Polski dyplomata, czyli aparatczyk z centrali
Ci, którzy interesują się minerałami, wiedzą, że w małym kamyku często kryją się najpotężniejsze ze znanych człowiekowi sił. Podobnie w zarządzaniu: kulturę organizacji odzwierciedlają drobne detale. To, jak ubierają się pracownicy, jakiego języka używają i jak traktują klientów. Przypomniałem sobie o tym podczas niedawnego pobytu u przyjaciół mieszkających niedaleko Nowego Delhi. Ale moja historia, choć zaczyna się egzotycznie, nie dotyczy Indii, ale Polski.
Odwiedziłem odbywające się w indyjskiej stolicy targi książki, największą tego typu imprezę w Azji. Szacunek mieszkańców Indii do edukacji najlepiej odzwierciedla bóg Sziwa, depczący w kosmicznym tańcu ciemność i ignorancję. Na targach było to widać po ogromnej liczbie książek dla dzieci, podręczników, literatury z całego świata oraz indyjskich przedsiębiorcach, doświadczonych i początkujących, promujących swoją produkcję. Jaka to świetna okazja dla Polski - pomyślałem - z jej bogatą literaturą i mnóstwem niewielkich wydawnictw, żeby zaistnieć na jednym z największych rynków świata. Co więcej, Polska w tym roku reprezentowała UE jako gość honorowy: otrzymała centralne miejsce, które dawało maksymalne możliwości zaprezentowania się przy zerowych kosztach powierzchni wystawienniczej. W zeszłym roku na jej miejscu były Niemcy i zrobili wszystko, co możliwe, by wypromować swoją literaturę. Mój indyjski kolega opowiadał, jak niemieccy przyjaciele przywieźli wiodące wydawnictwa, znanych autorów, przedstawicieli branży poligraficznej i grupę ekspertów, którzy mieli ściskać dłonie, nawiązywać kontakty i odwiedzać innych wystawców.
Kieruję się do polskiego stoiska. Zastaję tam trzech sympatycznych studentów siedzących w pustym boksie, którzy nie ukrywają ogromnego znudzenia, bo skończyły im się materiały. Główną atrakcją są książki Ryszarda Kapuścińskiego. Uwielbiam go, ale próba podboju tamtejszego rynku przy użyciu wyłącznie jego książek świadczy o wyjątkowym braku wyobraźni. Zobaczyłem też skromny zbiór książek dla dzieci i zacząłem rozglądać się za czymś w języku angielskim. W końcu sporo klasycznych utworów polskiej literatury zostało przetłumaczonych na angielski, który jest powszechnie używany w Indiach. Jednak wszystkie książki były po polsku. "Dlaczego nie ma więcej literatury po angielsku" - spytałem. "Chcemy pokazać w Indiach naszą literaturę w języku polskim, żeby mogli zobaczyć, jak on wygląda" - usłyszałem odpowiedź! Rzadka możliwość zaprezentowania się i wypromowania swojej literatury została zaprzepaszczona.
Po rozmowach z dziennikarzami i przedsiębiorcami na temat porażki polskiego stoiska na targach książki postanowiłem spotkać się polskim radcą handlowym w Delhi. On i jego biuro istnieją przecież po to, żeby pomagać nawiązywać kontakty biznesowe między dwoma państwami. Na spotkanie postanowiłem pojechać metrem, bo w tym wielomilionowym, wiecznie zakorkowanym molochu to jedyny niezawodny i szybki środek transportu. Niestety tym razem zdarzyła się awaria i na miejsce dotarłem spóźniony. Z trudem znalazłem właściwe wejście i powiedziałem o umówionym spotkaniu ochroniarzom patrzącym na mnie zza krat. Ochrona poszła kogoś poszukać i kilka minut później z biura wyszedł człowiek z wyrazem twarzy, który był zaprzeczeniem ciepłego powitania. Człowiek ów spojrzał na mnie badawczo, jakbym był dziwnym przedmiotem nieoczekiwanie wyrzuconym na obcy brzeg, i niechętnie kazał ochronie otworzyć bramę. W latach 80. prowadziłem własną firmę w Europie Środkowej, kiedy ta jeszcze była częścią bloku komunistycznego. Handel zagraniczny był wówczas kontrolowany przez centrale, w których pracowali bezbarwni komunistyczni aparatczycy, dobrze znający procedury, ale niemający w sobie żadnej empatii. I oto ponad dwadzieścia lat później spotkałem ich współczesnego odpowiednika. Znacznie lepiej ubranego, ale należącego do tego samego gatunku.
Odpowiednik powiedział, że jego szef, radca handlowy, czekał na mnie, ale musiał wyjechać na spotkanie i zostawił go w zastępstwie. Mój rozmówca był z tego powodu wyraźnie niezadowolony i nie interesowały go moje przeprosiny i tłumaczenie przyczyn spóźnienia. Przeszliśmy do biura, uprzejmie zaproponował mi kawę, usiedliśmy, przedstawiłem się i wytłumaczyłem powód wizyty. "Wizytówkę poproszę" - powiedział. "Przepraszam, ale skończyły mi się wizytówki" - odpowiedziałem. "W takim razie legitymację prasową" - usłyszałem. "Nam przy sobie legitymacji, ponieważ jestem w Delhi prywatnie, ale może pan wejść na internetową stronę Dziennika Gazety Prawnej i przeczytać moje artykuły" - odparowałem. "Przepraszam, ale nie będę z panem rozmawiał i nie będę sprawdzał pana artykułów" - stwierdził. "Czy mogę wiedzieć, jak pan się nazywa" - uprzejmie zapytałem. Usłyszałem stanowcze: "Nie".
Nie wiem, jak dla ciebie, drogi czytelniku, ale dla mnie to było surrealistyczne doświadczenie. Człowiek, który ma pomagać Polakom w nawiązywaniu kontaktów biznesowych, nie chciał podać mi imienia. Udało mi się tylko dowiedzieć, że był w Indiach od czterech miesięcy i jeszcze nigdy nie jeździł metrem. Trochę to dziwne w przypadku osoby, który ma pomagać polskim przedsiębiorcom, więc powinna próbować zrozumieć miejscową sytuację i warunki życia. Po powrocie do Warszawy napisałem e-mail do radcy handlowego, pytając, jak jego biuro postrzega swoją rolę w promowaniu polskiego biznesu na subkontynencie i jakie sukcesy udało mu się osiągnąć, ale odpowiedzi na te pytania nie otrzymałem. Radca zaś zrzekł się wszelkiej odpowiedzialności za polskie stoisko na targach książki.
Ale co to ma wspólnego z minerałami i ukrytymi siłami - możecie zapytać. Już tłumaczę. Ambasada to część Polski. To jak pracuje i jakich ludzi zatrudnia odzwierciedla to, co dzieje się w kraju. A to, co mi się przydarzyło, obrazuje głęboko zakorzenione problemy, które mają wpływ na wyniki polskiej gospodarki. Pierwszy to brak zaufania, co tak dobrze dowiódł anonimowy pracownik biura radcy handlowego z kamiennym wyrazem twarzy. Niecodziennie przecież zagląda do niego brytyjski dziennikarz i wykładowca mieszkający w Warszawie, by porozmawiać o handlu. Pomyślał więc pewnie, że jestem szpiegiem usiłującym z niego wydobyć sekrety gospodarcze. Drugi to szkodliwy brak współpracy przedsiębiorców i władz. Wspaniała okazja biznesowa, jaką były największe targi książki w Azji, została zmarnowana.
Ten mały epizod, który mocno kontrastował ze spontanicznym ciepłem i atmosferą mojej wizyty w Indiach, świadczy o problemach, które trzeba rozwiązać, jeśli Polska chce osiągać w przyszłości sukcesy gospodarcze. I ci z nas, którzy naprawdę kochają Polskę, muszą zmierzyć się z tymi mentalnymi przeszkodami.
@RY1@i02/2014/056/i02.2014.056.000002700.802.jpg@RY2@
Timothy Clapham psycholog ekonomii, Uniwersytet Warszawski
Timothy Clapham
psycholog ekonomii, Uniwersytet Warszawski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu