Zabrać i bogatym, i biednym
"Robin Hood" Ridleya Scotta jest świetnym widowiskiem. Ale i dowodem, że reżyser myśli już przede wszystkim w kategoriach finansowych, niekoniecznie artystycznych
Gdy kilka lat temu pojawiły się pierwsze informacje, że Ridley Scott przeniesie na ekran opowieść o Robin Hoodzie, zapowiadało się wydarzenie. Podobno reżyser planował przewartościowanie legendy o banicie z Sherwood. Chciał odwrócić role: to Robin miał być tym złym, a szeryf z Nottingham miał stać po stronie sprawiedliwych. Nie wiem, czy wystraszyło się studio, czy jednak Scott stwierdził, że nie podniesie ręki na jedną z największych ikon angielskiej popkultury. A być może doniesienia o wczesnych planach scenariusza należy po prostu włożyć między bajki. Wiem za to, że rezygnując z opowiedzenia legendy o Robinie w tak nieoczywisty sposób, Ridley Scott stracił szansę na nakręcenie wielkiego filmu.
Brytyjczyk i tak zaryzykował, nieco naruszając pomnikowy wizerunek szlachetnego rozbójnika. Robin Hood nie jest tu szlachetnym Robertem Loxleyem, a jedynie żołnierzem armii Ryszarda Lwie Serce. Gdy prawdziwy Loxley zostaje śmiertelnie ranny w walce, prosi Robina o przysługę: zawiezienie jego ojcu miecza, który od lat należał do rodziny. Robin oczywiście się zgadza, po czym - omyłkowo wzięty za Loxleya - musi jeszcze pojechać do Londynu, by zawieźć księciu Janowi wiadomość o śmierci króla. Wplątany w dworskie intrygi wciąż udaje Loxleya - i to za zgodą zarówno jego sędziwego ojca, jak i (choć początkowo niezbyt entuzjastyczną) wdowy po Robercie.
Ridley Scott bynajmniej nie zapomniał, jak się robi fantastyczne, epickie kino. "Robin Hood" jest w pewnym stopniu średniowieczną kalką "Gladiatora", ale to wciąż wciągający, zrealizowany z wielkim rozmachem i dbałością o detale film. Nie zawodzi również obsada - świetnie spisał się zarówno Russell Crowe (choć co prawda tytułowa rola jest dla niego chyba zbyt prosta), jak i partnerujący mu aktorzy: Cate Blanchett, Mark Strong i Max von Sydow.
Wciąż jednak zastanawiam się, jak mógłby "Robin Hood" wyglądać, gdyby nakręcił go "dawny" Ridley Scott, gdy w jego filmach granica między dobrem a złem nie była tak wyraźnie nakreślona. Wystarczy przypomnieć genialny debiut Brytyjczyka, oparty na opowiadaniu Conrada "Pojedynek", albo jego wielki filmowy triumf "Łowca androidów", by dowieść, jak Scott potrafił budować charaktery z różnych odcieni szarości.
Niestety od czasów "Gladiatora" Scott postanowił ruszyć na podbój box office''ów. Tym bardziej że gdy w ciągu ostatniej dekady próbował wrócić do skromniejszego kina ("Naciągacze", "Dobry rok"), ponosił komercyjne porażki. "Robin Hood" stał się trzecim - po "Gladiatorze" i "Hannibalu" - najbardziej dochodowym filmem w karierze Scotta, a reżyser poczuł się tak pewnie, że rzucił wyzwanie Jamesowi Cameronowi. Planowany od dłuższego czasu prequel "Obcego" nakręci w wersji trójwymiarowej, a w jednym z wywiadów powiedział, że to będzie film większy od "Avatara". Pod względem artystycznym o to nietrudno, superprodukcja Camerona ma zapewnione miejsce w czołówce najbardziej przereklamowanych filmów mijającej dekady, zaś Scott do tej pory z czysto komercyjnych przedsięwzięć wychodził obronną ręką także jako artysta. Oby tylko w pościgu za pieniędzmi nie stracił z oczu istoty kina.
@RY1@i02/2010/225/i02.2010.225.196.030a.001.jpg@RY2@
Jakub Demiańczuk
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu