Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Najszczęśliwszy dzień tygodnia

30 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 30 minut

Politykom z PO wydawało się, że spór dotyczy luki w przepisach. A rzecz szła o ludzkie marzenia. Polacy bowiem nadal pamiętają, czym pachnie brak wolnej soboty

Po iskrzącej od emocji awanturze w Sejmie zdjęto tydzień temu z porządku obrad głosowanie nad nowelizacją kodeksu pracy. Chcąc odzyskać poparcie przedsiębiorców, Platforma Obywatelska postanowiła dać im możliwość nakazywania pracownikom pracy w soboty bez konieczności oddania potem dnia wolnego. Zastąpić go miało dodatkowe wynagrodzenie naliczane jak za nadgodziny. Na nic jednak zdały się zapewnienia działaczy PO, że ich pomysł wcale nie jest zamachem na wolne soboty, lecz - jak to ujął Adam Szejnfeld - "wyeliminowaniem luki w przepisach". Ponieważ za niedzielę i dni świąteczne przysługuje dodatkowe wynagrodzenie, natomiast sobota musi zostać zwrócona. Wprawdzie minister pracy Władysław Kosiniak-Kamysz twierdził, że przecież wiele osób zamiast mieć dzień wolny, "wolałoby podwójnie zarobić", lecz nawet będące w rządowej koalicji PSL nie przyjęło wyjaśnień członka tej partii za dobrą monetę. Zbyt łatwo dawało się zauważyć, że po nowelizacji pracodawcy mogliby w wygodny dla siebie sposób wykorzystać określony w kodeksie maksymalny limit godzin nadliczbowych wynoszący 416 godzin, co daje pełne 52 soboty w roku. Tym sposobem po dwudziestu pięciu latach otwartoby furtkę do stopniowego przywracania pełnego, sześciodniowego tygodnia pracy. A wówczas śmiało można by cytować powiedzenie prezydenta Wałęsy: "Nie o taką Polskę żeśmy walczyli".

Z głową w chmurach

"W sobotę, co każdy chyba zauważył, ludzie stają się lepsi i milsi. Żadnego innego dnia w tygodniu nie zobaczymy tylu uśmiechów, ile widzi się sobotniego popołudnia" - opisywał Marek Hłasko w opowiadaniu "Odlatujemy w niebo". Po wojnie w Polsce Ludowej wprowadzono 46-godzinny tydzień pracy. Co oznaczało, że w soboty miało się całe dwie godziny wolnego więcej niż w pozostałe dni robocze. "Sportowcy, oficerowie bezpieki, zrutyniali urzędnicy rad narodowych, profesorowie uniwersytetów, starcy, dzieci, majstrowie fabryk, lotnicy i dentyści - wszyscy najczęściej uśmiechają się w sobotę, w dniu, w którym najwięcej ma się planów, ambicji i nadziei" - dostrzegał Hłasko. Choć w państwie realnego socjalizmu ten uśmiech szczęścia ścierała ludziom z twarzy, zaraz po pracy, proza życia.

"Nie ma żałośniejszego obrazu niż sobotnia konfrontacja naszego handlu ze zwiększonym kilkakrotnie zapotrzebowaniem. Setki tysięcy ludzi w stolicy i w innych większych miastach Polski ruszają w sobotę na zakupy" - alarmowano na łamach "Kobiety i Życia" wiosną 1968 r. "W dzień normalny nacisk na handel jest mniejszy, odżywiamy się w stołówkach i gdzie Bóg da, byle nie w domu. W niedzielę jednak nie możemy inaczej niż w domu. Poza tym wszystkie inne zakupy, nawet krem do golenia, nawykowo człowiek kupuje w sobotę" - wyjaśniano. Przez całą niedzielę sklepy pozostawały zamknięte, obywatele mieli więc zaledwie kilka godzin, by zdobyć wymarzone towary, których - co gorsza - zawsze brakowało. Nic dziwnego, że każdy konsument potrafił walczyć o nie wręcz do ostatniego tchu. "Do tej pory stoją nam przed oczami dramatyczne sceny w sklepie z wyrobami z plastiku tuż obok, na Marszałkowskiej" - donosił "Express Wieczorny" w czerwcu 1962 r. "Kierownik sklepu czy może sam dyrektor własnym ciałem przyciskał drzwi, aby wstrzymać napór rozszalałego tłumu" - dodawano. W końcu biedak padł na placu boju, a gdy towar się rozszedł, po bitwie pozostały "wybite szyby, poobrywane guziki i rozgniecione ekspedientki". Mimo strat wyprawa po towary zakończona zwycięstwem powodowała, iż ludzie odzyskiwali poczucie szczęścia i znów się uśmiechali. Zwłaszcza na myśl o wolnym sobotnim wieczorze i możliwości wyspania się w niedzielę. "Popołudnie sobotnie to jedyne godziny, w których do naszego serca dopływa fala optymizmu i w których możemy naprawdę odpocząć" - podkreślano na łamach "Kobiety i Życia". Nic dziwnego, że w głowach rodziło się pytanie, czemu tego okresu szczęśliwości nie rozciągnąć na cały dzień. Zwłaszcza że z Zachodu docierały informacje, iż w USA i we Francji wolnymi sobotami obywatele mogli się cieszyć już od roku 1936. Również w Związku Radzieckim od 1960 r. robotnicy mieli prawo do dwóch dni wolnych w tygodniu (choć z realizacją tej obietnicy bywało różnie). Tak samo w Europie Zachodniej pod koniec lat 60. coraz więcej krajów, zgodnie z przyjętą przez Międzynarodową Organizację Pracy w 1962 r. uchwałą, skracało roboczy tydzień do pięciu dni.

Partia daje i wymaga

Chcąc nadążyć za tymi światowymi trendami, Biuro Polityczne PZPR zgodziło się na przeprowadzenie od stycznia 1968 r. weekendowego eksperymentu w Zjednoczeniu Przemysłu Farb i Lakierów. Trzem fabrykom zjednoczenia - we Wrocławiu, w Radomiu i Katowicach - pozwolono na próbę wprowadzić wolne soboty. Załodze postawiono jednak kilka twardych warunków. Wysokość produkcji miała nie spadać, liczba zatrudnionych osób pozostać niezmieniona, natomiast liczba nadgodzin maleć. Po kilku miesiącach eksperyment uznano za sukces. "Mimo skróconego tygodnia pracy zadania produkcyjne zostały wykonane na poziomie zakładów nieeksperymentujących. Wzrost zatrudnienia był w roku 1968 nieco większy, natomiast liczba godzin nadliczbowych spadła o 40 proc." - raportowano. Odnotowano znaczny wzrost wydajności i spadek liczby zwolnień chorobowych aż o 27,3 proc. Większe zadowolenie od władz wykazywała jedynie sama załoga. "Pracownicy jednomyślnie wypowiedzieli się za utrzymaniem eksperymentu i protestowali przeciw wysuwanym propozycjom skrócenia dnia pracy, a nie tygodnia" - odnotowano. Na koniec w podsumowaniu wyników wyeksponowano, iż: "Powiększenie wolnego czasu i zorganizowanie rekreacji wpłynęło na poprawę stanu zdrowotnego załogi, o czym świadczy obniżenie się absencji chorobowej".

W międzyczasie władzom PRL aktywiści z wielu fabryk pomogli w rozprawie ze zbuntowanymi studentami oraz z syjonistycznymi agentami. Podczas V Zjazdu PZPR w lipcu 1968 r. ogłoszono w nagrodę obietnicę skrócenia tygodnia pracy z 46 do 42 godzin. Acz w bliżej nieokreślonej przyszłości. Wcześniej postanowiono przeprowadzić kolejny eksperyment. Rozpoczęto go w maju 1970 r. na terenie budowy elektrowni w Kozienicach. Większość budowlańców, co skrupulatnie odnotowano, należało do klasy społecznej nazywanej chłoporobotnikami. Co oznaczało, że pod koniec tygodnia znikali, by pomóc rodzinie przy prowadzeniu gospodarstwa na wsi. "W roku 1969 wykonano zadania planowe tylko dzięki znacznemu ponadplanowemu zwiększeniu zatrudnienia" - opisywała kłopoty przy budowie kozienickiej elektrowni Helena Otto w opracowaniu pt. "Problemy skracania czasu pracy. Aspekt społeczny i ekonomiczny". Gdy potem eksperymentalnie wprowadzono wolne soboty, aż trzykrotnie zmniejszyła się liczba nieusprawiedliwionych nieobecności. Spadała również liczba zwolnień chorobowych. Ten sukces stał się inspiracją dla VI Zjazdu PZPR. Po jego rozpoczęciu na początku grudnia 1971 r. ogłoszono przystąpienie do przygotowywania długofalowego programu skracania czasu pracy. Choć w podjętej uchwale zaznaczano, iż "skrócenie czasu pracy powinno - obok spodziewanych korzyści społecznych - przyczynić się do poprawy organizacji pracy i lepszego wykorzystania maszyn i urządzeń. Powinno ono stanowić bodziec do podnoszenia wydajności pracy, aby zrekompensować w ten sposób zmniejszony wymiar pracy".

Obietnica ustanowienia wolnych sobót przyczyniła się do wzrostu sympatii społeczeństwa dla osoby nowego I sekretarza KC Edwarda Gierka. "Partia porozumiała się wewnętrznie jeszcze konkretniej, głębiej rozprzestrzeniła korzenie w czuciu narodu" - ogłosił z entuzjazmem na łamach "Życia Literackiego" wpływowy publicysta Władysław Machejek.

Przerażająco wolny czas

Sobotę 21 lipca 1973 r., wypadającą na dzień przed najważniejszym w PRL Narodowym Świętem Odrodzenia Polski, prezes Rady Ministrów Piotr Jaroszewicz ogłosił wolną od pracy. Tak władza ludowa zademonstrowała obywatelom, jak bardzo o nich dba. Jednak potem do końca roku wyznaczono tylko jeszcze jedną taką. W kolejnym 1974 r. było ich zaledwie sześć. Ta wstrzemięźliwość wynikała oficjalnie z tego, że zdaniem władz, naukowców oraz różnych autorytetów Polacy do wolnych sobót po prostu nie dorośli.

"Nie wystarczy ludziom dać dodatkowy czas wolny, trzeba jeszcze ich nauczyć, co z nim robić. Bowiem wolny czas wcale nie jest dobrem samym w sobie, a może stać się męczący, a nawet groźny dla ludzi nim obdarzonych" - ostrzegał w marcu 1973 r. na łamach "Trybuny Ludu" pisarz, a zarazem członek KC PZPR Jerzy Putrament. W dużej mierze zgadzał się z nim prof. Aleksander Kamiński. Autor sławnej książki "Kamienie na szaniec" przygotował na zlecenie władz studium pt. "Czas wolny w perspektywie pięciodniowego tygodnia pracy". Liczba zagrożeń, jakie w nim ujął, stawiała do pionu włosy na głowie czytelnika. Dwa dni wolnego mogły np. spowodować, że wszyscy posiadacze samochodów wsiądą do nich i zechcą wyjechać sobie za miasto na wycieczkę. Poza drogowymi tragediami oraz spustoszeniem, jakie spowodują, mogło nastąpić nawet "osłabienie życia społecznego - zebrań i imprez związkowych etc., osłabienie kształcenia się, dokształcania oraz angażowania się w sprawy publiczne" - wyliczał Kamiński. Najgorsze jednak były "zabawy na manowcach (chuligaństwo, pijatyki, rozwydrzone rozrywki erotyczne)" - ostrzegał naukowiec. Przytaczał też statystyki GUS, z których wynikało, że w sobotnie wieczory i w niedzielę gwałtownie rosło spożycie alkoholu. Każdego weekendu ok. 40 proc. dorosłych mieszkańców miast zajmowało się w Polsce przede wszystkim piciem alkoholu. Po czym w poniedziałki następował skokowy wzrost liczby wypadków w miejscach pracy.

Pozwolenie Polakom na upijanie się jeden dzień dłużej oznaczało, że liczba śmiertelnych ofiar jeszcze wzrośnie. Zaniepokojone władze zaczęły więc ostentacyjnie rozważać, czym w dni wolne zająć obywateli, tak aby nie mieli czasu na autodestrukcję. Najprostszym rozwiązaniem stał się powrót do starej, stalinowskiej tradycji czynów społecznych. Czyli organizowania darmowych robót publicznych, służących jakoby wspólnemu dobru. Chcąc dać dobry przykład zwykłym ludziom, brali udział w czynach wysocy oficjele. Układającego chodnik przy Wisłostradzie w maju 1974 r. wicepremiera Józefa Tejchmę naszła wówczas nawet dość trafna refleksja. "Nie jest wykluczone, że płyty, które ułożyłem, będą jednym z trwalszych śladów mego życia" - zapisał w dzienniku. "Jakiś artysta zauważył, że nie czuje przy noszeniu płyt żadnej frustracji. Ktoś inny wykopał tak głęboki dół, że nie mógł z niego się wydostać" - notował. Nie zawsze jednak udawało się tak dobrze bawić w wolnym dniu. "Wicepremier Mieczysław Jagielski dostał na czynie zawału" - odnotował rok później Tejchma. Pomimo licznych zagrożeń, jakie niósł ze sobą czas wolny, premier Jaroszewicz w 1975 r. ogłosił, że obywatele zasłużyli sobie aż na dwanaście dwudniowych weekendów w ciągu roku.

Sobota i Gomora

"Jednorazowe, gwałtowne wprowadzenie skróconego czasu pracy spowodowałoby duże perturbacje w zakresie zatrudnienia, inwestycji i dochodu narodowego, a więc ze względu na utrzymanie równowagi gospodarczej jest nie do przyjęcia" - podsumowywała na początku lat 70. swoje badania Helena Otto. I właśnie w tym leżała prawdziwa przyczyna wstrzemięźliwości władzy w skracaniu tygodnia pracy. Socjalistyczna, centralnie sterowana gospodarka źle znosiła jakiekolwiek zmiany. Wprowadzenie choćby najdrobniejszej wymagało szczegółowego planowania, przypominającego przygotowanie do operacji militarnej. Gierek bardzo lubił pozyskiwać różnymi prezentami sympatię obywateli, ale bardziej bał się tego, co mógł przynieść pięciodniowy tydzień pracy dla wskaźników ekonomicznych. Zwłaszcza że gospodarka PRL wpadała w coraz większe tarapaty z powodu konieczności spłat rosnących rat od zaciągniętych na Zachodzie kredytów. O czym jednak wolano w ogóle nie wspominać. Łatwiejsze wydawało się kładzenie nacisku na to, jak niebezpiecznym dniem dla pojedynczego człowieka, a także całej społeczności może się stać wolna sobota. W opracowaniu przygotowanym dla Centralnej Rady Związków Zawodowych pt. "Wolne soboty. Opinie - doświadczenia - propozycje" Stefan Lewandowski wyszczególnił trzy polskie modele spędzania dni wolnych. Pierwszy nazwał "sarmackim". Miał on polegać na przeżyciu całego dnia "przy suto zastawionym stole, najczęściej przed telewizorem z »relaksyną« w postaci pół litra czystej i obowiązkowym papierosem w zębach". W czym swój współudział miała państwowa telewizja, która jak zauważał Lewandowski, "opracowała na wolne soboty specjalny program »Studio 2«, trwający bite osiem godzin, czyli tyle, ile trwa normalny dzienny wymiar pracy". Jego obawy potwierdzała prof. Antonina Kłoskowska z Zakładu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. "Wolne soboty wskazują wyraźnie na wzrost spożycia alkoholu, o czym, niestety, łatwo się przekonać nawet na oko, i ten wzrost jest nawet wyższy niż w niedziele, których tryb był modulowany tradycyjnie" - ostrzegała.

Drugi typowy sposób na wykorzystanie dodatkowego dnia wolnego stanowiło nadrobienie zaległości w pracach domowych lub "wykonywanie prac zleconych oraz innych czynności, przynoszących dodatkowe wpływy finansowe". Ale fakt, że niektórzy Polacy zamiast się upić, woleli ciężko pracować, wcale nie zadowalał władz. Choćby dlatego, że jak obliczył GUS, w wolne soboty czas na prace dodatkowe wygospodarowywano kosztem snu, przez co statystyczny Polak w 1976 r. spał średnio o 17 minut krócej niż siedem lat wcześniej (notabene było to 9 godzin i 31 minut).

Trzeci model radzenia sobie z czasem bez pracy Lewandowski nazwał "najbardziej nowoczesnym". Ludzie go preferujący wybierali wyjazd za miasto, najlepiej autokarem zakładowym, pójście do kina lub teatru, wizytę w cyrku albo na stadionie. Ale nawet to miało swoje wady. Na łamach czasopisma "Aura" Wojciech Koziński ostrzegał we wrześniu 1977 r., że wprowadzenie wszystkich sobót wolnych zakończy się "cotygodniowym uderzeniem mas rekreantów w nieodporne środowisko przyrody, co staje się jedną z najdrastyczniejszych przyczyn jej zniszczenia". Pierwsze ulec zagładzie za sprawą wolnych sobót miały: Kasprowy Wierch i Ojcowski Park Narodowy. Zatroskani partyjni przywódcy, chcąc uchronić środowisko naturalne i przetestować możliwości zatrzymywania obywateli w mieście, zorganizowali w 1978 r. tzw. eksperyment słupski. Przy udziale kamer telewizji w każdą z dwunastu wolnych sobót starano się mieszkańcom Słupska zaserwować jak najwięcej atrakcji. Przeważnie odbywało się 25 różnych imprez sportowych i kulturalnych. Jak donosił "Sztandar Młodych", brało w nich udział od 2 do nawet 10 tys. ludzi. Jednak nawet to mogło nie pomóc. Wszystko z powodu powszechnego zanikania społecznych więzi oraz alienowania się jednostek od zbiorowości. "Ten niedostatek powoduje poczucie osamotnienia, zagłuszanego przez urządzenia audiowizualne" - rozpaczała prof. Antonina Kłoskowska. Pijani, niewyspani, a na dokładkę samotni mordercy środowiska naturalnego - oto, kim stawali się Polacy w wolne soboty.

Obywatel wie swoje

"Szczególnie głośno na »niesprawiedliwość«, polegającą na spędzeniu większości wolnych sobót w ławkach szkolnych narzeka młodzież" - pisał Stefan Lewandowski pod koniec lat 70. Tę frustrację podzielali też dorośli, którzy zamiast móc się cieszyć każdego tygodnia dwudniowym weekendem, musieli pracować w fabryce lub urzędzie. Na nic zadawały się ostrzeżenia, iż nadmiar czasu wolnego "może przerodzić się w swoje przeciwieństwo, stać się brutalnym wyczynem, łączyć się z różnymi nadużyciami, z alkoholizmem, narkomanią itp." - co tłoczyła do głów czytelnikom broszura "Wolne soboty. Opinie - doświadczenia - propozycje". Kiedy latem 1980 r. w całym kraju zbuntowali się robotnicy, jednym z ich głównych żądań stały się dwudniowe weekendy. Wówczas będące już standardem na Zachodzie. Wśród sławnych 21 postulatów przygotowanych przez Międzyzakładowy Komitet Strajkowy ostatni brzmiał krótko i treściwie. "Wprowadzić wszystkie soboty wolne od pracy. Pracownikom w ruchu ciągłym i systemie czterobrygadowym brak wolnych sobót zrekompensować zwiększonym wymiarem urlopu wypoczynkowego lub innymi płatnymi dniami wolnymi od pracy" - zapisano. Po negocjacjach, jakie MKS na czele z Lechem Wałęsą prowadził z delegacją rządową w Stoczni Gdańskiej, podpisano 31 sierpnia 1980 r. porozumienie. W odniesieniu do postulatu nr 21 mówiło ono, że do końca roku rząd opracuje program "wprowadzania wolnych płatnych sobót lub innego sposobu regulacji skróconego czasu pracy". Ale wkrótce komuniści zaczęli po cichu wycofywać się z tych ustaleń. Rząd premiera Józefa Pińkowskiego nawet nie przystąpił do przygotowywania planów wprowadzenia wolnych sobót. Społeczna cierpliwość skończyła się wraz z początkiem 1981 r. Pod presją swych członków NSZZ "Solidarność" ogłosił protest wyznaczony na sobotę 24 stycznia. Tego dnia związkowcy mieli zostać w domach. W kraju zapanował chaos, bo w zakładach pracy zjawiła się tylko część załóg, a co więcej, prawie nikt nie podpisywał list obecności, o jakimkolwiek wykonywaniu pracy już nie wspominając. Po trwającej tydzień próbie sił premier Pińkowski podjął negocjacje i udało mu się uzyskać daleko idący kompromis. Krajowa Komisja Porozumiewawcza NSZZ "S" zgodziła się na to, by jedna sobota w miesiącu pozostała robocza. Obiecała też, że członkowie związku odpracują protest, ponieważ w mediach pojawiło się pełno wyliczeń, ile oraz czego z powodu sobotniego warcholstwa nie wyprodukowano. Na od dawna pusty rynek nie trafiło z tego powodu m.in. 137 tys. sztuk obuwia, 550 tys. par pończoch, 313 ton cukierków, 700 fiatów 126p i aż 11 kombajnów. Całkiem zręczne zażegnanie kryzysu przez Pińkowskiego niespecjalnie spodobało się partyjnemu kierownictwu. Ugodowego premiera dwa tygodnie później zastąpił dużo twardszy polityk, gen. Wojciech Jaruzelski. Jednak i on nie ośmielił się już odwołać trzech wolnych sobót. Nawet po wprowadzeniu stanu wojennego. O dziwo, wbrew prognozom Polacy z powodu nadmiaru wolnego czasu jakoś się nie zdegenerowali. Za to metodą faktów dokonanych zaanektowali na własne potrzeby także czwartą sobotę. Problemowi temu poświęcono sporo czasu w »Dzienniku telewizyjnym« wyemitowanym 26 stycznia 1985 r. Reporterzy programu informacyjnego usiłowali w pracującą sobotę coś kupić lub załatwić, odbijając się od kolejnych zamkniętych drzwi. Żywego ducha nie zastano nawet w urzędach państwowych. Dla nikogo nie było tajemnicą, że obywatele olewają nakazy władzy i wolne fundują sobie w każdą sobotę.

Nie wystarczy ludziom dać dodatkowy czas wolny, trzeba jeszcze ich nauczyć, co z nim robić. Bowiem wolny czas wcale nie jest dobrem samym w sobie, a może stać się męczący, a nawet groźny dla ludzi nim obdarzonych

@RY1@i02/2014/212/i02.2014.212.000002100.802.jpg@RY2@

KRZYSZTOF PAWELA/FORUM

Andrzej Krajewski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.