O trudnej sztuce rzucania mięsem
obserwacje
Może to i niezbyt poważne, ale rozważmy przez moment, czy przeklinanie się opłaca. I jak tu przeklinać, żeby zmaksymalizować zysk, a zminimalizować koszty odpalenia pocisku na "k" (albo i na wiele innych liter).
Weźmy choćby minister Elżbietę Bieńkowską. Trzeba przyznać, że to jedna z najbardziej błyskotliwych karier publicznych ostatnich lat. Nie wydeptywała sobie ścieżek w różnych ROAD-ach, UD, UW, KLD czy SKL-ach. Nie przeskoczyła do polityki dzięki tytułowi profesorskiemu. A mimo to wyrosła na jedną z najpotężniejszych osób w polskim rządzie, a teraz przenosi się na ważne stanowisko unijnego komisarza. Osobiście nie słyszałem, ale ci, którzy znają Bieńkowską, twierdzą, że lubi sobie "cisnąć mięsem". A nawet uczyniła z tego swego rodzaju znak firmowy. Element wizerunku "ostrej zawodniczki", która nie da sobie wejść na głowę. Jeśli wierzyć książce Melissy Mohr "Holy Sh*t, a Brief History of Swearing" ("Jasna cholera. Krótka historia przeklinania"), to sprawne miotanie przekleństw może być jednym z kluczowych sekretów zawodowego sukcesu przyszłej pani komisarz. Mohr pokazuje bowiem, że przeklinanie już w starożytnym Rzymie było sposobem na sprawowanie dominacji przez "aktywną" część populacji nad tą "pasywną". Ilekroć więc kobieta próbowała przebić się w zdominowanym przez mężczyzn świecie władzy, instynktownie sięgała po wulgaryzmy. Mało tego, musiała być w tej grze ostrzejsza niż jej konkurenci. W pewnym sensie potwierdzają to badania Yehudy Barucha, profesora zarządzania (obecnie Uniwersytet Southampton), który pokazał, że generalnie kobiety przeklinają więcej w towarzystwie mężczyzn. Jest w tym wszystkim jednak pewien haczyk. Bo kobieta używająca wulgaryzmów dużo łatwiej pada ofiarą klasowych stereotypów. To znaczy postronny obserwator dużo łatwiej będzie patrzył na nią z góry niż na zachowującego się identycznie mężczyznę. To z kolei konkluzja z pracy lingwistki Elizabeth Gordon z nowozelandzkiego Uniwersytetu Canterbury. Seksistowska, ale chyba dosyć prawdziwa. Wróćmy jednak do Elżbiety Bieńkowskiej. Jeżeli faktycznie uznać, że przeklinanie jest ważnym elementem jej profesjonalnego image’u, to panią wicepremier czeka teraz nie lada wyzwanie. No bo czy da się miotać celnym wulgaryzmem w obcym języku? Niestety dobrych badań empirycznych na ten temat jak dotąd brakuje.
Ale nie tylko o Bieńkowską tutaj przecież chodzi. Wszak (prawie) każdy z nas zna kilka mocnych, soczystych słów, a niejeden czyni z nich częsty użytek. Albo przynajmniej ma na to ochotę. Badacze problemu nie mają wątpliwości. Zgrabny wulgaryzm jest jak dobra przyprawa. Można się bez niego obejść. Ale potrafi też nadać smak niejednej potrawie. Richard Stephens z Uniwersytetu Keele przeprowadził kiedyś sugestywny eksperyment. Kazał uczestnikom stać w lodowatej wodzie tak długo, jak potrafią. Ci, którym wolno było przeklinać, wytrzymywali dłużej. Z jednym zastrzeżeniem. Gdy spirala wulgaryzmów za bardzo się nakręcała, cały pozytywny efekt szlag trafiał. Ale akurat o tym, założę się, większość z Państwa wiedziała i bez eksperymentu Stephensa.
Kłopoty zaczynają się, gdy pada pytanie, jak przeklinać w miejscach takich jak praca. Wiele podręczników przywództwa przeklinanie wręcz doradza. Po to, by zbliżyć się do swoich podwładnych albo kontrahentów. Pokazać, że przecież jesteśmy z jednej gliny ulepieni. Z drugiej jednak strony przemoc (a wulgaryzm to jednak zazwyczaj jest językowa przemoc) w sytuacjach zawodowych to generalnie nie jest dobry pomysł. Zwłaszcza gdy się pada tej przemocy ofiarą. Patrząc z perspektywy podwładnego, pewną zdroworozsądkową radą jest unikać jak ognia przechodzenia na "ty" z przełożonym. Bo tak naprawdę nic to nie daje. Tworzy tylko fałszywe poczucie bliskości, z którego niewiele wynika (skoro jest na "ty" ze wszystkimi). A jednocześnie ułatwia przełożonemu przeskoczenie granicy słownej agresji. Bo dużo łatwiej op***lić mu kogoś, z kim jest po imieniu niż na "pan/pani". W końcu formy grzecznościowe nie bez powodu istnieją w większości języków świata.
@RY1@i02/2014/172/i02.2014.172.00000020a.802.jpg@RY2@
Rafał Woś dziennikarz DGP
Rafał Woś
dziennikarz DGP
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu