Rzeczpospolita nowoczesna
Kształt państwa często na bardzo długo określają decyzje podjęte u progu niepodległości. Ci, którzy rządzili Polską w 1918 r., chcieli, by od razu stała się ona najnowocześniejszym krajem świata
Wkrótce po zakończeniu wojny z sowiecką Rosją Józef Piłsudski zjawił się na Uniwersytecie Jagiellońskim, aby odebrać doktorat honoris causa. Po uroczystości odbył się bankiet, podczas którego Marszałek wspominał, jak budował zręby niepodległej Polski. "Zdecydowałem zwrócić się do tych, którzy najszybciej działają, szybciej czasami działają, aniżeli myślą" - zagaił, a słuchacze śledzili jego słowa z rosnącą uwagą. "Dlatego powołałem na prezesa ministrów oficera I Brygady, przytem kapitana saperów inż. Moraczewskiego. Na wszelki wypadek kazałem mu stanąć na baczność. W owych czasach ostrożność nie była zbyteczna. Potem powiedziałem mu: >>Panie kapitanie, ma pan zostać prezesem ministrów, ale pod warunkiem: ażeby pan nie wkraczał swoimi zarządzeniami w jakiekolwiek stosunki społeczne<<. Tu podniosłem głos" - kontynuował Piłsudski, dodając, że zalecił jedynie jak najszybsze opracowanie ordynacji wyborczej. "Tak jakby pan miał budować drogi" - zakończył ku ogólnemu rozbawieniu słuchaczy.
Anegdota stała się tak popularna, że jej główny bohater postanowił odpowiedzieć na nią z mównicy podczas XVIII Kongresu PPS. Oświadczył, iż chce sprostować sposób "powołania mnie na szefa rządu jako kapitana Moraczewskiego, że rzekomo stanąłem na baczność i otrzymałem polecenie niewkraczania do spraw społecznych". "Czy dekret o 8-godzinnym dniu pracy, czy dekret o kasach chorych lub ochronie lokatorów, który był targnięciem na własność prywatną, czy to nie wchodzi w zakres spraw społecznych?" - pytał urażony Jędrzej Moraczewski.
Jego oświadczenie było zdecydowanie bliższe prawdy niż dykteryjka Piłsudskiego. Nie dodał tylko tego, że nie istniała możliwość, aby tak radykalne reformy społeczne weszły w życie bez cichego przyzwolenia Naczelnika Państwa.
Polski groch z kapustą
W liście do żony datowanym na 5 listopada 1918 r. sympatyzujący z endecją dramaturg Karol Hubert Rostworowski pisał: "Na razie w Polsce jest groch z kapustą. Mocuje się narodowa potrzeba. Z tego grochu z kapustą wyjdzie jakaś forma rządów. Jakikolwiek ten rząd będzie, poddaję mu się całą duszą, ponieważ będzie on wyrazem najsilniejszej partii, a najsilniejsza partia jest wyrazem najsilniejszej potrzeby narodowej".
W dniu wysłania listu władzę w zaborze austriackim sprawowała już Polska Komisja Likwidacyjna Galicji i Śląska Cieszyńskiego. Rej w niej wodzili popularni politycy: ludowiec Wincenty Witos i socjalista Ignacy Daszyński. Jednak w samym Cieszynie rządziła Rada Narodowa Księstwa Cieszyńskiego. Z kolei w Warszawie działała utworzona przez państwa centralne jeszcze w 1917 r. Rada Regencyjna, mająca pełnić funkcję polskiego rządu, zależnego oczywiście od Berlina. Dzień po wysłaniu listu przez Rostworowskiego na tarnobrzeskim rynku zebrał się wielotysięczny tłum chłopów i rzemieślników, po czym prowadzący wiec Tadeusz Dąbal i ksiądz Eugeniusz Okoń ogłosili powstanie Republiki Tarnobrzeskiej. Samozwańczy rząd uchwalił parcelację majątków obszarniczych, głównie należących do prezesa Stronnictwa Prawicy Narodowej hrabiego Tarnowskiego. Z kolei w dużych miastach komuniści zakładali rady robotnicze, także marząc o przejęciu władzy. I nie był to koniec ogólnonarodowego galimatiasu.
"U nas siódmego (listopada - red.) proklamował się w Lublinie Rząd Tymczasowy Republiki Polskiej" - zapisała w dzienniku Maria Dąbrowska. Pisarka znała osobiście wielu jego członków, ale ich działania jej nie odpowiadały, bo "pierwsze orędzie carskim niemal tonem pisane, upojone władzą, być może jeszcze urojoną. Bo choć stanowczo ku rządom ludowym wszystko się kłoni, nie zdaje mi się, by się ów rząd w tej postaci miał utrzymać". Na czele zdominowanego przez socjalistów gabinetu stał współzałożyciel Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej (PSSD) Ignacy Daszyński. Jego rząd zadeklarował, że Polska odradza się jako republika (co dla konserwatystów wcale nie było takie oczywiste), a wybory do parlamentu będą powszechne, równe i proporcjonalne. Zapowiadano wprowadzenie wolności sumienia i słowa, a także zrzeszania się. Proklamowano 8-godzinny dzień pracy, powszechny obowiązek szkolny dla dzieci, nacjonalizację lasów.
Najwięcej emocji budziło zapowiedziane "przymusowe wywłaszczenie i zniesienie wielkiej i średniej własności ziemskiej i oddanie jej w ręce ludu pracującego pod kontrolą państwową" oraz "upaństwowienie kopalń soli, przemysłu naftowego, dróg komunikacyjnych oraz innych działów przemysłu, gdzie się to da od razu uczynić". Takie deklaracje musiały wzbudzić opór konserwatywnej prawicy. Zaproszony do Rządu Ludowego Wincenty Witos przyjechał nawet do Lublina, ale szybko zmienił zadanie. "Po bliższym rozpatrzeniu sprawy i zorientowaniu się przyszedłem do przekonania, że utworzenie tego rządu jest niesłychaną lekkomyślnością i błędem politycznym, graniczącym wprost z bardzo niepoważną awanturą" - zapisał we wspomnieniach. Przywódca galicyjskich chłopów wrócił do Krakowa, żeby o sformowaniu "poważnego" rządu rozmawiać z konserwatystami i narodowcami. Gdyby takowy powstał, to Polska, zanim odzyskałaby niepodległość, znalazłaby się na krawędzi wojny domowej.
Na szczęście z więzienia w Magdeburgu 10 listopada 1918 r. wrócił do kraju Józef Piłsudski. Nic dziwnego, że członek Rady Regencyjnej, metropolita warszawski abp Aleksander Kakowski, nazwał podczas powitania twórcę Legionów mężem opatrznościowym, choć miał na myśli przede wszystkim ocalenie kraju przed wybuchem komunistycznej rewolucji. Trwała ona już od roku w Rosji, a co więcej, szykowała się w Berlinie. Na wieść o zjawieniu się w stolicy dawnego lidera PPS część ministrów rządu lubelskiego natychmiast przyjechała do Warszawy, by złożyć deklarację lojalności. "Wam kury szczać prowadzać, a nie politykę robić" - powiedział im na powitanie Piłsudzki, potem zrugał za bezrozumne działania mogące doprowadzić do nieodwracalnego podzielenia społeczeństwa. Po czym zaczął zapraszać na rozmowy przywódców wszystkich istniejących organizacji politycznych.
Po przejęciu pełni władzy od Rady Regencyjnej 14 listopada Piłsudski wydał dekret mający położyć kres wzajemnym animozjom. Oznajmiał w nim, iż podczas konsultacji z przedstawicielami stronnictw "przeważająca większość doradzała utworzenie rządu nie tylko na podstawach demokratycznych, ale i z wybitnym udziałem przedstawicieli ludu wiejskiego i miejskiego. Licząc się z potężnymi prądami, zwyciężającymi dziś na Zachodzie i Wschodzie Europy, zdecydowałem się zamianować prezydentem gabinetu pana posła Ignacego Daszyńskiego". Jednocześnie nakazywał mu, aby "wzmocnił skuteczność pracy swego gabinetu przez udział w nim wybitnych sił fachowych, niezależnie od ich przekonań politycznych". Jasno też zaznaczał, że taka sytuacja "nie dozwala na przeprowadzenie głębokich zmian społecznych, które uchwalić może tylko Sejm Ustawodawczy".
Do tanga trzeba dwojga
W pierwszych dniach niepodległości to socjaliści zdominowali scenę polityczną, natomiast partie prawicowe, z Narodową Demokracją na czele, znajdowały się w defensywie. Było to zaskakujące, zważywszy że miały one więcej członków oraz zwolenników od PPS. Jednak ich czołowi przywódcy, w tym Roman Dmowski, przebywali w Paryżu, tworząc Komitet Narodowy Polski negocjujący ze zwycięskimi mocarstwami przyszły kształt granic Rzeczpospolitej.
W tej sytuacji rolę przywódcy prawicy w kraju wziął na siebie poseł do Reichstagu i działacz górnośląski Wojciech Korfanty. Wspierali go narodowcy z Poznania - Władysław Seyda, Stefan Łaszewski i Wojciech Trąmpczyński. To z nimi Piłsudski negocjował skład rządu Daszyńskiego. Tyle że dla prawicy radykalny socjalista Daszyński okazał się osobą nie do przyjęcia. Na jego miejsce proponowano bardziej ugodowego byłego posła do parlamentu Austrii Jędrzeja Moraczewskiego. Pamiętano, że podczas wojny światowej pełnił funkcję łącznika między PPSD a Stronnictwem Narodowo-Demokratycznym, potem starał się nawiązać kontakt z działającym na Zachodzie Komitetem Narodowym Polskim. Jednocześnie odznaczył się jako odważny legionista, ślepo oddany Piłsudskiemu.
Endecki działacz Stanisław Głąbiński pisał o nim: "Jest to doktryner socjalistyczny, prostolinijny w tym znaczeniu, że gotów jest wszystkich przeciwników politycznych uważać za łotrów, wyzyskiwaczy, wyrzutków społeczeństwa, i dlatego nie waha się, w razie potrzeby, rzucać na nich podejrzeń i potwarzy. Stąd nie nadaje się na kierownika i wodza, ale może być dobrym wykonawcą zamierzeń wodza". Głąbiński dodawał też ze złośliwością, iż "można więc było przewidzieć, że Moraczewski będzie wiernie stał >>na baczność<< przed swoim szefem Piłsudskim". Dla byłego komendanta Legionów taki premier także wydawał się dużo lepszą osobą od niepokornego Daszyńskiego.
Jednak zgoda Piłsudskiego, żeby na czele rządu stanął Moraczewski, nie zadowoliła prawicy domagającej się dwóch kluczowych ministerstw: spraw zagranicznych i spraw wewnętrznych, co z kolei było nie do przyjęcia dla Naczelnika. Rozmowy zerwano i ostatecznie Moraczewski 17 listopada utworzył rząd, w którym stronę prawicową reprezentowało dwóch ministrów z PSL-Piast, przy czym prezes tego stronnictwa Wincenty Witos otrzymał też tekę wicepremiera. Poza tym trzech ministrów nie należało do żadnej partii, a dwóch wywodziło się z lewicowego PSL-Wyzwolenie (Stanisław Thugutt został ministrem spraw wewnętrznych). Socjaliści zatrzymali sześć resortów, w tym wszystkie związane ze sprawami społecznymi i gospodarczymi. Rząd Moraczewskiego miał mnóstwo wad i nie cieszył się poparciem zbyt dużej części społeczeństwa, ale dysponował kluczowym atutem - był jednorodny politycznie i nie musiał z nikim konsultować planów reform. Wykorzystywano to z żelazną konsekwencją.
Bolszewicy Naczelnika
Tymczasowy ustrój polityczny Rzeczpospolitej określił dekret z 22 listopada 1918 r. zatwierdzony podpisem Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego. Ustawę zasadniczą spisano na jednej stronie maszynopisu. "Czasy rewolucyjne cechuje godna pozazdroszczenia zwięzłość. Po prostu nikt nie ma czasu pisać długich tekstów i nikt nie ma czasu takich tekstów czytać" - zauważa prof. Andrzej Garlicki w książce "Drugiej Rzeczypospolitej początki".
Dekret oddawał, do czasu zwołania Sejmu, pełnię władzy wykonawczej i ustawodawczej w ręce Naczelnika Państwa. To Piłsudski decydował o tym, jakie ustawy przedstawione przez rząd wejdą w życie. Przez dwa tygodnie Naczelnik zastrzegał, że nie dopuści do żadnych gruntownych reform społecznych. Ale rankiem 23 listopada bez mrugnięcia okiem podpisał dekret o 8-godzinnym dniu pracy oraz płacy minimalnej. W tym czasie na świecie takie rozwiązania, wychodzące naprzeciw postulatom robotników, wprowadziły u siebie tylko dwa państwa: Niemcy i Finlandia. Moraczewski twierdził potem, że dzięki szybkim działaniom zapobiegł samowolnemu przejmowaniu zakładów przez pracowników i wymusił rozwiązanie rad robotniczych bez użycia przemocy. Patriotycznie nastawieni robotnicy, otrzymawszy od rządu gwarancje przestrzegania ich praw, natychmiast utracili chęci do kontaktów z nasyłanymi przez bolszewicką Rosję komunistycznymi agitatorami.
Co więcej, premier nie musiał nawet podnosić płacy minimalnej, co - jak się obawiał - spowodowałoby niekontrolowany wzrost inflacji. Kilka lat później Moraczewski opowiadał, jak pozyskiwał sympatię pracujących. "Zawsze zbywałem robotników obietnicami świadczenia im wszelką pomocą, jeśli uruchomią fabryki, zapewniałem ich, że wtedy drogą dyplomatyczną będziemy się starali sprowadzić maszyny i surowce, ale nie dawałem im ani jednej marki (ówczesny pieniądz - red.)" - relacjonował.
Na szczęście nie skończyło się tylko na składaniu obietnic. W błyskawicznym tempie utworzono urzędy inspekcji pracy w przemyśle i rolnictwie. Instytucje kontrolne wzorowane na rozwiązaniach niemieckich otrzymały zadanie łagodzenia sporów między pracodawcami a pracownikami, przy okazji sprawdzając, czy nowe przepisy są wcielane w życie. Pomimo tragicznej sytuacji budżetowej próbowano wspomagać bezrobotnych, organizując roboty publiczne. Porządnie rozwścieczono kamieniczników realizacją obietnicy ochrony bezrobotnych lokatorów przed szybką i przymusową eksmisją przez danie im możliwości zawieszania wpłat komornego do czasu znalezienia pracy.
Z kolei konserwatystów zaskoczył dekret o ordynacji wyborczej ogłoszony 29 listopada. Stanowiono w nim, iż "wyborcą do Sejmu jest każdy obywatel państwa bez różnicy płci, który do dnia ogłoszenia wyborów ukończył 21 lat". Podobnie posłami mogli zostać "wszyscy obywatele (obywatelki) państwa posiadający czynne prawo wyborcze". W tamtym czasie z tak szerokich praw politycznych mogły korzystać jedynie mieszkanki Skandynawii oraz Kanady i Holandii. W Wielkiej Brytanii sufrażystki wywalczyły dla kobiet możliwość udziału w wyborach w 1928 r., we Francji nastąpiło to dopiero w 1945 r. W tym wypadku polscy socjaliści wręcz musieli iść w awangardzie postępu. PPS przetrwał czasy zaborów w dużej mierze dzięki zaangażowaniu i ofiarności wspierających organizację kobiet. Zresztą gdyby nie uchwalono tego dekretu, panowie mieliby natychmiast do czynienia w domach i na salonach z temperamentnymi działaczkami partii, a zarazem wpływowymi żonami, jak np. Zofia Moraczewska (później posłanka dwóch kadencji Sejmu) czy Zofia Daszyńska-Golińska (senator II kadencji). Również Aleksandra Szczerbińska, partnerka Piłsudskiego, która w czasach konspiracyjnych odpowiadała za arsenały PPS i zajmowała się przemytem uzbrojenia, nie zaliczała się do kobiet, które łatwo wybaczały.
Notabene Naczelnik Państwa, oficjalnie zastrzegający się, że do żadnych rewolucji obyczajowych przed wyborami nie dopuści, i ten dekret podpisał. Nic dziwnego, że już po tygodniu urzędowania gabinetu Moraczewskiego rozwścieczona opozycja dyszała żądzą odwetu. Hasło do ataku, i to od razu na osobę Piłsudskiego, rzucił na łamach redagowanego przez siebie pisma "Myśl Niepodległa" Andrzej Niemojewski. Oskarżył Naczelnika, że zastępuje w armii korpus oficerski "legionowymi bojówkami", aby sparaliżować siły zbrojne. Niemojewski nie pisał wprost, lecz aluzjami dawał do zrozumienia, że Piłsudski jest agentem niemieckiego wywiadu, który - podobnie jak Lenin - otrzymał zadanie przeprowadzenie w kraju komunistycznej rewolucji, Moraczewski zaś realizuje ten plan. Na oszczerstwa Niemojewskiego natychmiast odpowiedziało pismo PPS "Robotnik", dowodząc, że ich autor podczas wojny zgodził się zostać tajnym agentem niemieckiej policji i zadenuncjował wielu patriotów. Jednak inne gazety podchwyciły insynuacje. Konserwatywny krakowski "Czas" 22 listopada 1918 r. ostrzegał, że to za zgodą Naczelnika pozwolono demonstrującym w stolicy robotnikom powiesić na Zamku Królewskim czerwoną flagę. Starały się też dowieść, że komendant Legionów odmawiał zorganizowania odsieczy dla broniącego się przed Ukraińcami Lwowa. Nastroje wśród narodowców zaczynały osiągać stan wrzenia.
Najprawdziwsi z Polaków
Postulat jak najszybszego obalenia rządu Moraczewskiego pojawił się już dwa tygodnie po jego sformowaniu. Endecy wzywali ludzi do obywatelskiego nieposłuszeństwa i odmowy płacenia podatków. Zawiązał się pierwszy spisek. Działacze średniego szczebla Stronnictwa Narodowo-Demokratycznego zaplanowali na rocznicę powstania listopadowego zorganizowanie wielkiej manifestacji w Warszawie.
Jak zapisał we wspomnieniach jeden z uczestników przedsięwzięcia, Tadeusz Mścisław Dymowski, demonstranci mieli spontanicznie proklamować "nowy rząd narodowy", który przy wsparciu wojska z garnizonu warszawskiego przejąłby władzę. Jako że Roman Dmowski przebywał w Paryżu, premierem po przewrocie chciano uczynić Wojciecha Korfantego. Ale tuż przed rozpoczęciem demonstracji 29 listopada 1918 r. Korfanty wsiadł w pociąg i uciekł do Poznania. Wielkie tłumy zebrane na Krakowskim Przedmieściu żądały usunięcia "bolszewickich" władz, ale pozostały bez przywódcy. Skończyło się tym, że demonstranci wdarli się do budynku dawnego Pałacu Namiestnikowskiego, aby aresztować ministrów, lecz wewnątrz zastali jedynie osamotnionych woźnych. Wówczas po prostu rozeszli się do domów.
Kolejna próba zamachu stanu nastąpiła w nocy z 4 na 5 stycznia 1919 r. Grupa spiskowców pod przywództwem płk. Mariana Januszajtisa i księcia Eustachego Sapiehy wysłała oddział wojska, który uprowadził Moraczewskiego i kilku jego ministrów oraz próbował aresztować Piłsudskiego. Skończyło się tym, że większość oficerów i żołnierzy pozostała wierna Naczelnikowi, on sam zaś nad ranem zjawił się u spiskowców i odbył z nimi krótką rozmowę - wedle jej świadka Bogdana Miedzińskiego - "używając słów tak twardych, jakich nigdy przedtem z ust jego nie słyszałem". Następnie wszystkich cywili wypuścił, żądając dania słowa honoru, że stawią się potem na wezwanie władz, natomiast oficerom wlepił dwa tygodnie paki. Odnaleziony w garażu przy Al. Jerozolimskich wraz siedmioma ministrami Moraczewski również dostał od Naczelnika burę za brak przezorności, po czym wrócił do ciężkiej pracy.
Tydzień później ukazał się dekret o wprowadzeniu powszechnego obowiązku ubezpieczenia na wypadek choroby. Wzorując się na systemie niemieckim, zaczęto w Polsce tworzyć system kas chorych mających zbierać składki od pracowników, w zamian zapewniających im dostęp do darmowej opieki zdrowotnej. Tuż przed swoją dymisją Moraczewski zdążył jeszcze przygotować ustawę o powszechnym obowiązku szkolnym obejmującym młodzież do 14. roku życia.
Wprowadzał ją już nowy gabinet utworzony przez Ignacego Paderewskiego, z którym endecy wiązali ogromne nadzieje na odbicie państwa. W końcu mistrz fortepianu przez kilka lat blisko współpracował z Dmowskim, a zgodę Piłsudzkiego, żeby zastąpił na fotelu premiera Moraczewskiego, odebrano jako kapitulację Naczelnika. Tymczasem już po pierwszym spotkaniu obu mężów stanu świadek rozmowy Stanisław Grabski zanotował: "Piłsudski okazał w rozmowie z nim (Paderewskim - red.) tyle serdeczności i wyższego ponad partyjne niechęci patriotyzmu, że słowa jego zupełnie mu wystarczyły". Wkrótce okazało się, że Paderewski, zafascynowany osobowością Naczelnika, ulegał mu we wszystkim. Nie wycofano się też z żadnej z reform rządu Moraczewskiego. W efekcie II Rzeczpospolita rozpoczynała swoje istnienie od razu z ustrojem polityczno-społecznym podobnym do tego, jaki miały kraje skandynawskie. Inne państwa zachodnie analogiczne reformy zaczęły wprowadzać dwie lub trzy dekady później.
II Rzeczpospolita rozpoczynała istnienie od razu z ustrojem polityczno-społecznym podobnym do tego, jaki miały kraje skandynawskie. Inne państwa zachodnie analogiczne reformy zaczęły wprowadzać dwie lub trzy dekady później
@RY1@i02/2013/217/i02.2013.217.00000160a.804.jpg@RY2@
FoKa/Forum
@RY1@i02/2013/217/i02.2013.217.00000160a.805.jpg@RY2@
Andrzej Krajewski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu