Opowieści znad Bosforu
Z każdym rokiem przybywa kronikarzy i piewców Istambułu. Dołączył do nich holenderski pisarz i dziennikarz Geert Mak
"Most był świadkiem historycznego zdarzenia. Ostatni sułtan, ostatni kalif, ostatni następca tronu osmańskiego rodu został tuż przed ostateczną abdykacją ukarany przez brytyjskiego policjanta mandatem za złe zaparkowanie automobilu. Do tej pory - i słusznie - gdzieś w pałacu Dolmabahće wisi oprawiony w ramki mandat za to wykroczenie. To, a nie co innego, było znakiem ostatecznego końca imperium." Imperium osmańskie może i upadło, ale Istambuł ma się dobrze.
Przewodnim motywem "Mostu" - niewielkiej książeczki, w której Holender przemieszał swobodnie wątki reporterskie z historycznym esejem - jest budowla spinająca dwa brzegi Złotego Rogu, zatoki wrzynającej się w europejski brzeg Istambułu. Most Galata łączy południową część miasta, swoistą osmańską starówkę, z północnymi dzielnicami, niegdyś zamieszkanymi głównie przez Europejczyków - dyplomatów, kupców, doradców sułtana, potomków niewolników... Nie było w Mieście Kalifa znaczącego wydarzenia, którego most Galata nie był świadkiem.
Mak robi czytelnikom wykład z historii, gęsto naszpikowany cytatami z podróżników, którym przydarzało się odwiedzać Istambuł przez ostatnie kilkaset lat. Jednocześnie sam krąży po moście, indagując wrastających w niego wędkarzy i handlarzy papierosów, książek czy parasoli. Ich opowieści układają się w skargę bliźniaczo podobną do tych, jakie można usłyszeć w Kairze czy Bombaju: na okrucieństwo życia i walki o każdy grosz, który pozwoli kupić jedzenie na następny dzień. I budują uderzający kontrast do anegdot o niegdysiejszym blichtrze imperialnej metropolii, wielokulturowym kotle, od którego zależały losy Bliskiego i Środkowego Wschodu, a i niemałej części Europy.
A jednak, wbrew posępnej i nostalgicznej tonacji opowieści Maka, Istambuł ma się dziś całkiem dobrze. Jest drugim co do wielkości miastem świata: oficjalnie liczy 13 mln mieszkańców, nieoficjalnie mówi się o 20 milionach - co oznacza, że od progu lat 70. populacja Miasta Kalifa zwiększyłaby się niemal dziesięciokrotnie. Dziś metropolia generuje 55 proc. obrotów handlowych całej Turcji, ponad piątą część tureckiego PKB, a w sumach bardziej wymiernych: 133 miliardy dolarów. To blisko trzecia część PKB Polski. Ta dynamika - o czym już holenderski dziennikarz nie wspomina - sprawia, że do Istambułu ludzie ciągną, jak ćmy do ognia. A ci, którzy się w tym ogniu ciężko sparzą, lądują w okolicach Galaty, miejsca, które daje ostatnią szansę, by zarobić.
To jednak nikogo nie zniechęca. W poszukiwaniu zarobku do miasta zjechały w ostatnich dekadach całe wioski z Anatolii, Kurdystanu czy czarnomorskiego wybrzeża Turcji. W prowizorycznych, wybudowanych z pominięciem norm budowlanych osiedlach na dalekich obrzeżach dawnego Konstantynopola żyją też uchodźcy z Bałkanów czy Palestyńczycy. Wśród nich są i tacy, którzy - mimo że mieszkają tam od dobrych kilku czy kilkunastu lat - jeszcze nigdy nie byli nad Bosforem.
Tymczasem Mak - może nawet wbrew własnym intencjom - chętniej koresponduje z osmańską legendą miasta niż jego współczesnymi realiami. Nic dziwnego, trudno się tej przeszłości oprzeć, tym bardziej, że istnieje wręcz cały "przemysł kulturalny" promujący sentymentalny, historyczny Istambuł. Tu najchętniej osadzają fabułę swoich powieści Orhan Pamuk i Elif Safak, najlepiej znane na Zachodzie tureckie pióra. Przy okazji wydania autobiograficzno-nostalgicznego "Stambułu", Pamuk wypromował z kolei prace sędziwego już kronikarza miejskiej codzienności, fotografika Ary Gülera. To w stambulskiej scenerii rozgrywa się akcja filmów Fatiha Akina. Jaki jest efekt tych zabiegów? W tym samym 2006 roku, kiedy do Istambułu zawitał Geert Mak, miasto odwiedziło jeszcze 23148668 innych turystów. Pytanie, ilu z nich zdawało sobie sprawę z istnienia miasta Ankara.
Magia Istambułu jest nieodparta, niestety. Niestety - bowiem w cieniu dzieł znanych reporterów i pisarzy znikają książki opowiadające o tym, co dzieje się w reszcie Turcji, na gigantycznym terytorium Azji Mniejszej. A dzieją się tam rzeczy fascynujące.
Oto w 2008 roku najpopularniejszym i najbardziej wpływowym intelektualistą świata w rankingu prestiżowego amerykańskiego magazynu "Foreign Policy" został niejaki Fethullah Gülen. Ten turecki kaznodzieja i naukowiec niczym z pozoru nie wyróżnia się w tłumie muzułmańskich teologów. Jednak jego nauki - zakorzenione w sunnizmie, otwarte na dialog między religiami, bezwarunkowo potępiające terroryzm - znalazły na całym świecie od miliona do ośmiu milionów zwolenników, zwykle dobrze wyedukowanych muzułmanów: naukowców, biznesmenów, działaczy społecznych. Tzw. Ruch Gülena powołał do życia dziesiątki stowarzyszeń zawodowych, mniej lub bardziej formalnych lobbies, funduje uniwersytety, ośrodki pomocy społecznej i fundusze obrotu nieruchomościami. Powszechnie uważa się, że organizacja ta jest najsilniejszą globalną siecią najróżniejszych powiązań, dalece przewyższającą swoimi wpływami owiane złą legendą Opus Dei, Bractwo Muzułmańskie czy Skull and Bones.
Dziś zrewoltowane kraje Bliskiego Wschodu z zazdrością patrzą też na gospodarczy boom w Turcji. Najczęściej tłumaczy się ten sukces panującą nad Bosforem demokracją - jednak wszystko wskazuje na to, że gospodarcze serce Turcji jest dziś w Anatolii. To właśnie tam narodziło się zjawisko, które - z braku lepszej definicji - zachodni dziennikarze określają jako "muzułmański kalwinizm". O co chodzi? - W krajach europejskich pracownicy robią sobie 15-minutową przerwę na papierosa. My robimy sobie 15-minutową przerwę na modlitwę - tłumaczył reporterowi "The New York Times" robotnik z jednej z tamtejszych fabryk. Koniec z robotą na odczepne i niekończącymi się przerwami na kontemplację pogody: dziś środkową Turcję nazywa się anatolijskim tygrysem.
Zresztą nawet na dalekiej prowincji nietrudno o historie godne wielkich piór. Oto dwa lata temu w jednej z wiosek w prowincji Malatya pewna krowa, błąkając się swobodnie po okolicy, przewróciła pomnik twórcy Republiki Tureckiej, Atatürka, ustawiony w ogródku lokalnej podstawówki. Jej właścicielka mimo przekonania, że obrazoburczy akt miał charakter przypadkowy, w obawie przed sprawiedliwym gniewem sąsiadów i władz odesłała zwierzaka do swoich krewnych w innej wiosce. Rzeczywiście, władze rozpoczęły śledztwo i nawet przesłuchały rodzinę, do której należało nieszczęsne zwierzę. Atmosfera gęstniała, gdyż sprawą zainteresował się nawet szef szkolnictwa prowincji. Ku uldze wszystkich zainteresowanych, historia zakończyła się happy endem. Po tym, jak śledztwem zainteresowały się media, dochodzenie zostało umorzone, a nowy właściciel krowy odkrył, że za mleko od lokalnej sławy może żądać nawet podwójnej ceny.
Do tej prowincjonalnej, dalekiej od Istambułu Turcji pisarze i dziennikarze zabierają nas jednak rzadko. Zrobił to Orhan Pamuk w przepięknym "Śniegu" i, w reporterskiej formie, Witold Szabłowski w "Zabójcy z miasta moreli". Ale nie brak innych doskonałych książek, które warto byłoby zaprezentować czytelnikom w Polsce: od wydanego już dekadę temu zbioru reportaży Stephena Kinzera "Półksiężyc i gwiazda" po opublikowane w ubiegłym roku wspomnienia Christophera de Bellaigue’a z trzyletniego pobytu w tureckim Kurdystanie "Ziemia buntowników: wśród zapomnianych ludzi Turcji". Status bestsellerów miały też historie miast: Izmiru ("Raj utracony" Gilesa Miltona) czy Salonik ("Miasto duchów" Marka Mazowera). Póki co jednak, z polskiej perspektywy, za rogatkami Istambułu zaczyna się terra incognita.
@RY1@i02/2011/097/i02.2011.097.196.0038.001.jpg@RY2@
Mieszkańcy wioski na granicy turecko-syryjskiej
@RY1@i02/2011/097/i02.2011.097.196.0038.002.jpg@RY2@
Panorama Istambułu. Na pierwszym planie most Galata
@RY1@i02/2011/097/i02.2011.097.196.0038.003.jpg@RY2@
Mariusz Janik
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu