Jak się umiejętnie zabić
Tytułowe słowo "muleum" to inaczej muzeum. Tak na ów przybytek mówiła w dzieciństwie Julie, bohaterka książki norweskiego pisarza Erlenda Loe - jednak nie ma to wielkiego znaczenia dla fabuły. Ważne jest co innego: rodzice i brat Julie zginęli w katastrofie lotniczej gdzieś nad Afryką. To druzgocące doświadczenie sprawia, że nastolatka musi się zmierzyć z nową rzeczywistością - a robi to, między innymi, za pomocą tragikomicznego pamiętnika.
Loe nieprzypadkowo wybrał tę formę - to ona właśnie pozwala najgłębiej wbić się w tkankę myślową bohatera książki. A Julie jest postacią wyjątkowo do tego predestynowaną: potrafi zmienić swoje sądy o życiu w klarowny, interesujący czytelnika wywód, który raz po raz zmienia swój kształt - z humorystycznego w gorzki i na odwrót.
Pomysł Julie na poradzenie sobie z traumą utraty jest prosty i bardzo nastoletni - to samobójstwo. Przez większą część "Muleum" obserwujemy więc przygotowania bohaterki do popełnienia morderstwa na samej sobie, przygotowania, dodajmy, dość spektakularne. Dziewczyna zamierza m.in. powiesić się na linie w ostatniej scenie szkolnego przedstawienia przed osłupiałą widownią, dać się zainfekować ptasią grypą czy wyjechać do Konga, aby zostać zgładzoną w afrykańskiej wojnie plemiennej. I właściwie "Muleum" jest jednym długim sprawozdaniem z tych samobójczych podchodów - opisanych w lekkim tonie.
Książka Norwega zawiera też silny akcent polski. Kolegą Julie, a zarazem pomocnikiem w drobnych robotach domowych (a jakże!), jest kompulsywny glazurnik Krzysztof z Gdańska. Choć to postać pozytywna, dziko łagodna i ma dobry wpływ na bohaterkę, trzeba przyznać, że cała ta żonglerka polskim tematem jest nieco głupawa, pełna stereotypów (cóż z tego, że zamierzonych) i nie do końca przekonującego poczucia humoru. "Krzysztof to skarb. Pracuje za psie pieniądze i mieszka w najmniejszym pokoju w całym domu. I wszystko, czego mu potrzeba, to koc i popielniczka. Nie rozumiem, dlaczego polska gospodarka nie radzi sobie lepiej na tle innych państw. Może dlatego, że Polacy cały czas się modlą?". W innym miejscu natomiast narratorka przypuszcza, że Polacy nie stosują aborcji i chodzą po ulicach, nosząc na ubraniach znaczek "Solidarności". No niby to śmieszne, ale nie do końca.
Generalnie powieść Erlenda Loe jest taka jak Julie - trochę zabawna, trochę smutna, a trochę, niestety, też błaha. Pożytki płynące z lektury niweczy nieprzekonująca końcówka, która nie ma uzasadnienia psychologicznego, ale nade wszystko, czytając tę książkę, trudno się oprzeć wrażeniu, że albo temat, albo konstrukcja głównej postaci chyba nie do końca sprostały długiej formie prozatorskiej. Spokojnie dałoby się zamknąć "Muleum" w dłuższym opowiadaniu, może nawet z korzyścią dla książki. Ale kto się uprze i przeczyta całość, raczej nie będzie żałował.
@RY1@i02/2011/107/i02.2011.107.196.035a.001.jpg@RY2@
@RY1@i02/2011/107/i02.2011.107.196.035a.002.jpg@RY2@
Patrycja Pustkowiak
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu