Cztery razy po dwa razy
Polscy dystrybutorzy starają się udowodnić, że kino hiszpańskie jest jednak beznadziejne. Almodóvar, Del Toro, Cuaron jedynie maskują smutną prawdę, że filmowe niebo nad Hiszpanią zostało zasnute potworkami w rodzaju "Cokolwiek się zdarzy"
Przed rozpoczęciem seansu otrzymujemy w założeniu dowcipną informację, iż projekt nie dostał niestety państwowego dofinansowania z katalońskiej kasy. Zdziwiłbym się, gdyby było inaczej.
Debiutujący w fabule Robert Bellsola powtarza setki razy wykorzystywany motyw udręczonego pisarza (scenarzysty) tworzącego dzieło, a następnie tracącego rachubę, co jest filmem, a co realem. Miało być inteligentnie, sexy i z wdziękiem. Wyszło ciężko, topornie i w barchanowych majtasach. Aż dziw, że film nakręcili Hiszpanie, a nie specjalizujący się w tego typu prostackich komedyjkach Niemcy z górnej Bawarii.
Bohater pisze w znoju kolejny scenariusz. Jak zwykle nic mu nie wychodzi. Podczytuje zatem odpowiednie poradniki, zastanawia się także nad sensem sztuki oraz sztuką siusiania. W końcu wpada na fenomenalny pomysł, żeby opisać w przyszłym scenariuszu ciupcianie z żoną. Wymyśla zatem wyjazdowy wspólny weekend, by w tak miłych okoliczności przyrody - jak w swojskim discopolowym hymnie - zapodać "cztery razy po dwa razy"...
Bawarscy koledzy Bellsoli wiedzieliby doskonale, jak ugryźć ten kawałek sztuki filmowej, ale hiszpański twórca mierzy zdecydowanie wyżej. Żadnego sofciaka, chodzi przecież o metaforę. Poza tym, Bellsola jest zdolny, utalentowany i ironiczny - dlatego zamiast miłosnych zapasów oglądamy zapaskę pyskatej córeczki oraz przedstawiciela uniwersytetu Trzeciego Wieku, ochoczo pedałującego na rowerach w samych w stringach, spod których wystają wałeczki tłuszczu. I to są już Himalaje czy raczej Pireneje hiszpańskiej perwersji. Nie ma sensu liczyć na nic więcej.
Sexy-weekend to jednak także małe odkrycia natury filozoficznej i fizjologicznej. Na przykład żona głównego bohatera z uwodzicielskim grymasem obwieszcza, że szalenie lubi "zapaszek własnych bączków", po czym "gazuje" do upadłego. Narrator wyjaśnia również, że w Bretanii ostrygi są afrodyzjakiem. Następnie oglądamy sflaczały akt seksualny, najwyraźniej nie po ostrygach, którego uczestnicy są oczywiście w majtkach, biustonoszach i z rumieńcami. Jedyny perwersyjny widok to nieforemnie owłosiony tors jednego z sexy-zwierzaków.
Film ma swoje niezdarne piękności. Widoczki z okolic Girony, nazywanej "katalońską Toskanią", gdzie były kręcone zdjęcia, kilka zabawnych sytuacji, ze dwa udane dialogi. Niewiele jak na "komedię niesamowicie sprośną" - wedle słów na plakacie. Bellsola nieustannie krąży wokół tematyki okołoseksualnej, ale sięga co najwyżej pępuszka. Magdalena Samozwaniec w "Pamiętniku niemłodej mężatki" pisała o "cukrach i wszelkich fruktach". Słodycz w zgniłym jabłuszku. Ciekawe, czy znajdą się jacyś amatorzy?
@RY1@i02/2011/252/i02.2011.252.196.022b.001.jpg@RY2@
Łukasz Maciejewski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu