Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Geniusze czy szarlatani

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Gdy polski wydawca tej książki poprosił mnie o dwa zdania opinii na jej obwolutę, napisałem coś takiego: "Jedni twierdzą, że Roman Frydman to geniusz. Inni z kolei uważają go za szarlatana. Dylemat ten niech każdy czytelnik rozstrzygnie sam". No tak. Łatwo powiedzieć, dużo trudniej zrobić. Bo ja po powtórnej lekturze "Mechanicznych rynków" wciąż nie mogę się zdecydować.

Dostajemy do ręki książkę ważną i głośną. Dużo szumu było już zresztą przy okazji wydania "Ekonomii wiedzy niedoskonałej", poprzedniego dzieła autorskiego duetu Roman Frydman (ekonomista urodzony w Polsce, ale od ponad 40 lat robiący karierę w USA) i Michael D. Goldberg (były student Frydmana, obecnie wzięty wykładowca). O "Ekonomii wiedzy niedoskonałej" głośno było dlatego, że książka wyszła w 2007 r. i jako jedna z pierwszych poddawała tak gruntownej krytyce przekonanie o racjonalności rynków. Frydman i Goldberg z furią dowodzili, że każdy z jego uczestników ma dostęp do niepełnych informacji, analitycy swoje modele opierają na zdarzeniach historycznych, a na dodatek uczestnikami rynku zamiast rozsądku rządzą emocje. Niby to wszystko już gdzieś w różnych formach było. Asymetria informacji u Stiglitza, ekonomia behawioralna u Kahnemana, a zwierzęce instynkty u Keynesa. Ale Frydman i Goldberg zebrali to razem. I zamknęli pod nazwą ekonomii wiedzy niedoskonałej. I choć książka była trudna, momentami dość mętna, to odbiła się w Ameryce szerokim echem.

Od tamtej pory minęło jednak sześć lat. I to lat kluczowych. Bo kryzys zrodził naturalne zapotrzebowanie na nowy język rozmowy o ekonomii. Efekt był taki, że większość wątpliwości zgłaszanych wobec mechanicznych rynków przez Frydmana i Goldberga już dziś spowszedniała. Niestety niepomni tego Frydman i Goldberg rekapitulacji swoich ówczesnych przemyśleń poświęcają również całą pokaźną część pierwszą "Mechanicznych rynków", o których tu dziś mowa. Dopiero część druga ma być wreszcie tym, co obiecuje tytuł. Przynajmniej ten angielski. A więc wyjściem poza stare i zawodne rynki mechaniczne. I pogodzeniem ekonomii stosowanej z wymogami świata realnego.

Obietnica jest więc smakowita. Bo czy nie jest tak, że wszyscy od paru dobrych lat czekamy na nową wielką ideę ekonomiczną? Taki odpowiednik Keynesa, tyle że na miarę wyzwań świata po kryzysie 2008 r. Frydman i Goldberg trochę próbują się z tym zadaniem zmierzyć. Mówią np. o tym, że rola państwa w okiełznaniu rynków musi być po kryzysie określona na nowo. I oczywiście większa. Ale z drugiej strony nie wolno wylewać dziecka z kąpielą. W praktyce powinno to więc wyglądać tak, że regulatorzy są gotowi do interwencji na rynku wszystkich najważniejszych aktywów (od walut po surowce). Ale dopóki wahania ich cen pozostają w normie, nie dzieje się nic. Dopiero gdy zmiany cen przekroczą dopuszczalny zakres, do gry wchodzą ekonomia i polityka. Snując swoją narrację, Frydman i Goldberg czerpią pełnymi garściami z różnych szkół ekonomicznych. Raz z Hayeka, to znów z Keynesa.

Problem tylko w tym, że ich argumentacja nie jest przekonująca. Może dlatego, że autorzy piszą językiem trudnym i trochę bez polotu. Ich argumentom brak dobitności. Z tego powodu - mimo szacunku dla odwagi i ważkości poruszanego tematu - czytelnik tej książki może mieć po lekturze ten sam problem co przed nią. I bardzo możliwe, że zostanie z nierozstrzygniętym pytaniem "genialne to czy szarlatańskie?".

@RY1@i02/2013/241/i02.2013.241.000002800.802.jpg@RY2@

Roman Frydman, Michael Goldberg, "Mechaniczne rynki a świat realny: wahania cen aktywów, ryzyko i rola państwa", Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2013

Rafał Woś

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.