Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Dzieciństwo dla wybranych

30 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 37 minut

Gdy użytecznymi, a przy tym tanimi robotnikami okazały się nawet kilkuletnie dzieci, musiało minąć stulecie, nim zachodnie państwa przyznały im prawa, te same co zwierzętom. Na status człowieka poczekały nieco dłużej

Początek, tak nielubianego przez młodych ludzi, roku szkolnego powinien być świętowany jako dzień wyzwolenia. Tam, gdzie powszechny obowiązek edukacji jest tylko pozorem lub w ogóle nie istnieje, los milionów dzieci nadal przedstawia się koszmarnie. Dane, ile z nich przed ukończeniem 14. roku życia podejmuje pracę zarobkową, są dość rozbieżne, ale i tak wyglądają zatrważająco. Wedle szacunków prowadzonych przez ONZ oraz Międzynarodową Organizację Pracy, by zarobić na siebie oraz bliskich, na świecie codziennie pracuje od 250 mln do ponad 300 mln dzieci. Ponad 70 mln nie ukończyło nawet 10 lat, zaś około połowa to mali niewolnicy, zmuszani do pracy przez dorosłych. Co w Trzecim Świecie nadal pozostaje normą, dziś w krajach Zachodu jest nie do przyjęcia. Jednak dojście do punktu, gdy nasz stosunek do dzieci zaczął być miarą wartości cywilizacji i człowieczeństwa, trwało zaskakująco długo. Wszystko przez to, że na słabych i bezbronnych można całkiem sporo zarobić.

Bo były niechciane

Ekonomiczny ferment, narastający w Europie przez cały XVIII wiek, miał swoje skutki uboczne. Nigdy wcześniej rodzice tak łatwo i masowo nie porzucali potomstwa. Przenosinom ze wsi do miast ludzi poszukujących pracy oraz późniejszemu ich życiu w skrajnym ubóstwie towarzyszył stały wzrost liczby przytułków, które wręcz pękały w szwach.

"W wielu wsiach i miasteczkach przetrzymywano nowo narodzone dzieci od 12 do 15 dni, czekając, aż zgromadzi się ich większa liczba. Dopiero wtedy transportowano je, często w stanie skrajnego wyczerpania, do przytułku" - opisuje Marian Surdacki w opracowaniu pt.: "Dzieci porzucone w społeczeństwach dawnej Europy i Polski". Wedle statystyk prowadzonych przez paryski Hopital des Enfants-Trouves na początku stulecia trafiało tam 300 dzieci rocznie, potem liczba ta sukcesywnie rosła, aby w 1772 r. wynieść aż 7676 porzuconych przez rodziców maluchów. Ogólnie wedle szacunków badaczy w XVIII wieku przez placówki opiekuńcze w całej Europie przewinęło się ok. 10 mln dzieci, których rodzice wyrzekli się z powodu własnej biedy, ich kalectwa lub tego, że przyszły na świat w związku pozamałżeńskim. Zjawisko pozbywania się niechcianego potomstwa największe rozmiary osiągnęło w Wielkiej Brytanii wraz z błyskawicznym postępem grodzenia ziemi. Przemysł przędzalniczy potrzebował coraz więcej owczej wełny, co z kolei wymuszało powiększanie obszaru pastwisk dla zwierząt. Posiadacze ziemscy, dzięki wsparciu parlamentu produkującego seryjnie nowe akty prawne, przejęli od drobnych właścicieli ok. 14 mln akrów gruntu (ok. 5,6 mln hektarów), wymuszając tym masową emigrację mieszkańców wsi do miast. W konsekwencji londyńskie przytułki dla dzieci przeżywały prawdziwe oblężenie, przyjmując każdego roku 15 tys. nowych pensjonariuszy. Wprawdzie jedna trzecia z nich nie przeżywała kolejnych dwunastu miesięcy, jednak te, które przetrwały, wymagały zapewnienia im ubrań, jedzenia i choć minimalnego nadzoru, co narażało utrzymujące przytułki gminy lub parafie na pewne koszty. "W 1767 r. populacja dzieci w przytułkach ogromnie wzrosła, a władzom parafialnym zależało, żeby znaleźć sposób na zmniejszenie ciężaru ich utrzymania" - opisują Barbara i J.L. Hammondowie z monografii: "Town Labourer". "Dla władz miejskich, obarczonych problemem mnóstwa niechcianych dzieci, nowe zakłady tekstylne w Lancashire, Derby i Notts były prawdziwym darem niebios" - dodawano. Wkrótce rzeczą naturalną stało się proponowanie przemysłowcom przez kierownictwo domów opieki dostaw taniej siły roboczej. Odtąd sieroty, żeby zapewnić sobie dach nad głową i wyżywienie, musiały zacząć zarabiać. Nie minęło wiele czasu i dołączyli do nich także rówieśnicy posiadający rodziców.

Przydatne, bo małe

"Utarło się w okręgach fabrycznych, że rodzice posyłają swych siedmio- czy ośmioletnich synów i córki zimą i latem, o szóstej rano, czasem więc po ciemku, kiedy niekiedy w mróz i śnieg do fabryk, gdzie panuje często wysoka temperatura, szkodliwa dla zdrowia ludzkiego, i gdzie zatrudnieni pracują częstokroć do dwunastej w południe, po czym mają godzinę na obiad i znów powracają do pracy, która w większości wypadków trwa do ósmej wieczór" - alarmował opinię publiczną w 1813 r. socjalista i filantrop Rober Owen, domagając się zakazu zatrudniania w fabrykach dzieci poniżej dziesiątego roku życia, zaś w przypadku starszych ograniczenia czasu pracy do 6 godzin dziennie.

"Przemysł jako taki poszukuje nowych, mniej wprawnych, ale za to tańszych robotników. Najmilej widziane są małe dzieci, których zarobki są w porównaniu z pensją wykwalifikowanego robotnika wręcz śmieszne" - zauważał dwie dekady później francuski socjalista Eugene Buret. Automatyzacja produkcji powodowała, zwłaszcza w przemyśle włókienniczym, że wykonywane czynności były proste i nie wymagały większej siły fizycznej. Najmłodsze z dzieci, liczące sobie od 5 do 9 lat sprzątały hale fabryczne i czyściły maszyny, cały czas znajdujące się w ruchu. Potem, jak trochę podrosły powierzano im bardziej odpowiedzialne zajęcia. Zajmowały się pilnowaniem wrzecion na krosnach mechanicznych i wiązaniem nici, jeśli te ulegały zerwaniu. Wymieniały też szpule, gdy przędza się kończyła. Bywało, że ich wysiłki miały tragiczny finał. Brytyjskie Archiwum Narodowe wśród dokumentów z tamtej epoki eksponuje raport inspektora fabrycznego sporządzony w sierpniu 1859 r. W lakonicznych zdaniach streszcza on przypadek trzynastoletniej zamiataczki Marthy Appleton z Wigan, usuwającej luźne kawałki bawełny spod maszyn w miejscowej przędzalni. "Z powodu omdlenia jej lewa ręka została złapana przez maszynę, przez co straciła wszystkie palce" - zapisano. Inspektor przypuszczał, że omdlenie mogło być spowodowane zmęczeniem wywołanym przez dziesięciogodzinny dzień pracy. Po utracie palców właściciel fabryki pan Williams uznał dziewczynkę za nieprzydatną dla zakładu i dał jej wymówienie. Na jej miejsce najpewniej bez kłopotu wyszukał inne dziecko.

"Tam gdzie kiedyś pracował jeden mężczyzna, można znaleźć kilkoro dzieci czy kobiet, które wykonują podobną pracę za głodowe pensje" - opisywał Eugene Buret. Wedle danych zebranych w 1816 r. przez specjalną komisję brytyjskiego parlamentu 20 proc. robotników w przemyśle włókienniczym miało mniej niż 13 lat. W niektórych fabrykach było ich nawet 70 proc. Taki wskaźnik zatrudnienia dzieci utrzymywał się przez kolejne dekady. Pracowały one od 12 do nawet 15 godzin przez 6 dni w tygodniu. W międzyczasie odkryto, że maluchy, ze względu na swoje niewielkie rozmiary, sprawdzają się znakomicie w kopalniach. Tam, gdzie nie mógł wejść dorosły, by np. założyć ładunek wybuchowy, zawsze dawało się posłać dziecko. W efekcie wedle statystyk w połowie XIX w. wśród brytyjskich górników aż 30 proc. stanowiły osoby niepełnoletnie. Zatrudnione w fabrykach i kopalniach dzieci z powodu trudnych warunków życia odznaczały się niewysokim wzrostem, niedowagą, zniekształceniami kręgosłupa oraz innych elementów tkanki kostnej. Szybko też umierały, najczęściej zabijane przez gruźlicę. W parze z okaleczeniem fizycznym szła też, mniej uchwytna dla oka, dewastacja psychiki. Od najmłodszych lat musiały one żyć w biedzie i ciągłym strachu, gdyż w zakładach pracy najczęściej używaną przez majstrów metodą utrzymywania dyscypliny były kary cielesne. Wymierzanie grzywien, takich jakie stosowano wobec dorosłych robotników, zupełnie nie skutkowało w przypadku dzieci. Jednak gruba rózga lub podtopienie w beczce z zimną wodą skutecznie wymuszało uległość.

"Cóż dziwnego, że taki system wytwarza ludność słabą na ciele i umyśle, obciążoną nałogami, które niszczą ich własny i ich otoczenia dobrobyt oraz przyprawiają o uwiąd ich społecznie dodatnie skłonności" - twierdził Rober Owen.

Cena sumienia

Los dzieci zmuszanych do pracy od najmłodszych lat pozostawał publiczną tajemnicą, ignorowaną przez większość, lecz nie wszyscy potrafili obok tego przejść obojętnie. Pierwszym politykiem, który postanowił choć trochę naprawić świat, był Rober Peel. Jego ojciec William Peel należał do grona pionierów rewolucji przemysłowej. Niedaleko Manchesteru nad rzeką Irwell w Bury postawił pierwszą przędzalnię wyposażoną w mechaniczne krosna wprawiane w ruch przez zanurzone w rzece młyńskie koło. Tam też zatrudnił pierwsze dzieci podesłane mu z przytułku. Gdy kierowanie zakładami w Bury przejął syn, nie tylko doprowadził je do świetności, stając się jednym z najbogatszych ludzi w Anglii, lecz także zatroszczył się o zatrudniane w nich maluchy. Skrócił im dzień pracy do 8 godzin i zapewnił możliwość nauki czytania oraz pisania. Jednak nie udawało mu się ukrócić nadużywania przemocy przez majstrów, notorycznie łamiących zakaz bicia małych robotników. Jak sam twierdził, wyrzuty sumienia z tego powodu zmusiły go, by, gdy tylko z ramienia Torysów został deputowanym w Izbie Gmin, podjąć na jej forum kwestię poprawy losu ubogich dzieci. Dzięki uporowi Roberta Peela w 1802 r. brytyjski parlament przyjął Factory Act, zabraniający fabrykantom zmuszania osoby poniżej 13. roku życia do pracy dłuższej niż 8 godzin dziennie. Starsi mogli pracować w wymiarze do 12 godzin. Jak na owe czasy postępowe prawo okazało niewiele warte, ponieważ ustawodawca nie stworzył żadnego organu kontroli, nadzorującego wykonywanie przepisów. Stosowali się do nich nieliczni idealiści, tacy jak Robert Owen, dbający, aby w zakładach włókienniczych w Lanark mali podopieczni nie tylko nie pracowali ponad siły, lecz także mieli zapewniony dostęp do darmowej edukacji. Wielką zasługą Owena okazało się podjęcie idei Peela i próba przekonania parlamentu, żeby ograniczył proceder zmuszania dzieci do pracy, a także powołał państwowych inspektorów kontrolujących warunki panujące w fabrykach. Po wizycie w Lanark do wizji Owena dał się przekonać także zdolny prawnik i poseł w Izbie Gmin Henry Brougham. Jego starania sprawiły, że w 1816 r. utworzono komisję parlamentarną mającą zbadać, jak wygląda codzienne życie sierot oraz dzieci z rodzin robotniczych. Komisja ustaliła, że prawie 75 proc. nieletnich Anglików nie uczęszczało nigdy do żadnej szkoły. Połowa z nich spędzała całe dnie pozbawiona opieki dorosłych, wałęsając się po ulicach miast, narażona na pobicia, gwałty i mordy. Jedynie w Londynie doliczono się 120 tys. dzieci ulicy. Tych zatrudnionych w fabrykach wcale nie czekał lepszy los. Lord Brougham jedyny ratunek dla nich widział w stworzonym pod egidą państwa powszechnym systemie edukacyjnym, zapewniającym nieletnim opiekę i naukę, gdy ich rodzice nie są w stanie tego uczynić. Jednak pomimo szokujących danych parlament odrzucił w 1819 r. większość reform proponowanych przez Broughama oraz Peela, ograniczając się do wprowadzenia drobnych ograniczeń w długości dnia pracy dzieci.

Prawie jak zwierzęta

Pomysły na zmiany w prawie autorstwa Peela zbiegły się z małą rewolucją światopoglądową, jaką zainicjował swoimi tezami niemiecki pedagog Friedrich Fröbel. Odwiedzał on kolejne miasta, by wygłosić odczyty, postulując oddanie dzieciom ich dzieciństwa i zapewnienie opieki oraz darmowej edukacji. Idee Fröbela z czasem zyskały gorących orędowników w Europie, zaś zmuszanie dzieci do pracy zarobkowej zaczynało budzić coraz częściej sprzeciw. Władze Prus zabroniły tego już w roku 1839, zaś francuskie dwa lata później. W Londynie niezrealizowane marzenia ojca starał się zaś wcielić w życie baronet Robert Peel drugi. Ten jeden z najzdolniejszych polityków swoich czasów i dwukrotny premier Wielkiej Brytanii długo zmagał się z przemysłowcami, dla których dzieci były zbyt cennymi pracownikami, by łatwo chcieli zrezygnować z ich usług. Po długich debatach parlament przyjął w 1844 r. nowy Factory Act ograniczający czas pracy dzieci, które nie ukończyły 13 lat, do sześciu godzin, zaś młodzież i kobiety nie mogły pracować dłużej niż 12 godzin, w co wliczano także trwającą półtorej godziny przerwę obiadową. Ponadto pracodawcy musieli zapewnić dzieciom dostęp do edukacji w przyfabrycznych szkołach. To kompromisowe rozwiązanie dobrze współgrało z publicystyką niezwykle popularnego wówczas filozofa i socjologa Herberta Spencera. "Wydaje się bezlitosne, że wdowy i sieroty miałyby być pozostawione same w walce na śmierć i życie. Niemniej jednak, gdy nie rozpatruje się tego indywidualnie, lecz w połączeniu z interesem całej ludzkości, te fatalne wypadki jawią się jako najwyższe dobrodziejstwo" - tak w dziele "Social Statics", wydanym w 1851 r. Spencer przekładał teorię Darwina na reguły rzekomo rządzące gospodarką. Dodając na koniec, że: "przetrwają najlepiej przystosowani".

Teorie Spencera, bardzo popularne w świecie anglosaskim, najwyraźniej nie przekonywały zajmującej się w Nowym Jorku pomaganiem ubogim Etty Wheeler. Zaangażowana w działalność filantropijną metodystka nie potrafiła obojętnie znosić opowieści podopiecznych o dziewczynce z sąsiedztwa maltretowanej przez opiekunów. Dowiedziała się więc, że Mary Ellen Wilson po śmierci rodziców jest wychowywana przez macochę (drugą żonę ojca) Mary McCormac i jej nowego męża Francisa Connolly''ego. Widok systematycznie bitego i głodzonego dziecka tak poruszył Etty Wheeler, że prosiła kolejno o interwencję policję, sąd, a nawet burmistrza Nowego Jorku. Bez skutku, bo w świetle obowiązującego prawa dziecko było de facto własnością opiekunów. Upartej metodystce w sukurs przyszła siostrzenica, podpowiadając, iż przecież zaszczute dziecko jest "jak małe stworzonko", więc powinno liczyć na pomoc Amerykańskiego Stowarzyszenia Zapobiegania Przemocy wobec Zwierząt (ASPCA). Pani Wheeler namówiła prezesa wpływowej organizacji Henry Bergha, by wziął w obronę dziewczynkę. Mając wsparcie zaprzyjaźnionych prawników i dziennikarzy, Bergh rozpoczął pierwszą w świecie wielką kampanię w obronie praw dziecka. W jej trakcie na łamach "New York Timesa" ukazywały się wstrząsające opowieści dziewczynki m.in. o tym, jak macocha biczowała ją i raniła ostrymi narzędziami. W końcu pod naciskiem opinii publicznej nowojorski sąd w kwietniu 1874 r. odebrał dziecko opiekunom, a okrutną kobietę skazał na rok ciężkich robót. W anglosaskim prawie, ewoluującym dzięki precedensowym wyrokom, oznaczało to, że dzieciom zaczął przysługiwać status co najmniej taki jak zwierzętom. Ich maltretowanie i wykorzystywanie zaczęło podlegać karze.

Dziecko też człowiek

Przypadek małej Mary Ellen Wilson ocalonej przez obrońców zwierząt stał się głośny w świecie. Poruszająca historia sprawiła, że w Stanach Zjednoczonych oraz Europie nastąpił wysyp obywatelskich stowarzyszeń wzorowanych na ASPCA, lecz stawiających sobie za cel obronę praw dzieci. Naciski wywierane przez nie na polityków zaczęły dość szybko przynosić efekty. Do końca XIX w. większość europejskich krajów, w tym Wielka Brytania, wprowadziły u siebie powszechny obowiązek posyłania dzieci do szkół. Państwa zadbały, aby ich mali obywatele przynajmniej do 13. roku życia sześć dni w tygodniu spędzali w placówkach edukacyjnych. Dzięki temu znikł ostatecznie problem masowego zatrudniania najmłodszych w fabrykach. Podobnie, choć nieco wolniej proces ten przebiegał w Stanach Zjednoczonych, które na przełomie stuleci były najszybciej rozwijającym się państwem świata. Niskie płace robotników powodowały, że rodzice, aby przetrwać, masowo posyłali swoje pociechy do pracy. Gdy w 1910 r. zjawisko to osiągnęło apogeum, w fabrykach zatrudniano ok. 2 mln nieletnich. Ich ciężkie i smutne życie dokumentował na zdjęciach były nauczyciel Lewis Hine, pomagając w ten sposób, założonemu w 1904 r. stowarzyszeniu National Child Labor Committee (Krajowy Komitet Pracy Dzieci), walczyć o poprawę losu najmłodszych Amerykanów. Wstrząsające fotografie przedstawiające brudne i wychudzone kilkuletnie dzieci pracujące na ogromnych liniach produkcyjnych potrafiły poruszyć sumienia dorosłych. Głównie dzięki nim prezydent William Taft, a potem kolejni amerykańscy przywódcy przeforsowali pakiet ustaw, które do początku lat 20. XX wieku uczyniły proceder zatrudniania nieletnich do ciężkich prac nielegalnym. Co więcej, USA wprowadziły nawet restrykcyjne obostrzenia, zabraniając handlu towarami wytwarzanymi przez nieletnich. Jak wiele zmieniło się w ciągu stulecia w zachodnim świecie, dowodził dokument przyjęty w 1924 r. przez Ligę Narodów, zobowiązujący członków tej międzynarodowej organizacji do przestrzegania i obrony praw dzieci. Zaczynał się on od deklaracji, iż ludzkość powinna dać dziecku wszystko, co posiada najlepszego. Co wcale nie okazywało się takie proste, bo humanitarne traktowanie słabych i bezbronnych bywa najbardziej oczywiste dopiero wówczas, gdy się zaczyna opłacać.

Maluchy świetnie sprawdzały się w kopalniach. Posyłano je tam, gdzie nie mógł zmieścić się dorosły, choćby po to, by założyć ładunek wybuchowy

@RY1@i02/2013/168/i02.2013.168.000001600.803.jpg@RY2@

corbis/fotochannels

Andrzej Krajewski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.