Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Każdy ma własny kawałek piekła

Ten tekst przeczytasz w 12 minut

Cormac McCarthy poszedł śladami Williama Faulknera, ale zamienił jego mityczny świat w mizantropijną krwawą jatkę

Istnieje taka kategoria pisarzy, którzy nie tylko opisują rzeczywistość, ale tworzą własny, na poły fantastyczny świat, rządzący się swoimi prawami. Każda ich książka jest odsłanianiem kolejnych regionów owego terytorium i dlatego trudno oceniać, która jest lepsza, a która gorsza - tak jak trudno oceniać, czy Bóg lepiej stworzył morze, czy bardziej udały mu się góry.

Takim pisarzem jest Amerykanin Cormac McCarthy. Jego świat początkowo znajdował się w górzystych Appallachach, potem - wraz z pisarzem - przeniósł się na południe Stanów Zjednoczonych. Tak czy inaczej ów świat jest, mówiąc delikatnie, potworny. Zaludniają go ludzie prymitywni, będący raczej rodzajem lokalnej fauny. "W ciemność", druga powieść McCarthyego wydana w USA w 1968 roku, nie jest od tej reguły wyjątkiem, a może nawet szczególnie rygorystycznie jej przestrzega. Mamy tu więc brata i siostrę żyjących na górskim odludziu w kazirodczym związku, z którego wkrótce rodzi się dziecko. Mężczyzna ze wstydu nie chce wezwać pomocy i każe siostrze rodzić samej. Potem zabiera dziecko i pozostawia je w lesie, żeby umarło. Ale to dopiero początek. McCarthy wziął sobie chyba do serca znaną filmową regułę - najpierw trzęsienie ziemi, a potem akcja tylko przyspiesza - i zmodyfikował ją na własny użytek, to znaczy, w miejsce "akcji" wstawił okropieństwa.

Kobieta, w której budzi się instynkt macierzyński, wyrusza w poszukiwaniu syna, jej brat zaś wyprawia się ni to jej śladem, ni to za pracą. McCarthy nie wnika w psychikę bohaterów, przeciwnie, ogranicza się do przytaczania ich słów i relacjonowania czynów, co wzmaga w czytelniku przekonanie, że są to postaci wyjątkowo bezmyślne. Więcej - znajdują się one poniżej jakiegokolwiek realistycznego progu bezmyślności. Przypominają raczej zwierzęta i nawet instynkt macierzyński Rinthy, który można by nazwać jedynym ludzkim uczuciem w tym świecie, w gruncie rzeczy bardziej przypomina ślepy instynkt zwierzęcia. Przed Rinthy otwierają się jednak serca i drzwi spotykanych ludzi - jakby na czole miała wypisaną swoją krzywdę. Nikt nie chce jej zranić, a nawet wszyscy pragną jej pomóc - ale ona sama, gnana instynktem, nie może zaznać spokoju. Jej brat przeciwnie - sam wydaje się nie przejmować tym, co się stało, ale za to wszystkie spotykane osoby, które najpierw odnoszą się do niego życzliwie, po chwili zaczynają obarczać go absurdalną winą. Tu ktoś chce go powiesić za rzekome spłoszenie stada świń nad przepaścią, które ewidentnie spłoszyło się samo, tam za to, że nieznani sprawcy obrabowali kilka grobów w miasteczku.

Dlatego nie jest to powieść psychologiczna, lecz raczej mitologiczna przypowieść o złamaniu zakazu kazirodztwa i karze, która nie przychodzi z wnętrza psychiki winnego, tylko od bezlitosnej tajemnej mocy. Dodajmy, że mimo wielu aluzji do Biblii mocą tą jest raczej Szatan niż Bóg. W świecie McCarthyego modlitwy bohaterów nigdy nie zostają wysłuchane, a religia to groteskowa instytucja zrzeszająca zwariowanych pastorów. Nie jest to też jedyna książka, w której McCarthy na każdym kroku daje znać, że nie wierzy w duszę ludzką - tak zaczyna się na przykład niedawna (wyd. amerykańskie 2005) powieść "To nie jest kraj dla starych ludzi", sławna dzięki filmowi braci Coen.

Ale predylekcja autora do mnożenia okropieństw sprawia, że przypowieść o winie traci w pewnym momencie siłę - "W ciemność" zamienia się w jedną wielką relację z jatki. Diabeł zostaje ucieleśniony, w dodatku występuje w trójcy - kolejny żart McCarthyego z religii - i idzie śladami Culli i Rinthy, pozostawiając za sobą krwawe żniwo. Kiedy przekracza ono pewne rozmiary, zaczynamy wątpić, czy jest to tylko mityczna kara za złamanie zakazu kazirodztwa, czy raczej przesadny opis rzezi niewiniątek. Ostatecznie, ile drzew trzeba przyozdobić wisielcami i ile wymyślnych tortur zesłać na kilkumiesięczne dziecko, żeby zakomunikować, że świat jest straszny, a niebo puste? Gdyby chociaż potworność została zmiękczona żartem. Ale nie. Choć autor używa bogatego języka poetyckiego, który w innych książkach (na przykład w "To nie jest kraj dla starych ludzi") pozwoli mu osiągnąć efekty humorystyczne. Ale ta historia nie jest ani trochę zabawna.

McCarthy nawiązuje językiem swojej prozy do Williama Faulknera, który znajdował się na antypodach tego, co równolegle robił Ernest Hemingway. Ten ostatni preferował język prosty i ascetyczny, a jego ulubionym środkiem poetyckim było niedomówienie. Faulkner zaś chętnie używał strumienia świadomości, czerpał z regionalizmów swojego stanu i z języka poetyckiego. W literaturze amerykańskiej lepiej zakorzenił się ten pierwszy styl - jego wielkim propagatorem był na przykład klasyczny autor opowiadań Raymond Carver, do dzisiaj preferują go też nauczyciele z akademickich kursów pisania, z którymi styka się na swojej drodze niemal każdy amerykański pisarz. McCarthy należy do tej mniejszości, która wybrała faulknerowską barokowość. I z pewnością nie jest zwolennikiem niedomówień - czego można czasem żałować.

Także pod innymi względami McCarthy nawiązuje do Faulknera, którego wymyślone hrabstwo Yoknapatawpha przypominało świat mityczny. Pisarz amerykański ma do wyboru kilka rzeczywistości. Jedna z nich to świat intelektualistów ze Wschodniego Wybrzeża, wielkomiejski czy uniwersytecki. Dziś opisują go m.in. Philip Roth, Don DeLillo i Paul Auster. Druga rzeczywistość to świat rozległych przedmieść i małych miasteczek, zaludniony przez agentów ubezpieczeniowych. Największym ich piewcą był zmarły w 2009 roku John Updike. Ale daleko od Wschodniego Wybrzeża, cywilizowanego i wpatrzonego w Europę, istnieje także brutalne i dzikie pogranicze, którego opisywanie jest starą amerykańską tradycją od czasów, kiedy pionierzy przemieszczali się swoimi wozami na Zachód.

McCarthy jest człowiekiem tych terytoriów i wydaje się, że ów szczegół geograficzno-biograficzny nie pozostaje bez związku z jego wizją świata i człowieka. Dlatego ma ona też wiele wspólnego z innymi dzikimi światami - na przykład z górską Albanią Ismaila Kadarego, która rządzi się prawami starożytnego Kanunu - a nawet przywodzi na myśl klasyczne opowiadanie Meriméego o Korsyce "Mateo Falcone".

@RY1@i02/2011/014/i02.2011.014.196.037a.001.jpg@RY2@

Cormac McCarthy udziela pierwszego w życiu telewizyjnego wywiadu - i to od razu w programie Oprah Winfrey

Magdalena Miecznicka

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.