Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Literatura samplowana

Ten tekst przeczytasz w 18 minut

Czy Helene Hegemann jest nastoletnią pisarską gwiazdą, czy może wyrachowaną złodziejką cudzych słów?

Bomba wybuchła - nazywa się Helene Hegemann, a urodziła się w niemieckim Fryburgu w 1992 roku. Kiedy jej "Przetrąceni" ukazali się rok temu u naszych zachodnich sąsiadów, obwieszczono, że oto pojawiła się na firmamencie nowa gwiazda literatury. Ze względu na treść dzieło młodej autorki krytycy porównywali do słynnej książki "My, dzieci z dworca ZOO" Christiane F., ponurej dokumentalnej historii o nieletnich narkomanach. Powieść Hegemann prędko poszybowała w górę list bestsellerów, wyprzedzając nawet teksty świeżo wówczas upieczonej noblistki Herty Müller.

"Przetrąceni" to rzecz o 16-letniej Mifti, dziewczynie z "problemami wychowawczymi", która od śmierci matki mieszka w Berlinie, zajmując się unikaniem szkoły, imprezowaniem, seksem i innymi nieobyczajnymi zachowaniami. Granice między rzeczywistością a halucynacją, snem a paranoją nieustannie się tu zacierają - w istocie nie do końca wiemy, czy mamy do czynienia z historią szaleństwa, czy może z opisem życia nastolatki z wyimaginowaną traumą, ofiary zachodniego społeczeństwa dobrobytu.

Ale książka Hegemann jest ciekawa nie dlatego, że 17-latka stała się kolejnym cudownym dzieckiem literatury. To w końcu wydarzenie nie tak rzadkie, szczególnie ostatnio. Rozpoczęty u nas dekadę temu przez debiut Doroty Masłowskiej boom na piszącą młodzież podarował nam Mirosława Nahacza czy Paulinę Bukowską. Literatura zagraniczna miała natomiast choćby Japonkę Hitomi Kaneharę (21-lat-kę w chwili publikacji sensacyjnych "Języków i kolczyków") czy Amerykanina Christophera Paoliniego (wydał "Eragona" w wieku lat 19) - ich wyniki sprzedażowe są zbyt wstrząsające, by je tu przytaczać. Ale prawo wyjątkowości zostało podważone; kolejne eksplozje młodocianych talentów coraz mniej już chyba porywają medialną publiczność.

Oczywiście "Przetrąceni" to też dobry materiał na skandal obyczajowy - używająca dosadnego języka, niestroniąca od erotyki powieść o zgniłym życiu nastolatki przemierzającej nocne szlaki Berlina w asyście rozmaitych używek (swoją drogą, jaką inną tematykę mógłby podjąć nastoletni pisarz, który akurat nie ma ambicji, by sportretować decydujące starcie smoków z elfami?) mogła z łatwością oburzyć tych, którzy nie mają styczności ze światem współczesnej młodzieży.

Powód rozgłosu tej książki jest jednak inny - bardziej osobliwy. Sęk w tym, że parę tygodni po jej publikacji młodą autorkę oskarżono o plagiat. Roszczenia pod adresem wydawcy zgłosił osobnik znany jako Airen - bloger, który spędził młodość w berlińskich klubach przy dźwiękach awangardowej muzyki, oddając się przy tym rozrywkom w rodzaju anonimowego seksu w darkroomach oraz spożywania starego, dobrego alkoholu i nowych, jeszcze lepszych narkotyków (spróbował chyba wszystkiego). Swoje ekskursje opisywał na blogu, który później stał się podstawą książki "Strobo", wydanej w nakładzie kilkuset egzemplarzy przez pewną niezależną oficynę. Jeden z tych egzemplarzy trafił do rąk Helene Hegemann... "Nie ma oryginalności, jest tylko autentyczność" - stwierdziła nastolatka, gdy wyszło na jaw, że całe ustępy książki są "inspirowane" twórczością blogera. Zresztą nie tylko - Hegemann w twórczy sposób korzystała również m.in. z "Pod wulkanem" Malcolma Lowryego, pisarstwa Kathy Acker czy Davida Fostera Wallacea. Dzięki zamieszczonemu przez polskiego wydawcę wykazowi źródeł możemy stwierdzić, że nastolatka wykazała się nie tylko kreatywnością, lecz także talentem redaktorskim - poddane przez nią obróbce fragmenty bloga Airena brzmią znacznie lepiej niż w oryginale. Niemniej od tej pory Hegemann, zamiast spijać szampana i cieszyć się nominacjami do ważnych nagród literackich, musi odpierać zarzuty obrońców praw autorskich, powołując się na cokolwiek mętnie w tym wypadku brzmiącą strategię intertekstualności.

Posiłkowanie się cytatami, zapożyczeniami, odniesieniami do innych dzieł nie jest w kulturze niczym nowym - zyskało nawet miano postmodernizmu. O kulturze wyczerpania słyszeliśmy zresztą ponad 100 lat temu. "Wszystko wypite, wszystko zjedzone!" - lamentował Paul Verlaine. Ale on nie miał internetu. A jako że różnica między intelektualną zabawą a mechaniczną czynnością kopiuj-wklej i późniejszą lekką redakcją tekstu jest łatwo dostrzegalna, "Przetrąceni" zdają się dobrym przyczynkiem do debaty o definicjach plagiatu i praw autorskich w erze Web 2.0.

Dostępność sieci połączona z całkowitym brakiem szacunku wobec własności intelektualnej - a takie podejście reprezentuje wschodzące pokolenie kulturowego remiksu - powodują, że nowe dzieło może stworzyć inteligentny nastolatek wytrwale surfujący po internecie i domowej bibliotece w poszukiwaniu inspiracji. Gdyby połączyć apokaliptyczny klimat Lowryego, rozprawy o Bogu z Dostojewskiego, poczucie humoru Vonneguta, lekkość frazy Kundery z lodowatym opisem stosunków międzyludzkich Houellebecqa, a wszystko to podać w języku blogów - mogłoby powstać ambitne dzieło na miarę naszych czasów.

Jak na tym tle wypadają "Przetrąceni"? Po pierwsze, znając uprzednio narosły wokół tej książki skandal, nie wiadomo, jak do niej podejść. Takie dzieło rodzi problemy recenzenckie. Wypada więc postąpić tak jak z każdą inną książką: przeczytać jako powieść młodej pisarki Helene Hegemann. Tak potraktowani "Przetrąceni" budzą najpierw zdumienie, a później irytację. Początkowo rzeczywiście odnosi się wrażenie, że obcujemy z czymś wybuchowym, z brawurowym tekstem, którego moc podbija wiek autorki - jednak im dalej wgryzamy się w tkankę powieści, tym słabsze to wrażenie. Literatura paranoi, literatura językowych fajerwerków, w której proporcje między językiem a treścią są jak dziesięć do jednego, sprawdza się w krótkich formach. W przypadku form dłuższych zaczyna to nużyć. Można jednak docenić wyobraźnię autorki i talent do słowotwórczego szaleństwa, które, podobnie jak u Masłowskiej, wiele mówi nam o przemianach współczesnego dyskursu ("skineria z fetyszlandu", "ale w taki zapyziały dzień bida z nędzą bez plejacza" - przy okazji szacunek dla tłumacza książki Patryka Gołębiowskiego). I teraz musi paść owa wielce oryginalna fraza, że wartość tej książki kryje się w języku. Z tym że nie wiadomo, do kogo ten język należy.

"Przetrąceni" to raczej tekst, który powinien stanowić punkt wyjścia do dyskusji o przyszłości literatury, nie zaś obiekt recenzji. Nie popadając w zbyt apokaliptyczny ton, powiedzmy tak: "Przetrąceni" pokazują, że to właśnie specyficzna zmiana podejścia do pojęcia sztuki, a nie inwazja audiobooków, e-booków i iPadów może być prawdziwym końcem kultury słowa. W dobie Googlea, blogów i Wikipedii takie modernistyczne pojęcia jak autor czy talent odchodzą w niepamięć. W efekcie byle kreatywna osoba z dostępem do sieci będzie mogła zostać nowym Balzakiem. I to w tym chyba najpełniej realizuje się słynne proroctwo Warhola, jakoby na każdego czekało współcześnie jego pięć minut sławy.

@RY1@i02/2011/064/i02.2011.064.196.0037.001.jpg@RY2@

@RY1@i02/2011/064/i02.2011.064.196.0037.002.jpg@RY2@

Patrycja Pustkowiak

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.