Oferta pracy ukryta za tajemniczym kodem
Ogłoszenia o pracy bywają znakomitym pretekstem do rozważań na temat niektórych właściwości języka używanego na naszym rynku pracy. Przykład na ogłoszeniu obok. Doświadczony grafik komputerowy z wyższym wykształceniem, biegłą znajomością trzech języków obcych (w tym dwóch u nas rzadkich) oraz umiejętnością rysowania odręcznego za 1200 zł, na podstawie umowy o dzieło, czyli bez ubezpieczenia.
Mimo wysokiego bezrobocia, dotykającego również (choć w mniejszym zakresie) grafików komputerowych taka oferta brzmi jednak dziwnie, chyba że zgodzimy się z tym, że jest jakieś drugie dno tego komunikatu, z którego wynika, że nie brzmi on już tak naiwnie, tzn. że oferent wie, co robi, i znajdzie doświadczonego specjalistę - poliglotę. Myślę, że oferent naiwny nie jest, a o braku takiej naiwności można się przekonać dopiero wtedy, gdy próbujemy odczytać to, co w tej ofercie jest zakodowane.
Oto próba poszukiwania rzeczywistego sensu treści tego komunikatu. Treść ogłoszenia zaczyna mniej dziwić, jeżeli np. przyjmiemy, że wymagany język ukraiński lub rosyjski jest oczekiwanym językiem ojczystym potencjalnego kandydata. Spełnienie przez bezrobotnego polskiego grafika komputerowego wymogów językowych podanych w ogłoszeniu jest raczej mało prawdopodobne (jednoczesna znajomość języka ukraińskiego i rosyjskiego - dość powszechna na Ukrainie - u nas najpewniej należy do unikalnych przypadków). Można zatem przyjąć hipotezę, że w istocie oferta jest skierowana do cudzoziemców zza wschodniej granicy. W takim przypadku umowa o dzieło jako podstawa zatrudnienia i kwota wynagrodzenia już mniej dziwią, wskazując, iż oferent jest jednak racjonalny. Oczywiście jest to tylko hipoteza (dowodów brak). Treść tego ogłoszenia jest jednocześnie odzwierciedleniem szerszego zjawiska, jakim jest powszechnie stosowane kodowanie prawdziwego sensu ofert kierowanych na rynek pracy. W dobie internetu przykładów jest bez liku. Oferowanie pracy w zamian za wynagrodzenie nieprzekraczające kwoty zasiłku dla bezrobotnych połączone z bardzo wysokimi oczekiwaniami kwalifikacyjnymi wobec potencjalnych kandydatów też daje powody do przypuszczeń, że kryje się za nimi jakaś patologia - szara i czarna strefa rynku pracy, takie ich przejawy, jak wynagrodzenia płacone pod stołem, zatrudnianie cudzoziemców bez zezwolenia albo aranżowanie sytuacji (w postaci niemających nic wspólnego z pracą wymogów kwalifikacyjnych), w których zatrudnianie cudzoziemca staje się "obiektywną" koniecznością i łatwiej wtedy o uzyskanie zezwolenia na pracę itp., itd.
"Kodowanie" ogłoszeń o pracy, nawet tych oficjalnych, jest szeroko stosowaną praktyką. Ciekawe, że czytający je zainteresowani, bez względu na wykształcenie, na ogół potrafią łamać owe kody. Mają świadomość, że jeśli ktoś oferuje wymagającą pewnych kwalifikacji pracę za 600 zł miesięcznie, to nie jest tak naiwny, że kogoś znajdzie, nie uzupełniając wynagrodzenia dodatkową kwotą płaconą nieoficjalnie.
Niektórzy w tym kodowaniu przekraczają granice absurdu (np. oferta pracy dla inżyniera za 700 zł miesięcznie z możliwością awansu), co w efekcie może doprowadzić do tego, że powstanie nowy zawód: "interpretator treści ogłoszeń o pracy".
Wiemy, że szara i czarna strefa rynku pracy mają bardzo szeroki zasięg. Dotyczy o ile nie większości, to na pewno wielu zawodów i specjalności oraz lokalnych rynków pracy. Jednym z przejawów patologicznych zjawisk na tym rynku jest właśnie owo tytułowe kodowanie języka ogłoszeń. Może nie najważniejszy to objaw, ale jednak ważny, bo widoczny na pierwszy rzut oka, czyniony na oczach instytucji i osób zajmujących się problemami zatrudnienia.
Oczywiście patologie rynku pracy są od dawna znane. Niczego tym felietonem w tym zakresie nie odkrywam. Chciałem jedynie zwrócić uwagę, że mówiąc i pisząc o nim, podobnie jak poszukujący kandydatów do pracy od dawna posługujemy się pewnym kodem językowym, którego zasadą jest to, że używane pojęcia coraz bardziej oddalają się od swoich pierwotnych znaczeń. Dobrym tego przykładem jest choćby kluczowe pojęcie "bezrobocie", które coraz częściej odróżnia się od "rzeczywistego bezrobocia". Wniosek - poziom bezrobocia to nie rzeczywisty poziom bezrobocia. Trzeba w związku z tym odpowiedzieć sobie na pytanie, czy walczymy z bezrobociem czy z rzeczywistym bezrobociem. Odpowiedź na to pytanie jest istotna, bo przynajmniej będziemy wiedzieć, z czym walczymy. Wtedy dopiero można dyskutować o doborze instrumentów tej walki.
@RY1@i02/2014/079/i02.2014.079.21700020b.803.jpg@RY2@
Szczegóły oferty
@RY1@i02/2014/079/i02.2014.079.21700020b.804.jpg@RY2@
Grzegorz Orłowski radca prawny z Kancelarii Orłowski, Patulski, Walczak
Grzegorz Orłowski
radca prawny z Kancelarii Orłowski, Patulski, Walczak
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu