Inni Grecy, te same tragedie
Rumuńska "Elektra" z Sibiu i "Edyp" z Odessy podpowiadają polskiemu teatrowi, jak grać greckie tragedie
Antyczna tragedia nigdy nie była - z wyjątkiem idei Wyspiańskiego i fenomenu "Antygony" - specjalnością polskiego teatru. Nie wystawialiśmy jej ze świadomością nieprzerwanej ciągłości kulturowej jak współcześni Grecy, nie szukaliśmy ukrytej, prawdziwej tożsamości jak Rumuni. Nie mierzyliśmy się ze stylem i ładem kompozycyjnym Sofoklesa i Eurypidesa jak niemieccy akademicy. Polscy reżyserzy nie widzieli w antyku materiału na manifest multikulturowości jak Francuzka Mnouchkine, nie chcieli rozsadzać starych senekańskich struktur genem anarchii i orgii jak Brook. Nie dało się zrobić z polskich wersji antycznych mitów narodowego towaru eksportowego.
U nas tragedia "grecka" była demonstracyjnie "polska". Długo uważaliśmy, że nasz teatr sięga po nią wtedy, kiedy nie istnieje utwór współczesny trafniej nazywający dzisiejsze dylematy. Stąd wzięła się długowieczność polskich odczytań "Antygony", fałszujących nierozwiązywalny konflikt rodzina - państwo na korzyść bohaterki. Utwór Sofoklesa zawsze był "polityczny", bo opowiadał o naszym "słusznym nieposłuszeństwie", o prawie do pamięci i grzebania umarłych. Nowe metody czytania tragedii greckich pojawiły się późno. 18 lat temu Gardzienice postawiły na rekonstrukcję, próbę odtworzenia choreografii i muzyki z Teatru Dionizosa. Ich "Elektra" i "Ifigenia" były teatralnymi esejami, pokazami, jak odkrywa się ruchy chóru z malowideł na wazach greckich, jak można z pomocą ludowych pieśni dobrać się do zaginionych tragicznych monodii.
Odpowiedzią na "naukowych" i "dionizyjskich" Greków Staniewskiego stały się "Bachantki" Warlikowskiego, który czytał tragedię Eurypidesa kluczem współczesnym, pytał, co może się stać, jeśli zły i przewrotny Bóg jak Dionizos dokonałby Powtórnego Przyjścia. W "(A)Pollonii" mit i tragedia były pisanie na nowo: Alkestis i Admet występowali w programie telewizyjnym o szczęśliwych parach, ofiara Ifigenii została zestawiona z Holokaustem. A inni reżyserzy? Klata rozpisał "Oresteję" na popkulturowe znaki, Kleczewska otwierała "Fedrę" kluczem psychoanalizy, a Zadara w Xenakisowej, operowej wersji mitu o Atrydach upchnął całą powojenną historię Polski.
Tymczasem w Poznaniu pojawiły się dwa spektakle, które nie pasują do polskich schematów wystawiania antyku. Zarówno "Elektra", jak i "Edyp" okazały się niewspółczesne, zrobione bez odniesień do polityki, choć polskie podejrzliwe oko podpowiadało rumuńskiemu przedstawieniu odniesienia do marszów górników na Bukareszt, a w ukraińskim "Edypie", zrobionym jeszcze za czasów prezydentury Kuczmy, aluzje do sprawy morderstwa Gongadzego.
Nic z tych rzeczy. "Elektra" Mihai Maniutiu jest poza czasem. Ujęta w cudzysłów folkloru z rejonu Maramures dzieje się w społeczności zamkniętej, w której prawa ludzkie i boskie znaczą tyle samo. Skrzypek i inni ludowi muzycy są członkami chóru. Wszyscy, jak mężczyźni z Maramures na co dzień, noszą czarne płaszcze i kapelusze. Cywilizacja i państwo ich odrzuciły, zostawiły na bocznym torze. Więc czekają na równinie pod miastem. Tańczą, śpiewają stare pieśni, wymachują nożami, wierzą w prawo wendety, grzejąc się przy ogniu.
"Edyp" Dmitri Bogomazowa z pozoru przytłacza warstwą wizualną. Jesteśmy w muzeum, w składzie uszkodzonych posągów. Aktorzy ubrani są w kostiumy imitujące antyczne rzeźby. Zagipsowane dłonie i uda, pancerze pięknie wyrzeźbionych torsów blokują ekspresję postaci. Ruch jest w tym świecie bardziej naturalny niż słowo. Chórzyści przybierają pozy ze znanych antycznych rzeźb. Chodzą na koturnach z bloków marmuru, otwierają usta w niemym krzyku. Są nadzy, ale bez pożądania, czułości, potrzeby dotyku. Finałowa scena przypomina ekspozycję z "Bachantek" Warlikowskiego. Tam bóg ze zwierzęcia stawał się człowiekiem, ryk kozła zmieniał się w ludzki język, tu Edyp, który poznał prawdę, stoi nagi, wydarty ze skorupy posągu. Na oczach biała opaska z krwawymi plamami. Drży. Boi się. Jest jak dziecko chwilę po narodzeniu. Z rzeźby wykluł się prawdziwy człowiek. Zamiast pożegnalnego monologu mamrocze sylaby. Jakby na powrót uczył się mówić. Wreszcie czuje, oddycha.
Rumuni szukają uniwersalności w unikalnym folklorze, wierzą, że greckie hybris i hamartia prędzej znajdziemy w izolowanych enklawach niż w metropoliach. Ukraińcy rozbijają popularne wyobrażenie o greckim świecie wykutym w marmurze, szukają pod poezją, obrazem i konwencją mgnienia prawdziwego człowieczeństwa. Egzotyka? A może podpowiedź zapomnianej w polskim teatrze drogi? Spektakle pokazano na tegorocznym festiwalu Bliscy Nieznajomi w Poznaniu.
@RY1@i02/2011/083/i02.2011.083.196.0040.001.jpg@RY2@
FOT. MAREK ZAKRZEWSKI /MAT. PRAS.
Łukasz Drewniak
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu