień alchemika: "Włosy siwe staną się czarne, a utracone zęby ponownie zaczną wyrastać, odnowią się siły ciała. Ten, który tych leków zażywa młodzieńcem, będzie żył wiecznie i nie umrze". Receptury Ko Hunga, który lubił mieszać ze sobą m.in. rtęć i arsen, zaczęli w praktyce stosować lekarze chińskich cesarzy z dynastii Tang. Wysyłając co najmniej czterech władców w zaświaty. Co mocno nadszarpnęło wiarygodność alchemików. Stanowi też istotną wskazówkę, że prowadzenie ćwiczeń praktycznych na żywych ludziach byłoby podczas studiów raczej niewskazane.
Dużo lepszym pomysłem jest skorzystanie ze spuścizny pozostawionej przez europejskich magów. Po przejęciu wiedzy od Arabów pierwsi alchemicy na Starym Kontynencie skupili się przede wszystkim na doskonaleniu sztuki transmutacji. Tak bowiem na co dzień zaczęto nazywać zamienianie metali w złoto. Osiągano to na różne sposoby. Posługiwano się tyglami o podwójnym dnie, które pokrywano tlenkami złota, żeby po wsypaniu do środka sproszkowanego ołowiu zręcznie dokonać zamiany obu metali. Powlekano też złote sztaby rtęcią, tak by wyglądały na srebrne lub cynowe. Następnie wkładano je w ogień, który stapiał zewnętrzną warstwę, a eksperymentator mógł się pochwalić udaną transmutacją. Gdy zaś alchemikowi będącemu na dorobku brakowało własnego złota, mógł on zmieszać rtęć z cynkiem i powlec otrzymanym barwnikiem sztabkę miedzi, nadając jej złoty kolor. Takich sztuczek wymyślono mnóstwo, dzięki czemu kolejne pokolenia uczonych magów mogły liczyć na hojne datki ze strony królów, książąt, a czasami nawet kościelnych hierarchów. Mało kto wykazywał się takim rozsądkiem, jak papież Leon X, który na zapowiedź alchemika Aurelio Augurelli, że zmieniałby morze w złoto, gdyby było z rtęci, wręczył mu pustą sakiewkę, oznajmiając: "Ten, co sam potrafi złoto robić, potrzebuje tylko worka".
Warto wyglądać
Pewną wadą obniżającą atrakcyjność alchemii jest na pewno to, że nie każdy ma smykałkę do eksperymentów połączonych ze sztuczkami prestidigitatorskimi. Dlatego dla urodzonych humanistów wyższe uczelnie powinny przygotować zajęcia z lavateryzmu. Prekursorem tej zapomnianej nauki był sam Arystoteles. W dziele noszącym tytuł "Fizjonomika" grecki filozof wyłożył teorie na temat korelacji między charakterystycznymi cechami ludzkiego wyglądu a osobowością badanego człowieka. Szczególną uwagę zwracał na to, co znajduje się na głowie, twierdząc na przykład, iż osoby o włosach jedwabistych i delikatnych "są bojaźliwe jak jagnięta". Natomiast ci ze szczeciną podobną do sierści dzika odznaczają się niezwykłą odwagą. Takich prawidłowości zdaniem Arystotelesa było całe mnóstwo. Jednak dopiero dwa tysiące lat później mieszkający w Zurychu pastor Johann Kaspar Lavater potrafił zrobić dzięki starożytnym teoriom dobry interes. Jak słusznie zanotował, "z urodzenia jesteśmy fizjonomistami", ponieważ zawsze oceniamy nowo poznane osoby po wyglądzie. A skoro tak, to gdyby ten wygląd powiedział nam wszystko o nieznajomym, wówczas moglibyśmy uniknąć wielu niebezpieczeństw, a jednocześnie sporo zyskać. Odpowiadając na oczywiste zapotrzebowanie rynkowe, Lavater wydał w 1772 r. dzieło "Von der Physiognomik" ("O fizjonomice"). Szybko stało się ono hitem. Czytelnicy dostali do ręki szczegółową instrukcję odczytywania charakteru, talentów, a nawet przyszłych losów ludzi za sprawą poszczególnych cech zewnętrznych. Podobnie jak Arystoteles, również Lavater uważał, że "usposobienie moralne wywiera silny wpływ na włosy". Najwyżej cenił sobie blondynów jako uosobienie zdolności oraz cnót. "Włosy czarne, płaskie, gładkie, gęste i grube oznaczają słabe zdolności umysłowe; lecz natomiast są oznaką pilności, pracowitości, zamiłowania porządku" - twierdził. Szczerze natomiast nienawidził rudych, ponieważ "włosy rude cechują człowieka w wysokim stopniu przebiegłego, złośliwego, chytrego, podstępnego". Podobnie szczegółowo odnosił się do wyglądu nosów, małżowin usznych, koloru oczu etc.
Sława genialnego fizjonomisty sprawiła, że do Zurychu ciągnęły pielgrzymki żądnych wiedzy. Chcieli, aby Lavater popatrzył na nich lub na ich bliskich, w towarzystwie których przyjechali, a następnie odpowiadał na przeróżne pytania. W książce pt. "O poznaniu ludzi z zewnętrznych oznak" uczeń pastora baron Adolph Knigge zawarł wiele takich historii. Udowadniając za każdym razem genialność swego mistrza. I tak pewnego razu pastor oglądał małżeństwo przybyłe z Paryża. Po czym ostrzegł ciekawskiego męża, iż jego żona ma "niezawodne oznaki najzgubniejszych skłonności, najhaniebniejszych namiętności". Sceptyczny małżonek przekonał się poniewczasie, iż Lavater miał rację. Kiedy we Francji wybuchła rewolucja, kobieta dała pełną swobodę swej naturze. "Nie tylko stała się wiarołomną małżonką, lecz również zdradzała kochanków, nieledwie z każdym dniem ich zmieniając i przechodząc z największą bezczelnością od jednego do drugiego" - donosił czytelnikom baron Knigge. Odpowiednia reklama robiła swoje i "O fizjonomice" coraz bogatszego pastora w ciągu zaledwie kilku dekad wznawiano 151 razy w większości krajów świata. Co owocowało stałym powiększaniem się grona adeptów nowej nauki. Dopóki nie zaczęto zauważać, iż zupełnie się ona nie sprawdza w praktyce. Ale skoro homeopatia też nie działa, a robi taką furorę, to czemu by nie spróbować reaktywacji lavateryzmu. Na nim też dawało się zarobić.
Ducha nie przekreślajcie
Wykształcone kadry fizjonomistów, podobnie jak alchemików, miałyby to ograniczenie, że odbiorcą ich usług byłyby przede wszystkim osoby zamożne. Tymczasem masowa edukacja wymusza zaoferowanie czegoś masowemu konsumentowi. Szansę prawdziwego sukcesu rynkowe daje tu spirytyzm. Tezę tę potwierdzają stare statystyki sporządzone przez rząd USA w 1854 r. Wówczas na terenie Stanów Zjednoczonych zawód medium rozmawiającego regularnie z duchami wykonywało ok. 30 tys. ludzi. Co ciekawe, ta profesja powstała zaledwie siedem lat wcześniej. Wszystko zaczęło się w grudniu 1847 r., niedaleko Nowego Jorku w osadzie Hydesville. Trzy córki miejscowego pastora Johna Foxa ogłosiły, iż zaczął odwiedzać je duch przedstawiający się jako Charles Rosna. Początkowo był bardzo uciążliwym gościem. Hałasował w nocy, rozrzucał rzeczy, budził całą rodzinę. Jednak Leah, Margaret oraz Kate Fox w końcu nie tylko dogadały się z panem Rosną, lecz nawet zawarły biznesową spółkę. Siostry spraszały sąsiadów, a uczynny duch odpowiadał na przeróżne pytania, stukając. Jeden raz - na nie lub dwa razy - na tak. Pokazy cieszyły się takim wzięciem, iż organizatorki wkrótce wymyśliły dodatkowe atrakcje. Dla lepszej komunikacji rozrysowały planszę z literami alfabetu, po której przesuwał się talerzyk. Zadowolony duch rozgadał się na całego i zaproponował przygotowanie pokazów dla masowej publiczności. Obiecując sprowadzić na nie kumpli z zaświatów. Słowa dotrzymał. Zorganizowany przez trzy siostry 14 listopada 1849 r. seans spirytystyczny w Corintian Hall w Rochester zakończył się wielkim sukcesem. Panie ruszyły w tournée po kraju, a bilety na seanse rozchodziły się jak świeże bułeczki. Sukces w biznesowym wykorzystywaniu zaświatów z czasem niestety zaciążył na ich doczesnym życiu. Najstarsza Leah rozwodziła się trzy razy, podejrzewając mężów, iż dybią na jej fortunę. W końcu popadła w alkoholizm. Kate zaczepiła się na stałe przy nowojorskim bankierze Charlesie Livermorze, regularnie kontaktując go z duchem zmarłej żony. Natomiast Margaret w 1888 r. wsypała siostrzyczki, wyznając w wywiadzie dla "The New York Herald", iż wszystkie seanse spirytystyczne były sfingowane, wedle planów opracowanych przez Leah. Co nie miało już żadnego znaczenia, bo spirytyzm stał się niemal jedną z gałęzi przemysłu rozrywkowego w USA.
Na Starym Kontynencie również kto żyw szukał kontaktów z zaświatami. W odpowiedzi na to zapotrzebowanie już w 1857 r. francuski lekarz i prawnik Hipolit Rivail pod pseudonimem Allan Kardec wydał "Księgę duchów". Jak skromnie tłumaczył, jedynie zapisywał to, co dyktowali mu: Sokrates, Platon, Jan Ewangelista, św. Augustyn, wspierani przez dość świeżo zmarłego Benjamina Franklina. Z dzieła tak wybitnych autorów, zredagowanego przez Rivaila, można się dowiedzieć, że Ziemia to jedno z najgorszych miejsc dla umarłych. Zdecydowanie bardziej wolą oni przebywać na Księżycu lub Marsie. Niestety, trzeba na to zasłużyć, a co gorsza, zawsze grozi każdemu duchowi reinkarnacja. Ale mimo tych licznych kłopotów były one chętne do współpracy, zwłaszcza jeśli przynosiła godziwy dopływ gotówki. Jedną z najlepiej zarabiających, pierwszych gwiazd spirytyzmu był Szkot Daniel Dunglas Home. Zaledwie sześć lat od debiutanckiego seansu sióstr Fox potrafił zorganizować objazd po krajach Europy Zachodniej, w czym pomagał mu obrotny polski menedżer hrabia Aleksander Branicki. Medium potrafiło dużo więcej niż zwykli spirytyści. W jego obecności wirowały stoliki, lewitowały małe i wielkie przedmioty i ukazywały się zjawy. Potrafiły one podnieść Home pod sam sufit, gdzie podpisywał się kredą. Nic dziwnego, że seansu zażyczył sobie sam cesarz Napoleon III, a organizujący występ Branicki wynegocjował godziwe honorarium. Warte było zapłacenia, ponieważ spirytysta zapewnił spotkanie władcy Francji z jego wielkim stryjem Napoleonem Bonaparte. Wkrótce wszyscy w Paryżu chcieli się dostać na pokazy Home’a. Poeta Zygmunt Krasiński wyszedł z niego oszołomiony. "Dzwonki same chodzą po pokojach i wabią się dźwiękiem swych serc, poruszanych niewidzialnymi siłami. Chustki latają w powietrzu i zawiązują się na węzły same. Ręce pod stolikiem jakieś nieludzkie, zaświatowe, wstają i dotykają osób przy stoliku siedzących" - opisywał potem w liście. Ale widać coś mu nie dawało spokoju, skoro zaczął uważnie śledzić poczynania medium oraz Branickiego. W końcu tuż przed śmiercią w 1859 r. opublikował esej oskarżający Home’a o oszustwa. Raz rzucone podejrzenie sprawiło, iż na kolejne występy zaczęło wybierać się coraz więcej sceptyków. W ich obecności duchy wyraźnie odczuwały tremę i kładły kolejne sztuczki. Nagle okazywało się, że to ręka medium w mroku udaje dłoń ducha. Innym razem złapano asystenta medium, odzianego w prześcieradło, udającego zjawę. Tak kariera Daniela Dunglasa Home’a dobiegała smutnego końca. Ale gdyby dano mu wcześniej możliwość ukończenia pięcioletnich studiów spirytystycznych, być może nie zszedłby ze sceny aż do śmierci, a nawet jeszcze dłużej.
Konsekwencja to podstawa
Po reaktywowaniu dobrze rokujących pseudonauk należy pamiętać, by nigdy nie okazywać braku wiary w to, co się oficjalnie głosi. Teoria francuskiego biologa Jean-Baptiste de Lamarcka, że żywe stworzenia potrafią się dostosować do środowiska przez wykształcenie nowych fizycznych cech, które następnie przekazują potomstwu, nie przyniosła swemu twórcy żadnych profitów. Uczony umierał w 1829 r. jako zupełny nędzarz. Potem lamarkizm także egzystował na obrzeżach nauki, aż w końcu został przekreślony przez Charlesa Darwina. Wedle darwinistów mutacje występują u wszystkich gatunków przypadkowo i dopiero selekcja negatywna je utrwala. Czyli ci z lepszym genotypem posiadają więcej potomstwa, a gorzej przystosowani mniej. Do tego szybciej giną. Na lamarkizm już nikt nie zwracał uwagi, aż do momentu głośnego eksperymentu Paula Kammerera. Urodzony w Wiedniu biolog na początku XX w. postanowił udowodnić, że to Lamarck miał rację. Do czego posłużyła mu... żaba pętówka. Różni się ona tym od innych żab, że okres godowy odbywa na lądzie. Inne kopulują w wodzie i aby się nie ślizgać, samce na przednich łapkach, dla przytrzymania samic, posiadają chropowate poduszki godowe. Pętówki ich nie potrzebują, mają więc gładkie łapki. Kammerer wpadły na pomysł, jak ten drobny fakt wykorzystać dla zdobycia sławy i pieniędzy. Zamykał grupę pętówek na całe okresy godowe w pojemnikach z wodą. Biedne żabki się ześlizgiwały i nie mogły rozmnożyć. Biolog stawiał je przed koniecznością wykształcenia w ciągu pięciu lat ich życia poduszek godowych, jeśli chciały posiadać potomstwo. Wreszcie ogłosił w 1911 r., że żabki dały radę. Darwiniści oczywiście negowali wynik eksperymentu, ale Kammerer okazywał dowód w postać chropowatych łap swoich pętówek. Jego kariera ruszyła z miejsca, choć niedługo potem wybuchła I wojna światowa. Po jej zakończeniu naukowcowi kierownictwo katedry biologii zaoferował Uniwersytet Moskiewski. On jednak wybrał zaproszenie do USA. W Ameryce teorie Darwina zawsze wzbudzały niechęć i wspólnoty religijne oraz wiele uczelni, fundowanych przez protestanckich milionerów, płaciło grube sumy za wykłady Austriaka. Negując darwinizm, przywracały wiarę w teorie wysnuwane na podstawie Biblii. Paul Kammerer dał się wówczas ponieść pysze i przekazał zwłoki swoich żabek na wystawę w Muzeum Historii Naturalnej w Nowym Jorku. A tam przebadał je kurator działu płazów Gladwyn Kingsley Noble. Po czym w sierpniu 1926 r. na łamach pisma "Nature" opublikował artykuł o tym, że skóra na ich łapkach jest doklejona, pochodzi z ciała innego zwierzęcia i zabarwiono ją tuszem, by miała kolor poduszek godowych. Kammerer zamiast stanąć na czele wściekłych z oburzenia lamarkistów i wszystkiemu zaprzeczyć, załamał się. A na koniec zastrzelił. Przekreślając szansę na reaktywację wielce obiecującej pseudonauki. Co przecież nie oznacza, iż wyższe uczelnie nie powinny jej dać trzeciej szansy. Podobnie jak astrologii, hiromancji czy magii wudu. Niż demograficzny u bram, lecz na ocalenie polskiej nauki jeszcze nie jest za późno.
W 1854 r. na terenie Stanów Zjednoczonych zawód medium rozmawiającego z duchami wykonywało ok. 30 tys. ludzi. Co ciekawe, ta profesja powstała zaledwie siedem lat wcześniej
@RY1@i02/2014/187/i02.2014.187.000002000.803.jpg@RY2@
AKG/East News
Andrzej Krajewski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu