Witajcie w hotelu Kalifornia
Sofia Coppola jest mistrzynią w portretowaniu nudy. Tym razem w marazmie zanurzymy się za sprawą Johnny’ego Marco (Stephen Dorff), gwiazdora w stadium wypalenia. Johnny z nudów i rozpaczy sam już nie wie, co ze sobą zrobić, więc jeździ w kółko sportowym wozem albo wynajmuje bliźniaczo podobne tancerki, które na rozkładanych rurach uskuteczniają erotyczne choreografie. Johnny ogląda je bez cienia ekscytacji - to jeszcze jeden element serwisu oferowanego przez Chateau Marmont na Sunset Boulevard, ulubiony hotel bezdomnych gwiazd, wiodących nomadyczne życie.
Rodzina Johnny’ego, jak wiele hollywodzkich familii, nie przetrwała próby czasu, ale nieoczekiwane pojawienie się w hotelowym pokoju jego nastoletniej córki Chloe (Elle Fanning), która ma spędzić czas z tatą pod nieobecność matki, wprowadza w życie Johnny’ego nieodzowny element radosnej niespodzianki. Wspólne śniadania, opalanie się nad brzegiem basenu czy gra w "Guitar Hero" - wszystko nabiera nowego smaku.
Ot i całe przesłanie filmu: na nic dolce vita, jeśli nie masz z kim go dzielić. W wystylizowanym, rozmyślnie rozwlekłym i pozbawionym akcji obrazie trudno doszukać się jakiejś większej głębi. Johnny zostanie na zawsze w swoim Hotelu Kalifornia, jeśli nie wyruszy autostradą do... dokądkolwiek. Zawsze doceniałam w filmach Sofii Coppoli tę pozbawioną wysiłku bezcelowość, celebrowanie małych, nieważnych zdarzeń. Jednak "Somewhere" zapada się w sobie, w swojej własnej nijakości. Były chłopak Sofii Quentin Tarantino odrobinę przesadził, nagradzając jej film Złotym Lwem w Wenecji.
Katarzyna Nowakowska
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu