Rumunia jak nowotwór
Nobel 2009 dla Herty Mueller to wyróżnienie dla literatury mniejszości
Herta Mueller z poetyckim wyczuciem i bezpośredniością prozy ukazuje losy wywłaszczonych" - czytamy w uzasadnieniu Nagrody Nobla dla niemieckiej pisarki rodem z rumuńskiego Banatu. Coś w tym jest. Jej biografia nie tylko skupia jak w soczewce losy środkowoeuropejskich wygnańców bez ojczyzny, ale też tkwi w kleszczach dwóch totalitaryzmów. "Nie jestem prawdziwą Niemką, ale nie jestem też prawdziwą Rumunką. Pochodzę z miejsca pomiędzy" - mówi o sobie Mueller, wybitna demaskatorka gwałtu, opresji i wykorzenienia.
Nazwisko Herthy Mueler, laureatki tegorocznej literackiej Nagrody Nobla, przewijało się na dziennikarskiej giełdzie, choć nie na pierwszym planie. Wybrano autorkę stosunkowo młodą, lecz jednak szeroko uznaną, nietuzinkową stylistkę, w Niemczech uważaną za jedną z najwybitniejszych powojennych prozaiczek. Ale właśnie tam nie szczędzono jej ostatnio krytyki, nazywając prozę noblistki "patetyzmem sztucznego śniegu". Marcel Reich-Ranicki zdążył zaraz po ogłoszeniu nagrody w ostrych słowach odmówić wygłoszenia laudacji. Wyjątkowo dużo rozbieżnych komentarzy wywołała jej ostatnia książka "Atemschaukel", opowiadająca o 17-letnim rumuńskim Niemcu, wysłanym w końcu II wojny światowej na roboty przymusowe do ZSRR. W Polsce niemal wszystkie książki opublikowało wydawnictwo Czarne.
Herta Mueller urodziła się w 1953 roku w niewielkiej wsi Nitzkydorf w rumuńskim Banacie, nieopodal Timisoary, w rolniczo-kupieckiej rodzinie tamtejszych Szwabów, osadników sprzed trzech stuleci. O chorobliwej izolacji tej społeczności niech zaświadczy fakt, że pierwszy kontakt z językiem rumuńskim przyszła noblistka miała dopiero w szkole. Podczas gdy w Rumunii umacniał się komunistyczny reżim, w Nitzkydorfie z nostalgią wspominano III Rzeszę - większość dorosłych mężczyzn, w tym ojciec Mueler, służyło w hitlerowskiej armii. Mniejszość niemiecka nie była więc mile widziana w nowym ustroju: żaden totalitaryzm nie toleruje inności, a tu w grę wchodził jeszcze nacjonalizm, wojenne resentymenty i sfałszowana na potrzeby reżimu historia, w której Rumunia grała rolę wiernego sowieckiego sojusznika.
Dyscyplina, spisek, podejrzliwość, inwigilacja - te słowa definiują świat przyszłej pisarki. "Miałam dosyć kraju, reżimu, a także tych wszystkich ludzi, którzy odwracali się od kogoś, kto popadł w konflikt z władzą. W Rumunii nie było tak jak w Polsce. Nie było "Solidarności", nie było Kościoła, który by stał za polityczną opozycją, nie było samizdatu. Był tylko tępy i niegodny oportunizm, trzymanie języka za zębami, no i jeszcze sprawcy z przekonania i podlizusy. Miałam tego serdecznie dosyć i kiedy przyjechałam do Niemiec, zamknęłam tamten rozdział" - opowiadała Herta Mueller w wywiadzie dla "Dziennika Gazety Prawnej".
Po 1979 roku, kiedy odmówiła współpracy z bezpieką, nie chcąc donosić na przyjaciół, ze względów politycznych nie mogła już podjąć pracy zawodowej - musiała chwytać się zajęć dorywczych: pokątnych tłumaczeń i korepetycji (skończyła germanistykę i romanistykę). Pierwsza książka Mueller, "Niziny" (1982), przeleżała cztery lata w wydawnictwie, bebeszona przez kolejnych cenzorów. Kolejną ("Człowiek jest tylko bażantem na tym świecie" - 1986) znajomi dyplomaci przemycili już za granicę.
W 1985 roku pisarka złożyła podanie o wyjazd do Niemiec, za co objęto ją pełnym zakazem publikacji. W dwa lata później wyemigrowała do Berlina Zachodniego, tam rozpoczęła się jej literacka kariera. Ale mieszkająca w Niemczech Herta Mueller wciąż nosi Rumunię w głowie, jakby ta była rodzajem złośliwego nowotworu: leczona, usuwana, ciągle powraca, na nowo się odradza. Dyktatura nigdy się kończy - twierdzi pisarka - trwa ciągle w głowach tych, którzy jej doświadczyli, choćby opuścili państwo totalitarne lata temu. Jest złym snem, z którego nigdy nie można się obudzić.
W powieściach i esejach Mueller opowiada o codzienności totalitaryzmu. Nie koncentruje się jednak na mechanizmach wielkiej historii. Jej metoda twórcza polega na szukaniu przejawów strachu, obecności terroru, zniewolenia i śmierci w obrazkach ze zwykłego życia. Choć "zwykłe" nabiera u pisarki innego znaczenia - jej pióro oscyluje wciąż między konkretem a surrealizmem i magią.
I tak w "Dziś wolałabym siebie nie spotkać" odcięte palce pakuje się w szary papier i wkłada do torebki. W "Sercątku" ludzie piją krew zwierząt, chłopi zajmują się produkcją blaszanych arbuzów w socjalistycznych fabrykach. Twórczość noblistki ukazuje bowiem świat w rozpadzie, złożony z nieprzystających do siebie części, które autorka miesza i ustawia w przedziwnych konfiguracjach. Pełnym nieufności spojrzeniem kwestionuje ujednolicony, normatywny obraz rzeczywistości. Język Mueller - zarazem poetycki, subtelny, zwięzły i dynamiczny - jest kolejnym jej wielkim tematem. Wychowana w kraju, w którym słowa, jeśli nie były kłamstwem, podlegały zagładzie na równi z ludźmi, pisarka przywraca je do życia w oryginalny sposób, wykorzystując absurd i kpinę.
Choć w swoich książkach Mueller nieustannie wraca do czasów dzieciństwa na rumuńskiej prowincji, jego opis zawsze jest robaczywy, daleki od tego, do jakiego przywykliśmy, czytając sielskie wspomnienia o beztroskiej młodości. U Niemki świat wydaje się zawsze wrogi, skażony, wykrzywiony. Panuje w nim nieustający mrok. Jeśli Mueller opisuje krajobraz, to tylko po to, by pokazać, jak ów pejzaż stłamsił człowieka, wrył się w jego twarz. Za landszaftem zawsze kryje się fałsz, zbiorowe oszustwo, próba ukrycia czegoś rzekomo wstydliwego. Natura jest skrajnie nienaturalna. W "Sercątku" Mueller opisuje, że podczas podróży Słońca Karpat po kraju pierwsze żółte liście na drzewach farbowano na zielono, zaś dobrze odżywione krowy podstawiono na coraz to inną łąkę - tak jakby dyktator ukradł ludziom nawet widok z okna. - Język pisarki jest bardzo specyficzny: szczegółowy, sugestywny, pełen poetyckich obrazów. Rani, a jednocześnie zachwyca. Niektóre opisy głęboko zapadają w pamięć i potem długo prześladują czytelnika. Mueller unika moralizowania, przedkłada ponad nie trzeźwą analizę - mówi nam Katarzyna Leszczyńska, która przetłumaczyła cztery książki noblistki.
Uprawianie literatury jest więc dla autorki "Nizin" zawsze rozdrapywaniem ran, próbą przełamania piętna własnej pamięci. "Strach przed zdaniem, niechęć do pisania - niemal odraza - to jedyny powód, dla którego to robię. Pisanie jest zawsze tym ostatnim, tym, co (wciąż jeszcze) mogę, wręcz muszę robić, kiedy nie mogę robić nic innego" - notowała w książce "Diabeł mieszka w lustrze".
tłumaczka
że w swoim czasie nie dała nagrody Thomasowi Bernhardowi. Uważam, że to jego należało uhonorować, a nie próbować naprawić błąd, wyróżniając najpierw Jelinek, a dzisiaj Hertę Mueller.
szefowa wydawnictwa Czarne
Jej książki są świetne - znakomicie skomponowane formalnie lekcje ciemności, nieustanne potyczki ze złem w różnych jego postaciach. Nobel jak najbardziej jej się należał. Cieszę się również dlatego, że to autorka dobrze znana w Polsce, ma liczne grono oddanych czytelników.
krytyk literacki
Nobel zawsze jest poszukiwaniem. Akademia nie zawsze nagradza ulubieńców publiczności. Herta Mueller to pisarka mniejszości - jako kobieta i jako emigrantka. Także jej punkt widzenia i sposób pisania jest bardzo mniejszościowy.
@RY1@i02/2009/198/i02.2009.198.186.0012.001.jpg@RY2@
EK Pictures
Herta Mueller - niespodziewana laureatka Nobla 2009
współpraca Karolina Wigura
Piotr Kofta
Patrycja Pustkowiak
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu