Ekonomista w cywilu
Tak, Tim Harford jest świetnym autorem. Każdy, kto jeszcze o tym nie wiedział, może nadrobić zaległości, czytając drugie wydanie jego "Sekretów ekonomii", które właśnie pojawiło się na polskim rynku.
Choć Harford ma dopiero 40 lat, już zapisał się w historii anglosaskiego (a co za tym idzie, pewnie i światowego) dziennikarstwa ekonomicznego. Dlaczego? Bo był jednym z tych autorów, którzy wymyślili i spopularyzowali nowy sposób pisania o gospodarce. Połączył lekkość i dowcip klasycznego felietonu z solidną lekcją podstaw ekonomii, którą może pojąć każdy uważny czytelnik. I która (co pewnie jeszcze ważniejsze) może go naprawdę wciągnąć.
Harford studiował ekonomię, filozofię i politologię na renomowanym Oxfordzie. A potem trafił do redakcji nie mniej renomowanego "Financial Timesa" w Londynie. Tam dość szybko dostał własną kolumnę "Undercover Economist". Prowadzi ją zresztą do dziś. Z tej kolumny szybko wypączkowała książka. Polski wydawca uznał tytułowy anglojęzyczny greps za nieprzetłumaczalny. I zdecydował się na "Sekrety ekonomii". Pewnie słusznie, bo ani "Ekonomista w cywilu", ani "Ekonomista w przebraniu", ani "Ekonomista na akcji" nie oddawałyby całego pierwotnego znaczenia zawartego w anielskim tytule. Zresztą Harford tłumaczy je już na pierwszych stronach tej książki. Wcielając się właśnie w takiego "ekonomistę w cywilu" siedzącego z kubkiem nieodłącznej kawy w ręku przy stoliku któregoś z barów przy ruchliwej stacji mera w Londynie, Nowym Jorku czy Tokio. Ten ekonomista widzi niby tylko to, co wszyscy inni: tabuny ludzi przewalające się codziennie w drodze do swoich zajęć i wstępujący po drodze po szybką kawę na wynos. Ale dla niego ci ludzie to jednocześnie elementy większej układanki o nazwie gospodarka. Trybiki zazębiającej się machiny. Pełnej sprzecznych interesów i przeróżnych aktorów, ale jednocześnie działającej. Raz mniej lub innym razem bardziej, ale jednak zawsze dość sprawnie. A Tim Harford jest jednym z tych, którzy potrafią o tym procesie świetnie i wciągająco pisać.
W tej książce czytelnik znajdzie więc solidną porcję wiedzy o podstawach ekonomii. Będą odwołania do Adama Smitha, Davida Ricardo czy Johna Maynarda Keynesa. Ale będzie też sporo o współczesnych rynkach, o strategiach cenowych stosowanych przez małe firmy oraz wielkie korporacje. O tym, ile osób zarabia na kubku kawy sprzedawanym na stacji metra. Ale również sporo o ostatnim kryzysie albo paradoksach globalizacji.
Oczywiście jest tak, że Harfordowi wyrosło w ostatnich latach wielu konkurentów piszących o ekonomii w sposób bardzo podobny. Choćby dwuczęściowa "Freakonomia" napisana przez ekonomistę z Chicago Stevena Levitta i byłego dziennikarza "New York Timesa" Stephena Dubnera (wydana w Polsce w 2011 r.). Oni nawet przerośli Harforda, bo rozkręcili całą freakonomiczną społeczność blogerską. Przygotowują więc regularnie własną internetową audycję radiową. Jeszcze później pojawiła się "Ekonomia miłości" Pauli Szuchman i Jenny Anderson. Czytadło pokazujące, jak można stosować narzędzia klasycznej ekonomii do analizowania (i ulepszania)... małżeństwa. W odróżnieniu od konkurentów Harford jest chyba jednak bardziej dowcipny i zdecydowanie mniej przegadany.
@RY1@i02/2013/217/i02.2013.217.000002800.802.jpg@RY2@
Tim Harford, "Sekrety ekonomii", Wydawnictwo Literackie, Warszawa 2013
Rafał Woś
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu