Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Gorące disco rodem z zimnej Skandynawii

26 czerwca 2018

Żeby podbić fanów Annie oraz Sally Shapiro wystarczył urok osobisty, pomysłowy producent oraz przemyślany hype.

Dzięki ekspansji internetu popgwiazdy doczekały konkurentek, które nie potrzebują drogich teledysków i wielkiego show.

Pierwsza z nich w 2004 roku po sukcesie albumu "Anniemal" została okrzyknięta "następczynią Kylie Minogue". Druga w 2007 roku wraz z "Disco Romance" stała się "nową królową italo disco". Norweżka Annie Lilia Berge Strand spróbowała wykorzystać szansę i po zdobyciu nagród w kraju ruszyła na podbój Anglii i Ameryki. Jej nowy album "Don’t Stop" miał być nawet produkcją dużego koncernu - niestety ostatecznie nie spełnił oczekiwań komercyjnych. Natomiast Szwedka o pseudonimie Sally Shapiro razem z Johanem Agebjoernem ostatnio tylko zlecili znajomym artystom remiksy swoich utworów oraz zaczęli udzielać wywiadów i częściej się pojawiać w prasie. A płytę "My Guilty Pleasure" bez szczególnych niespodzianek potraktowali jako kontynuację debiutu. Kto lepiej na tym wyszedł?

Niestety, obie panie straciły główne atuty, jakimi jeszcze kilka lat temu były ich świeżość i oryginalność. Jednak o ile Annie poszła do przodu, o tyle Sally Shapiro wyhamowała. Od otwierających płytę Annie utworów "Hey Annie" oraz "My Love is Better", wyprodukowanego przez grupę producentów Xenomania z gościnnym udziałem Aleksa Kapranosa (Franz Ferdinand), nie ma wątpliwości, że "Don’t Stop" ma być profesjonalnym popowym krążkiem. Annie składa hołd Donnie Summer w "Song Remind Me of You", przypomina młodą Madonnę w "Don’t Stop", a w "Marie Carie" udaje Goldfrapp. Wciąż jej głos brzmi delikatnie, a sposób śpiewania może uwodzić. Nie brakuje w tym zestawie niezłych przebojów, chociaż za dużo tutaj łatwych kopii i oczywistych rozwiązań - jakby artystka za daleko poszła w tej pogoni za komercyjnym sukcesem.

Swój styl postanowiła też uprościć i ożywić Sally Shapiro na "My Guilty Pleasure". Najmocniejsze fragmenty płyty to "Miracle" i chwytliwe "Save your Love", które zostały podbite jednostajnym tanecznym rytmem i poprowadzone tandetnymi brzmieniami syntezatorów w stylu lat 80. Artystka, wspomagana przez producenta Johana Agebjoerna, może i konsekwentnie zmierza tropem ostatnich projektów Studia, Chromatics czy Junior Boys, ale nie jest to już aż taki wysublimowany pop jak dawniej. Zdecydowanie za mało tutaj nastrojowych i melancholijnych momentów jak w "Looking at the Stars" czy "Let it Show". Krótko mówiąc, tandem bez skrupułów wszedł w niezbyt ambitną konwencję muzyczną.

Jednak jakich by błędów nie wytykać, to na tle produkcji Little Boots, La Roux czy nawet Lady Gagi, zarówno Annie, jak i Sally Shapiro wypadają przyzwoicie. Szkoda tylko, że nowymi albumami znów nie uda im się przebić do mainstreamu. Bo zasłużyły, żeby opuścić swoją niszę.

@RY1@i02/2009/214/i02.2009.214.000.015b.001.jpg@RY2@

Nowe płyty Annie i Sally Shapiro

Jacek Skolimowski

jacek.skolimowski@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.