Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Robotniczy dziki tłum

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 33 minuty

Przed wojną wszystko wyglądało efektowniej. Nawet protesty społeczne i walki demonstrantów z policją i wojskiem

We wrześniu przez Polskę ma przejść fala największych od 1989 r. protestów - tak zapowiada "Solidarność". Walkę o prawa pracownicze podejmą wszystkie centrale związkowe. Zacznie się w środę 11 września od pikiet przed kilkoma resortami, zaś kulminacyjny moment ma nastąpić w sobotę, kiedy przez Warszawę przejdą trzy manifestacje. Rzecznik "S" Marek Lewandowski ogłosił, że "głównym naszym postulatem jest odwołanie rządu Donalda Tuska".

Protesty mają być pokojowe, ale byłoby ewenementem w skali światowej, gdyby próba obalania rządu przebiegała spokojnie. Zwłaszcza gdy stopień frustracji społeczeństwa mocno ostatnio wzrósł. Choć i tak jednego można być pewnym - niezależnie od tego, co się wydarzy, nie będzie to wyglądało jak przed wojną.

Ten rząd musi upaść

"Jest publiczną tajemnicą, że w ministerstwie skarbu panuje depresya i brak wiary" - donosił 4 października 1923 r. krakowski "Czas". Rządząca koalicja partii prawicowych i chłopskiej, nazywana pogardliwie Chjeno-Piastem (zbitek słów od Chrześcijańskiego Związku Jedności Narodowej oraz PSL "Piast"), znajdowała się w coraz większych opałach. Nie dość, że gospodarkę dusił ekonomiczny kryzys, to jeszcze z powodu szalejącej inflacji gwałtownie spadały dochody obywateli, podobnie jak wpływy do budżetu. W akcie desperacji rząd zlikwidował przysługujące członkom administracji służbowe powozy i samochody. Potem Ministerstwo Skarbu utworzyło specjalne lotne komisje namierzające bogaczy uchylających się od płacenia podatków. Przybity złymi wiadomościami premier Wincenty Witos popadał w coraz głębsze odrętwienie. Delegacji wysłanej przez branżowy związek zawodowy zrzeszający państwowych urzędników, kiedy zażądała częstszej indeksacji płac, oświadczył, iż mogą o tym zapomnieć. Dodając na koniec, że "jutro będzie gorsze niż dzisiaj".

Wiatr w żagle łapali zepchnięci do głębokiej opozycji socjaliści. Obalenie w Sejmie koalicji Chjeno-Piasta stało się dla PPS priorytetem, ale partię reprezentowało w parlamencie jedynie 41 posłów. Pozostawało jej przeniesienie walki politycznej na ulice, co okazywało się nadzwyczaj łatwe, bo robotnicy rwali się do protestów. PPS zażądała od premiera daleko idących ustępstw ekonomicznych i politycznych lub dymisji rządu, grożąc strajkiem generalnym.

Do protestów doszło już w październiku 1923 r. w Krakowie. Do strajku robotników miejskich fabryk przystąpili kolejarze i pocztowcy. W dawnej stolicy Polski socjaliści dominowali, nie pozwalając nikomu odebrać sobie kontroli sprawowanej nad środowiskami robotniczymi. Gdy 28 października na wiecu strajkujących kolejarzy zaczął przemawiać sympatyzujący z komunistami Bolesław Drobner, szybko musiał rejterować, bo pepeesowscy robotnicy posiekli mówcę oraz broniącą go obstawę góralskimi ciupagami.

Narastający ferment sprawił, że rząd zmilitaryzował PKP oraz utworzył sądy doraźne, po czym zaprosił w Warszawie PPS do negocjacji. Z kolei w Krakowie dowódca V Okręgu Korpusu gen. Józef Czikel i wojewoda Kazimierz Gałecki opracowywali plan stłumienia protestów. Ale w poniedziałek 5 listopada 1923 r. zastrajkowała elektrownia i całe miasto zostało odcięte od dostaw prądu. Tego dnia po raz pierwszy większy tłum zaczął się gromadzić na rynku. Wedle prasy byli to głównie "podejrzani osobnicy" nieplanujący walczyć o prawa pracownicze, lecz rabować sklepy. "Policja wkroczyła zdecydowanie, co zapobiegło ekscesom. Sukiennice zamknięto, oddziały policji konnej rozpędziły tłum" - donosił "Ilustrowany Kurier Codzienny".

Około południa kilkudziesięciotysięczny tłum zebrał się także przed Domem Robotniczym na ul. Dunajewskiego i w przyległych uliczkach. Robotnicy zachowywali spokój, jednak sytuacja wymknęła się spod kontroli, gdy policjanci ustawieni w tyralierę i uzbrojeni w karabiny ruszyli do ataku. "Policja konna dobyła szabel i zaczęła bić stojących na jezdni szablami na płask, wówczas zrobił się wielki krzyk i tumult, a my dostaliśmy rozkaz bić w policjantów żelazem, które posiadaliśmy ze starych spalonych rusztów piecowych, inni bili flaszkami napełnionymi kawą lub herbatą" - opowiadał potem uczestnik zdarzeń Albin Piotrowski, którego cytuje Tomasz Marszałek w książce "Zamieszki, ekscesy i demonstracje w Krakowie 1918-1939". Wygrali bojówkarze PPS, a z ulicy zniesiono 20 rannych policjantów i 4 konie. Zamieszki trwały do wieczora. Od rana 6 listopada znów na ul. Dunajewskiego gromadziły się tłumy.

Tym razem gen. Czikel wysłał wojsko, żeby wsparło policjantów. Ale żołnierze nie mieli ochoty walczyć z cywilami, często kolegami z tej samej fabryki - jedna kompania zbratała się nawet z tłumem. Na wieść o tym spanikowany gen. Czikel wydał rozkaz 8. Pułkowi Ułanów, aby natychmiast uderzył na demonstrantów. Kawaleryjska szarża, prowadzona na śliskim bruku ul. Dunajewskiego i w wąskich uliczkach, zakończyła się katastrofą. "Robotnicy uzbrojeni w karabiny, rozsypani w tyralierę po trawnikach plantacyjnych wzdłuż ulicy, prażyli celnym ogniem biednych żołnierzy" - donosił krakowski "Czas". Zginęło 14 ułanów i 18 robotników, a ponad setka ludzi odniosła rany. Buntownicy opanowali centrum miasta.

Na szczęście bratobójcza rzeź otrzeźwiła polityków. W Warszawie przywódcy PPS i strona rządowa błyskawicznie osiągnęli porozumienie. Premier Witos anulował decyzje o militaryzacji kolei i zlikwidował sądy doraźne. Socjaliści ogłosili koniec strajku generalnego.

Jak nie szablą, to ogniem

Tragiczne wydarzenia w Krakowie dały powód do przemyśleń o tym, jak powinien reagować aparat państwa w podobnych sytuacjach. Całościowej odpowiedzi udzielił w 1928 r. ppłk Stefan Rowecki (w czasie II wojny pierwszy komendant AK) w wydanym studium teoretycznym "Walki uliczne". Książka stała się podstawowym podręcznikiem dla oficerów policji i wojska mających się zajmować tłumieniem społecznych protestów. "Słabe początkowo objawy rozruchów, jeżeli ich natychmiast nie opanowano, mogą rozwinąć się wkrótce w poważny bunt" - przestrzegał czytelników Rowecki. "Rozruchy przygotowują czynniki destrukcyjne propagandą, z drugiej zaś strony propaganda jest również środkiem walki z rozruchami. Każdą akcję wojskową poprzedzić powinna planowa i przygotowana akcja polityczna: stworzyć takie położenie polityczne, rzucić takie hasła, lub dać takie oświetlenie wypadków, aby zbuntowani znaleźli się w odosobnieniu, aby ogół obywateli ich potępił" - doradzał. Kiedy już zapadła decyzja o użyciu siły, ppłk Rowecki zalecał uderzać szybko i zdecydowanie. "Jakiekolwiek wahanie nie może mieć miejsca; nie wolno nigdy stosować półśrodków; tylko stanowczość i bezwzględność, posunięte do ostatecznych granic, pozwolą opanować położenie i przywrócić uprzedni stan rzeczy" - twierdził. "W wojsku uzupełnianem na podstawie prawa o powszechnym obowiązku służby wojskowej, żołnierze mogą się znaleźć niejednokrotnie wobec bliskich sobie lub znajomych - zbuntowanych. Dlatego, zasadniczo celowe jest użycie do tłumienia rozruchów wojska niezżytego z miejscowemi stosunkami, najlepiej oddziałów z innych garnizonów" - zalecał autor "Walk ulicznych".

W swojej monografii analizował także przydatność różnych środków do rozpraszania tłumów. Najwyżej cenił samochody pancerne, kawalerię i miotacze ognia.

"Dzięki bowiem swej postawie, oddział dobrze uzbrojonej kawalerji na dobrych koniach wywiera takie silne wrażenie na niezdecydowany tłum zbuntowanych, że może stosunkowo łatwo przeprowadzić jego rozproszenie jeszcze bez użycia broni" - pisał. Gdyby demonstranci zdobyli, jak w Krakowie, broń palną, zalecał wycofanie konnicy i rzucenie do walki samochodów pancernych pod osłoną nowocześnie wyposażonej piechoty. "Pistolety maszynowe, granaty ręczne i sztylety stanowią natomiast znakomite środki walki w podobnych warunkach" - twierdził. W odwodzie zostawały jeszcze miotacze ognia. "Potężne fale ognia i dymu, rzucane przez miotacze ognia, działają tak przygnębiająco na niewyszkolone wojskowo i mało zdyscyplinowane oddziały zbuntowanych, że nieraz dla rozproszenia licznego i groźnego tłumu wystarczyło rzucić w górę snop ognia i dymu, aby zbuntowani rozproszyli się" - zachwalał ten sposób Rowecki.

Siermiężne realia

Stosowanie w praktyce zaleceń późniejszego komendanta AK na pewno pomogłoby w skutecznym utrzymywaniu spokoju w II RP. Jednak biedne państwo dysponowało środkami pozwalającymi mu pacyfikować z takim rozmachem demonstracje tylko w wielkich miastach. Strajki i zamieszki, tak częste na prowincji, przebiegały w zupełnie niepodręcznikowy sposób.

Jednym z najbardziej zapalnych regionów kraju była Białostocczyzna, gdzie do sporów o prawa pracownicze dochodziły kwestie narodowościowe, zaś wszelkie konflikty podsycali wywrotowcy z Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi (KPZB). Spektakularnymi akcjami strajkowymi zasłynęli robotnicy z państwowych tartaków w Hajnówce. Jeden z protestów rozpoczął się 26 kwietnia 1932 r. od żądania wypłacenia różnicy w zarobkach, jaka powstała w wyniku strajku przeprowadzonego trzy miesiące wcześniej. Zarządzająca tartakami Dyrekcja Lasów Państwowych odmówiła. Wówczas 630 osób, wspieranych przez Związek Zawodowy Robotników Rolnych i Leśnych, ogłosiło protest. Zawiadomiona o tym policja interweniowała, aresztując najbardziej agresywnych przywódców protestu. Następnego dnia uczestnicy strajku pomaszerowali na posterunek policji w Hajnówce, żeby odbić kolegów. Jednak funkcjonariusze nie zrejterowali. "Policja, rozpraszając zgromadzony tłum, została obrzucona kamieniami i sztachetami" - relacjonował "Dziennik Białostocki". W odpowiedzi na lecące sztachety policjanci oddali w powietrze salwę ostrzegawczą z karabinów. "W tym czasie padły równocześnie strzały rewolwerowe z tłumu" - twierdził "Dziennik Białostocki". Takie wypadki nie należały do rzadkości, bo do demonstracji często dołączali prowokatorzy z KPZB. Huk wystrzałów ułatwił funkcjonariuszom przepędzenie robotników, jednak nie obyło się bez ofiar. Między opłotkami znaleziono "rannego robotnika tartacznego, Jana Werpachowskiego, który przed przybyciem lekarza zmarł" - informował "Dziennik Białostocki", dodając, że zabity otrzymał postrzał z rewolweru w plecy.

Strajk zakończył się 30 kwietnia 1932 r., po tym jak Dyrekcja Lasów Państwowych ogłosiła przystąpienie do negocjacji płacowych. Zaś po interwencji posła Stanisława Dubois wypuszczono więźniów. Rozmowy o podwyżkach trwały pół roku i nie przyniosły zadowalających wyników. Działacze związkowi wszczęli więc kolejne protesty w listopadzie 1933 r. Najdłużej trwał strajk w Nowosiółkach, bo aż do początku 1934 r. Tuż po sylwestrze policja aresztowała jego przywódców - Wsiewołoda Nalewajkę i Stefana Murawskiego, pod zarzutem pobicia łamistrajków. Osadzono ich w areszcie na posterunku w Szudziałowie. O 7 rano 4 stycznia 1934 r. komendantowi placówki doniesiono, że maszeruje nań ok. 300 robotników leśnych. "Cała załoga posterunku, składająca się z przodownika i 4 posterunkowych wyszła na ganek posterunku, a komendant, przodownik Markoń, udał się w kierunku tłumu" - opisywał "Dziennik Białostocki". Przodownik próbował uspokoić wzburzony tłum, obiecując szybkie wypuszczenie aresztowanych, i przez pół godziny trwały negocjacje. Kiedy zakończyły się fiaskiem, robotnicy wpadli we wściekłość. "Na policję posypały się polana i kamienie, przyczem przodownik Markoń został uderzony polanem w twarz, a posterunkowy Rzewuski zraniony w palec lewej ręki" - alarmował "Dziennik Białostocki". Rozeźleni funkcjonariusze odpowiedzieli ogniem z karabinów. Obyło się bez ofiar, aresztowani pozostali za kratami.

Nadchodzą chłopcy z Golędzinowa

Łatwe sięganie po broń przez funkcjonariuszy państwowych podczas tłumienia zamieszek zaowocowało tragicznymi skutkami wiosną 1936 r., gdy - pod koniec Wielkiego Kryzysu - Rzecząpospolitą wstrząsnęły fale niespotykanych od lat protestów społecznych. Znów krew polała się w Krakowie, gdy 23 marca policja najpierw stłumiła strajk w Polskich Zakładach Gumowych "Semperit", a potem ostrzelała protestujący na ulicach miasta tłum. Kule zabiły 8 osób. Trzy tygodnie później we Lwowie policjanci zastrzelili uczestnika pochodu bezrobotnych. Po jego pogrzebie zamieszki ogarnęły całe miasto i w trakcie ich pacyfikowania zastrzelono 14 osób.

Taka liczba ofiar zaszokowała członków rządu. Już 24 kwietnia 1936 r. minister spraw wewnętrznych Władysław Raczkiewicz wydał rozporządzenia nakazujące stworzyć "oddziały rezerwowe" policji specjalnie przygotowane do toczenia bezkrwawych walk ulicznych. Nie ocaliło go to przed dymisją i jego następca gen. Felicjan Sławoj-Składkowski w tajnym zarządzeniu w ogóle zabronił strzelania do tłumu (poza nadzwyczajnymi wypadkami). Potem Składkowski wiele uwagi poświęcił tworzeniu Grup Rezerwy Policyjnej w każdym województwie, które szybko mogły wejść do akcji. "Przyjętych do policji byłych podoficerów wojska poleciłem szkolić w rozpraszaniu tłumu zwartą kolumną karabinami bez nasadzonych bagnetów i bez strzelania, nawet gdy ten tłum jest czynnie agresywny i atakuje policję" - zapisał we wspomnieniach Sławoj-Składkowski. Dodatkowo, wzorując się na doświadczeniach francuskich, wyposażono te oddziały w specjalne tarcze, pałki, hełmy oraz inne akcesoria, przydatne podczas walk ulicznych.

Spośród Grup Rezerwy największy postrach budziła jednostka stacjonująca w położonym pod Warszawą Golędzinowie. Uderzali oni, tak jak zalecał ppłk Rowecki, błyskawicznie, brutalnie i byli skuteczni. Chłopcy z Golędzinowa chrzest bojowy przeszli jesienią 1936 r. Okazję ku temu dała im prawicowa młodzież, która 23 listopada rozpoczęła okupację Audytorium Maximum Uniwersytetu Warszawskiego, żądając usunięcia z uczelni wszystkich studentów narodowości żydowskiej. Dzień później na nadzwyczajnym posiedzeniu Sejmu sprawujący już urząd premiera Felicjan Sławoj-Składkowski oskarżył endecję o planowanie zamachu stanu. To zapowiadało, że rząd nie zawaha się przed użyciem siły. Ale rankiem 25 listopada 1936 r. na Krakowskim Przedmieściu przed wejściem na teren uczelni pomimo obecności setek policjantów panował chaos. Pod nosem stróżów prawa członkowie młodzieżowej organizacji ONR sprali studentów z prosanacyjnego Legionu Młodych. Dopiero wieczorem protestującym ultimatum przysłał minister wyznań religijnych i oświecenia publicznego Wojciech Świętosławski. Pozbawiał ich praw studenckich i dawał trzy godziny na opuszczenie terenu uczelni. Ale narodowcy nie zamierzali kapitulować. Ławkami zabarykadowali wejścia budynku Audytorium Maximum, do środka zaś znosili kamienie i cegły, szykując się na dłuższe oblężenie.

Mimo przygotowań obronnych, szturmowi dwóch kompanii Rezerwy Policji z Golędzinowa nie sprostali. Wyposażeni w stalowe hełmy, pancerze na korpusy, tarcze i długie pałki policjanci, gdy sforsowali drzwi i okna, okazali się skuteczni. Dosłownie w kilka minut opanowali budynek, brutalnie łamiąc wszelki opór, po czym ustawili się w szpaler przed Audytorium Maximum i pojmanym studentom urządzili coś, co kilkadziesiąt lat później nazywano "ścieżką zdrowia". Na koniec mniej lub bardziej pobitych 250 młodzieńców odwieziono do więzienia przy ul. Daniłowiczowskiej. Władza mogła triumfować, choć jej sukces był dość iluzoryczny. "Zwiedzając bezpośrednio po tym wnętrze gmachu (Audytorium Maximum - aut.), podziwiałem zarówno obfitość pozostałego prowiantu, zwłaszcza chleba i kiełbasy, w które zacna Warszawa zaopatrywała swych ulubieńców" - zapisał prawnik prof. Eugeniusz Jarra.

Zbuntowani studenci zdobyli poparcie mieszkańców stolicy, którzy mieli już tak dość sanacji, że młodzi narodowcy zaczęli się im jawić jako kluczowa siła opozycyjna. A to dobrze nie wróżyło rządzącym, bo nawet najlepsze jednostki policji lub wojska mogą okazać się bezradne, jeśli wyjdą na ulice zbyt wielkie tłumy zdesperowanych obywateli.

Potężne fale ognia i dymu, rzucane przez miotacze ognia, działają tak przygnębiająco na oddziały zbuntowanych, że nieraz dla rozproszenia licznego i groźnego tłumu wystarczyło rzucić w górę snop ognia i dymu, aby zbuntowani rozproszyli się - zachwalał ten sposób tłumienia zamieszek ppłk Stefan Rowecki

@RY1@i02/2013/173/i02.2013.173.00000110b.803.jpg@RY2@

Czesław Datka/Narodowe Archiwum Cyfrowe

Żony strajkujących górników stojące przed kopalnią Klimontów w Sosnowcu, 1933 r.

Andrzej Krajewski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.