Rozterki Norwega
Gunnar niby szuka Boga, ale zabiera się do tego nieudolnie. Wszystkie drogi obrane przez reżysera prowadzą do labiryntu typowych lęków zmęczonego życiem mieszczucha. Metafizyczna refleksja ogranicza się do komunałów o kryzysie zachodnioeuropejskiej cywilizacji.
Film Gunnara Halla Jensena irytuje już od pierwszej sceny. Reżyser wpada na pomysł, by zestawić w niej wzmianki o targających światem nieszczęściach z sielską atmosferą swojego spotkania ze znajomymi. W ten sposób reprezentuje rodzaj hipokryzji, której wyraziciele - wzorem jednego z bohaterów Woody’ego Allena - mogliby "popełnić samobójstwo po przeczytaniu porannej gazety".
"Gunnar..." ma w sobie coś z grupowej psychoterapii. Reżyser i jego najbliżsi współpracownicy bez oporów mizdrzą się do kamery i próbują opowiadać o motywach skłaniających ich do refleksji nad duchowością. Pozornie szlachetne pobudki przynoszą spodziewane rezultaty. Wykorzystany przez bohaterów pomysł odwiedzenia mnichów ze starego egipskiego klasztoru wydaje się zaczerpnięty wprost z życiowych poradników w stylu "Jedz, módl się, kochaj".
Jeszcze gorzej dzieje się, gdy reżyser stawia na śmiertelną powagę. W takich sytuacjach narrator wygłasza pretensjonalne tyrady o wyczuwaniu obecności Boga. Sceny nakładające ten bełkot na piękne zdjęcia przyrody przypominają odrzuty z planu "Drzewa życia" Terrence’a Malicka.
Choć Gunnar bardzo chciałby zakończyć swoje poszukiwania sukcesem, przekonuje, że nie przynoszą one jednoznacznych rezultatów. Niezależnie od tego trudno oprzeć się wrażeniu, że dla ludzi z jego warstwy społecznej poruszane w filmie problemy przestaną mieć znaczenie tuż po zakończeniu seansu.
@RY1@i02/2011/238/i02.2011.238.196.023b.001.jpg@RY2@
Piotr Czerkawski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu