Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Inwazja Australijczyków

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty

Dużo nagich kobiet, wulgarnych żartów i przemocy, czyli wszystko, co chcemy oglądać, ale wstydzimy się przyznać. Sekrety australijskiego kina lat 70. i 80. w filmie "Niezupełnie Hollywood"

Ozploitation to tanie, brutalne, a jednocześnie bardzo zabawne kino z Australii. Termin jest zbitką slangowego określenia Australijczyków ("Aussie") i terminu "exploitation", oznaczającego kino przemocy lat 70. Określenie zostało wymyślone podczas realizacji dokumentu "Niezupełnie Hollywood".

I to nie przez byle kogo, bo samego Quentina Tarantino. Reżyser "Pulp Fiction" jest wielkim entuzjastą filmów tego nurtu - to zresztą dzięki jego wydatnej pomocy, także finansowej, Mark Hartley mógł zrealizować swój dokument i wprowadzić go na ekrany amerykańskich kin. Tarantino nie ukrywa również, że z australijskiego kina czerpał pełnymi garściami, kręcąc swoje buzujące przemocą obrazy. Z "Niezupełnie Hollywood" można się dowiedzieć choćby tego, ile "Kill Bill" zawdzięcza thrillerowi Richarda Franklina "Patrick".

Synonimem kina klasy B na Antypodach stał się filmowy dyptyk o przygodach Barryego MacKenziego - nieokrzesanego gbura na gościnnych występach w Europie (reżyserował Bruce Beresford, ten sam, który po latach nakręcił nagrodzone Oscarem "Wożąc panią Daisy"). Film, jak sami twórcy przyznają, był bardzo zły. Ale stał się gigantycznym hitem, a Australijczycy byli z niego dumni.

Kolejne produkcje sypnęły się lawinowo. Debiutowali wówczas tacy reżyserzy, jak George Miller, Brian Trenchard-Smith czy Russel Mulcahy. Swoje trzy grosze do nurtu ozploitation dorzucił nawet szacowny i cieszący się powszechnym uznaniem Peter Weir, kręcąc horror "Samochody, które zjadły miasteczko Paryż". Krytycy nie zostawiali na większości produkcji suchej nitki, niektórzy publicznie ogłaszali, że wstydzą się za australijskie kino.

Za to publiczność waliła do kin drzwiami i oknami. Reżyserzy doskonale wyczuli koniunkturę: widzowie chcieli oglądać dużo przemocy, żartów o fekaliach i nagich kobiet, a australijskie kino należało w tym czasie do najbardziej bezpruderyjnych na świecie. "Czy to był zły film? Tak. Czy na nim zarobiliśmy? Tak" - wspomina pracę na planie jeden z australijskich producentów.

Z czasem nurt ozploitation podupadł. Pod koniec lat 80. jego popularność wygasła. Wydawało się - bezpowrotnie. Jednak dziś dawna fascynacja się odradza - widać ją w nowych australijskich produkcjach, takich jak "Wolf Creek" czy "Martwa plaża". Do ozploitation odwołują się reżyserzy maniacy, jak Tarantino czy Neil Marshall. A kino uznawane za synonim tandety po latach trafia na festiwale filmowe (dwa lata temu było pokazywane na Erze Nowe Horyzonty). Tego nie można przegapić.

@RY1@i02/2010/225/i02.2010.225.196.0005.001.jpg@RY2@

Grant Page, jeden z najsłynniejszych australijskich kaskaderów

@RY1@i02/2010/225/i02.2010.225.196.0005.002.jpg@RY2@

Kadr z filmu "Dead-end Drive In"

Jakub Demiańczuk

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.