Frywolny pop w stylu grupy Queen
Jeśli ktoś jeszcze pamięta wielki przebój "Relax (Take it Easy)" sprzed dwóch lat, to właśnie z drugim albumem "The Boy Who Knew Too Much" powraca jego autor. Mika znów uwodzi, bawi i otumania, ale szans na powtórzenie dawnego sukcesu raczej nie ma.
Ten niezwykle barwny brytyjski artysta z dosyć zawiłą przeszłością, trudnym dzieciństwem, niejasną orientacją seksualną i ciśnieniem na sławę należy do grona tych, których albo się kocha, albo nienawidzi. Jego falset potrafi imponować, ale też momentami irytuje i doprowadza do pasji. Rozbuchane aranżacje balansują na granicy popowego geniuszu i zwykłego kiczu. A pastiszowa konwencja nawiązująca mocno do stylistyki camp, choć sprawdza się zawsze, niestety dziś jest już mocno zużyta.
Mimo wszystko dwa lata temu po sukcesie albumu "Life In Cartoon Motion", który sprzedał się w nakładzie sześciu milionów egzemplarzy, zdobyciu Brit Award i nominacji do Grammy, Mika dostał przyzwolenie na dalszą karierę.
Już od pierwszych taktów otwierającego "We Are Golden" można wnosić, że dobry humor wcale go nie opuścił. Miarowy rytm, dynamiczna gra fortepianu, rozbudowane chórki, a do tego jeszcze rockowa gitara mają w sobie niestety dosyć tandetny sznyt młodzieżowych musicali - choć wiadomo, że ambicje Miki sięgają znacznie wyżej, aż do wielkich czasów Eltona Johna oraz grupy Queen. Te porównania, które przewijają się od początku jego kariery, słychać za to w staroświeckim "Dr John" czy w zamykającym "Lover Boy" wyraźnie stylizowanym na niezapomniane "Killer Queen".
Warto jednak pamiętać, że Mika nie wypłynął wcale na sentymencie Brytyjczyków do kolorowych lat 70., glam rocka i popu, ale raczej współczesnej interpretacji, jaką zaoferowała nowojorska grupa Scissor Sisters. Stąd znów dominują na płycie głównie takie przeboje jak "Rain" oparty na tanecznym rytmie disco czy chwytliwe "Good Gone Girl". W słabszych momentach zdarza mu się też brzmieć jak gorsza kopia Rufusa Wainwrighta, Robbiego Williamsa czy George’a Michaela, ale takie jest już ryzyko zawodowe. Nie można mu jednak odmówić dużej swobody, która pozwala na popisywanie się zainteresowaniami muzycznymi i umiejętnościami, a jednocześnie na zwyczajne bawienie publiczności.
Zdaje się, że takich facetów szukają właśnie w brytyjskim "Idolu". Ale czy "The Boy Who Knew Too Much" to w ogóle dobra płyta? Na pewno nie brzmi ona już tak świeżo i zaskakująco jak za pierwszym razem. Brakuje też równie mocnych hitów, a do tego wesołkowaty styl staje się też powoli przytłaczający i pusty. Choć trzeba przyznać, że utwory trzymają równy poziom, są lepiej wyprodukowane i bardziej różnorodne. Jeśli Mika zamierza utrzymać się na rynku, będzie musiał jeszcze się nagimnastykować i wymyślić może nieco inną formułę na swoją muzykę - albo zrealizować wytworny musical, skorzystać z pomocy sprawnego producenta electro, a najlepiej wyjechać do Nowego Jorku i tam poszukać inspiracji. Bo niestety realia brytyjskiego rynku są okrutne - nawet dla takich zdolnych chłopaków jak on.
@RY1@i02/2009/200/i02.2009.200.000.017c.101.jpg@RY2@
"The Boy Who Knew Too Much" Mika
Jacek Skolimowski
Casablanca 2009
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu