Misja, która przyniosła fortunę
Richard L. Brandt zachowuje stosowny, wnikliwy dystans wobec fenomenu Google’a - może dlatego jego książka o historii tej firmy jest taka dobra
"Przedsiębiorczość to swego rodzaju zbrodnia w afekcie: konieczny jest motyw, trzeba dysponować środkami oraz musi nadarzyć się okazja" - uważa Richard L. Brandt, jeden z najbardziej doświadczonych amerykańskich dziennikarzy naukowo-biznesowych. Przy pomocy tego prostego, lecz przenikliwego prawidła w swojej nowej - wydanej właśnie po polsku - książce "Potęga Google’a. Poznaj sekrety Larry’ego i Sergeya" w dowcipny i zajmujący sposób tłumaczy, jak to się stało, że w ciągu zaledwie kilku lat dwaj informatycy z kalifornijskiego uniwersytetu Stanforda zbudowali biznes generujący co roku 20 miliardów dolarów zysku.
Ze wszystkich legend Doliny Krzemowej dobiegający czterdziestki Larry Page i Sergey Brin są postaciami zdecydowanie najbardziej tajemniczymi. Nie są nawet w połowie tak ekstrawaganccy jak założyciel Microsoftu Bill Gates, nie robią wielkiego show wokół prezentacji nowych produktów, jak ma to w zwyczaju ojciec potęgi Apple’a Steve Jobs, nie mają też tylu trupów w szafie, co oskarżany o podkradanie kolegom pomysłów młodszy od nich o dekadę Mark Zuckerberg z Facebooka. Mimo to ich biznesowa biografia jest wciągająca i pouczająca.
To głownie zasługa właściwego podejścia autora. Richard Brandt to nie żaden kumpel, wyznawca ani nawet rówieśnik Page’a i Brina. Jest od nich starszy mniej więcej o połowę i widać to w "Potędze Google’a" doskonale. Dziennikarskie i życiowe doświadczenie pozwala mu zachować wobec Google’a, tego wykwitu internetowej rewolucji, która zmieniła życie każdego z nas, zdrowy, a czasem nawet uszczypliwy dystans. Pokazując nam niespiesznie historię firmy z kalifornijskiego Mountain View, co i rusz przeciera oczy ze zdumienia i rozważa taką na przykład kwestię: "Ciekawe, że Page’owi i Brinowi udało się osiągnąć taki sukces, choć zakładając Google’a nie mieli w zasadzie żadnego - nie tyle nawet biznesowego - co w ogóle zawodowego doświadczenia. No chyba żeby uznać za takowe pięć miesięcy pracy Larry’ego na stoisku z bajglami na kampusie uniwersytetu Michigan". Co więcej, nie zadowala się prostymi odpowiedziami w stylu: wygrali, bo to urodzeni geniusze nowych technologii. "Oczywiście, Google Guys byli geniuszami, ale to akurat w Dolinie Krzemowej nie jest żadnym gwarantem sukcesu" - pisze Brandt. I zastanawia się, dlaczego to akurat ich produkt stał się najpopularniejszą wyszukiwarką internetową na świecie, pozostawiając w tyle starsze i początkowo wielokrotnie potężniejsze Yahoo!, mającego podobną technologię pozycjonowania wyników wyszukiwania Lycosa czy dynamiczniejszą AltaVistę, na której Google początkowo się wręcz wzorował.
Czytając "Potęgę Google’a" nie zostaniemy jednak tylko z samymi pytaniami. Odpowiedzi, których udziela Brandt, na szczęście dla wiarygodności całego wywodu nie będą ani banalne, ani jednowymiarowe.
Autor pokaże nam krok po kroku, jak wielkie znaczenie dla fenomenu Google’a miało na przykład inteligenckie pochodzenie obu jego tworców. ("Oczekiwałem, że zrobi doktorat i będzie kimś. Nie wiem, może nawet profesorem" - tak ojciec Brina, szalony radziecki matematyk Michaił, który uciekł z ZSRR w latach 80., komentował biznesowy sukces swojego syna). To atmosfera amerykańskiego kampusu wpoiła im przecież ten specyficzny idealizm, który stał się potem znakiem rozpoznawczym firmy. Oczywiście dość szybko okazało się, że "misja" polegająca na tym, by ludzie mogli dzięki Google’owi jak najszybciej dotrzeć do potrzebnych informacji, zaczęła przynosić fortunę. Nie należy jednak zapominać, że pierwotnym pomysłem Page’a i Brina było stworzenie wielkiej przeszukiwarki opublikowanych tekstów naukowych, która miała za darmo pomagać młodym akademikom. Innym ważnym składnikiem biznesowego sukcesu Google’a był instynkt obu twórców. Jako pierwsi wbrew trendom zaprojektowali skromną - wręcz ubogą - stronę startową. Jak się okazało, przyciągała ona użytkowników właśnie tym, że mogli się w niej nie pogubić.
Brandt nie pada natomiast na kolana przed słynną kulturą korporacyjną Google’a, która uczyniła z koncernu najbardziej pożądanego pracodawcę świata. "Tajemnicą poliszynela jest to, że sukces jest napędzany siłą młodych samotnych pracowników, którzy potrafią przepracować całą noc. Dwanaście godzin, sześć dni w tygodniu to był standard" - mówi mu jeden z byłych pracowników firmy. Albo w innym miejscu: "Nikt ci niczego nie kazał, ale istniała presja, żeby zostawać po godzinach. To był styl życia, bo karmili cię w pracy, miałeś ściankę do wspinaczki, a do tego wszyscy byli tacy mili".
Te ostatnie spostrzeżenia czynią z "Potęgi Google’a" nawet coś więcej niż tylko biznesową biografię "dwóch komputerowych geeków, którzy stworzyli najcenniejszą markę świata" (jak reklamuje ją polski wydawca). Książka jest też przy okazji jedną z ciekawszych historii współczesnego internetu. A także wiwisekcją reguł gry panujących w firmach z branży nowych technologii, które stają się coraz częstszym pracodawcą lub biznesowym konkurentem dla wielu z nas.
@RY1@i02/2011/059/i02.2011.059.196.039a.001.jpg@RY2@
Demonstracja poparcia dla Google’a w starciu z chińską cenzurą internetu - Hongkong, styczeń 2010 roku
@RY1@i02/2011/059/i02.2011.059.196.039a.002.jpg@RY2@
Rafał Woś
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu