Dyskurs futurologiczny?
Teatr coraz rzadziej jest bezpieczną, lekką duchową strawą podlaną sosem rozrywki - mówi Jacek Poniedziałek, który gra w "Życiu seksualnym dzikich" Krzysztofa Garbaczewskiego w Nowym Teatrze
Jacek Poniedziałek: Nigdy nie jest się do końca pewnym tego, co się robi. Jest nadzieja i intuicja, że podąża się słuszną drogą, ale pewności nie ma. W przypadku sztuki to sprawa bardzo subiektywna.
Owszem, wyobrażeniowy świat Garbaczewskiego ma pewną toporność i niezborność w sobie, czasami brak mu oczywistej logiki - to dlatego że ten reżyser nienawidzi konwencji. Interesuje go raczej zderzanie myśli i koncepcji zawartych w hybrydalnym tekście, jakim jest "Życie seksualne".
W przedstawieniu postać Malinowskiego użyta jest jako figura analogowej osoby, która znajduje się w cyfrowym świecie. Jest to opowieść konceptualna, instalacja. Garbaczewski zderza w teatrze mity, problemy, pewnego rodzaju implanty, które mają się odnaleźć w innej rzeczywistości. Tego typu teatr jest narażony na obojętność, ironię albo lekceważenie. Są jednak widzowie, którzy świetnie rozumieją taką formułę, nie potrzebują linearnej opowieści.
Z tym się nie zgodzę. Bo to jest dyskurs filozoficzny, socjologiczny i futurologiczny. Nie wydaje mi się ani banalny, ani prosty.
Na przykład że boimy się ze sobą rozmawiać. W spektaklu Garbaczewskiego jest scena, w której dzicy stoją nadzy, a ja - jako figura Malinowskiego - nie potrafię ich zmusić, by się dotknęli. I to jest to - dziś komunikatory zastąpiły kontakt interpersonalny, chowamy się za nimi, nie trzeba dotykać drugiej istoty, żeby odbyć stosunek seksualny, wystarczy włączyć komputer.
Czy wszystko musi być zawsze nowe? Czy jest coś, czego jeszcze nie było? A jeśli nie, to mamy się już tym nie zajmować, nie myśleć?
Na polskie festiwale, ostatnio na Warszawskie Spotkania Teatralne, przyjeżdżają ludzie z zagranicy, którzy od lat interesują się polskim teatrem i mówią, że to jedno z najciekawszych zjawisk teatralnych na świecie.
W Polsce istnieje nieustający i intensywny ferment - na afiszach są nowi twórcy, którzy przez wiele sezonów utrzymają status gorącego nazwiska, a nowych, depczących im po piętach stale przybywa. Teatr wywołuje gorące dyskusje, rodzi podziały. I jeżeli tak się dzieje, czego źródłem jest moim zdaniem Krystian Lupa, to między innymi dlatego że ma więcej takich jego uczniów jak Garbaczewski. Albo takich jak Marcin Cacko, autor adaptacji "Życia...", marzy o teatrze, w którym przez parę godzin aktorzy będą tylko mówić tekst, wylewać z siebie oceany tekstu. Warlikowski też właściwie tego szuka. Teatr coraz częściej przestaje być bezpieczny, staje się żmudny, wymaga wysiłku, skupienia. Nie możemy, idąc do niego, liczyć na lekką duchową strawę podlaną sosem rozrywki.
Krzysiek nie jest chętny, żeby otwierać się na nowych twórców, bo nie mamy jeszcze swojej bazy lokalowej, budżetu. Mamy tylko 11-osobowy zespół, który tworzy teatr autorski, nierepertuarowy. Nie brakuje nam innej konwencji - zresztą każdy z nas rozwija się też w innych miejscach. Z drugiej strony mamy już swoją widownię, a chcielibyśmy też wpuścić więcej takich widzów, którzy niekoniecznie szukają piękna, dobra i prawdy, ale też nowej wizji, nowej koncepcji człowieka.
Z powodu uporu prezesa MPO (Nowy ma powstać na terenie Miejskiego Przedsiębiorstwa Oczyszczania) budowa teatru stała w miejscu. Odkąd powołano nowy zarząd, sprawy poszły do przodu. Jesteśmy już na etapie przetargów, a budowa zacznie się jesienią tego roku i potrwa około dwóch lat. Mimo wszystko nie czujemy się bezdomni. Czekamy, robiąc przy okazji swoje rzeczy.
Hobby aktora. Ale też przyjemna konieczność wynikająca z tego, że niewielu tłumaczy sztuk teatralnych słyszy język tak jak aktor. Tłumacze, chcąc być wierni literom oryginału, często gubią sens tego, czym jest język w teatrze - musi być żywy, komunikatywny, wzięty z dnia dzisiejszego. I mocny, bo tak piszą współcześni autorzy. Tłumaczenia dają mi wolność. Nie można jednak tego robić pod presją czasu, to musi być flow, trzeba wejść w tonację autora, w jego potoczystość i znaleźć równoległą, ale własną.
Nie wolno posługiwać się eufemizmami, tłumaczyć wprost, używać grzeczniejszych i łatwiejszych do przyjęcia opisów. Teraz np. tłumaczę "Kotkę na gorącym blaszanym dachu" dla Piotra Machalicy i Teatru Mickiewicza w Częstochowie. Tennessee Williams jest jednym z tych autorów, których trzeba przełożyć na nowo. Współcześni dramatopisarze tak jak Williams są niepokorni, nieuczesani. Nie można ich wygładzać, oni nie potrzebują adiustacji.
@RY1@i02/2011/083/i02.2011.083.196.041b.001.jpg@RY2@
Rozmawiała Agnieszka Michalak
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu