Chopin na medal
Konkurs Chopinowski miał dowodzić przewagi polskich muzyków, a po wojnie legitymizować socjalistyczny ustrój. W erze mediów społecznościowych na nowo rozpala emocje. Dziewiętnasta edycja zaczyna się w czwartek
„Współczesny konsument sztuki chce, pragnie i musi być w masie. Czyli, inaczej mówiąc, trzeba sprawę sztuki podać tak, iżby mógł być podrażniony w swych instynktach życia masowego. Gra, hazard, walka, pierwszeństwo, rasy, szkoły narodowości – oto właśnie te masowe instynkty” – tak pierwszą edycję Międzynarodowego Konkursu Chopinowskiego podsumował w 1927 r. na łamach czasopisma „Świat” Juliusz Kaden-Bandrowski. Na krótko przed konkursem warszawska filharmonia świeciła pustkami. Tym, co przyciągnęło tłumy, była nie sama muzyka, ale rywalizacja – na miarę tej sportowej.
Chopin obroni się sam
Początki Konkursu Chopinowskiego (dziś wydarzenia na stałe obecnego w światowym kalendarium najważniejszych imprez poświęconych kulturze) nie były proste. Jego twórca prof. Jerzy Żurawlew w książce „A więc konkurs” wspomina, że idee zorganizowania rywalizacji dla wykonawców utworów najwybitniejszego polskiego, choć na świecie kojarzonego raczej z Francją, kompozytora uznano za… wymysł. „Spotkałem się z absolutnym niezrozumieniem, obojętnością, a nawet niechęcią. Opinia muzyków była jednomyślna: Chopin jest tak wielki, że sam się obroni. W Ministerstwie Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego oznajmiono, że nie ma środków, (...) a w ogóle pomysł jest nierealny do wykonania. Nie poddawałem się; wysiadywałem godzinami pod drzwiami dygnitarzy w Ministerstwie, znosiłem wiele upokorzeń” – pisał Żurawlew.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.