Podatkowe “róbta co chceta”, czyli po co nam minister finansów?
W zdrowym państwie polityka podatkowa działa tak, że rząd się zbiera, poszczególne resorty przynoszą swoje pomysły, a ministerstwo finansów je analizuje, wycenia i decyduje, które mają sens fiskalny i systemowy, a które nadają się do śmietnika. To, co mamy zamiast tego, to podatkowa samowolka. Ministerstwo Cyfryzacji wymyśla podatek cyfrowy. Ministerstwo Funduszy proponuje kataster.
24 marca Ministerstwo Cyfryzacji wpisało do wykazu prac rządu projekt podatku cyfrowego. Przeczytałem tę wiadomość dwa razy, bo za pierwszym razem pomyślałem, że ktoś w redakcji pomylił resorty. Nie pomylił. Oto okazuje się, że politykę fiskalną państwa kształtuje teraz ministerstwo, które – jak sama nazwa wskazuje – powinno zajmować się cyfryzacją. Na przykład tym, że 40 proc. czasu pracy polskich urzędników pochłaniają powtarzalne zadania administracyjne albo że pod względem cyfryzacji firm zajmujemy dwudzieste pierwsze miejsce w Unii. Ale po co, skoro można poczuć dreszczyk prawdziwej władzy i projektować podatki?
Minister cyfryzacji i wicepremier Krzysztof Gawkowski obwieszcza więc urbi et orbi, że „konkurencja na rynku cyfrowym w Polsce jest zachwiana” i że czas, by globalni giganci uczestniczyli w budowaniu wspólnego dobra na równych zasadach. Brzmi to jak żywcem wyjęte z przemówienia wygłoszonego na wiecu partyjnym.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.