Słusznie, słusznie, arcysłusznie
Jest taka kategoria książek. Można by je nazwać... słusznymi. Z jednej strony dobrze, że powstają. Bo przypominają o rzeczach skądinąd ważnych. Z drugiej jednak nie ma co ukrywać, że wieje z nich nudą. "Służebność" Johna G. Tafta to tytuł z tej właśnie półki.
Zazwyczaj książki "słuszne" wychodzą spod pióra autorów cieszących się opinią autorytetu. Oni Ameryki nie muszą odkrywać. Ich autorytet sprawia, że słuszny przekaz dociera do kogo trzeba. I dlatego książki słuszne cieszą się zwykle "słusznym" zainteresowaniem. Bo dobrze je postawić sobie w widocznym miejscu na półce. I odwołać się do nich w ważnym momencie jakiegoś słusznego wystąpienia. Ze "Służebnością" jest podobnie. Napisał ją John G. Taft, wpływowy amerykański finansista i dyrektor RBC Wealth Management. A więc siódmej co do wielkości firmy zarządzającej majątkiem zamożnych Amerykanów, która kontroluje aktywa w wysokości 235 mld dol. Taft to również posiadacz jednego z najbardziej cennych amerykańskich... nazwisk. I tak jego pradziadek William H. Taft to 27. prezydent Stanów Zjednoczonych, a później 10. prezes Sądu Najwyższego. Dziadek nazywał się Robert Taft i w latach 40. oraz 50. należał do najbardziej wpływowych kongresmenów, będąc kimś w rodzaju uosobienia Partii Republikańskiej (stąd przydomek "Pan Republikanin"). Prócz nich w służbie publicznej było jeszcze co najmniej tuzin Taftów. Od Kapitolu, poprzez dyplomację, wojsko i uniwersyteckie gronostaje, po najważniejsze gabinety Wall Street.
Mając za sobą taką historię, najnowsza latorośl rodu Taftów nie musi się silić w swojej książce na żadną intelektualną przewrotność. Zamiast tego może się po prostu oburzyć. Oczywiście oburzyć słusznie. Tym razem na Wall Street. Za to, że rekiny amerykańskiej finansjery zapomniały, iż powinny przede wszystkim służyć swoim klientom. A nie tylko myśleć o napychaniu sobie kieszeni. Powinni być ostrożniejsi, nie lewarować tak bardzo. I kalkulować systemowo. Tak wygląda główna myśl tej książki, która potem na kolejnych dwustu stronach powraca wciąż i wciąż. Tylko pod postacią innych przykładów i cytatów, faktów i anegdot. Niczego bardziej odkrywczego i inspirującego tutaj niestety nie znajdziemy.
Trzeba jednak oddać Taftowi (i jego wydawcom) sprawiedliwość. Nie wszystkie książki muszą przecież wnosić do dyskusji coś nowego. Czasem idzie przecież właśnie o to, by pewne ogólnie słuszne idee poprzeć jakąś dobrą marką. I dać świadectwo, że czarne jest czarne, a białe jest białe. Niektórzy twierdzą nawet, że to jest właśnie najbardziej fascynujące w Ameryce, która nie boi się moralizowania w sferze publicznej i dzięki temu tamtejsza kultura posiada niesamowitą zdolność do samonaprawy. W tym sensie "Służebność" Tafta można czytać również jako pewien charakterystyczny wykwit "amerykańskości". Dla Europejczyka wyglądający trochę egzotycznie. Ale dzięki temu ciekawie.
"Służebność" Tafta jest również kolejnym dowodem na to, jak Amerykanie próbują sobie poradzić z szokiem roku 2008 i ówczesnego krachu ekonomicznego. I trzeba przyznać, że Kurhaus Publishing jest tym polskim wydawnictwem, które ten proces stara się najbardziej na bieżąco śledzić, przenosząc na polski rynek kolejne książki z tego gatunku. Byli już "Gracze" Vicky Ward, "Zbyt wielcy, by upaść" Andrew Rossa Sorkina czy "Jak stworzyliśmy demona" Richarda Bookstabera. Na tym tle "Służebność" jest pozycją merytorycznie najsłabszą. Ma za to chyba najprostsze i najbardziej klarowne przesłanie. Ale tak to już bywa z książkami "słusznymi".
@RY1@i02/2014/094/i02.2014.094.000002800.802.jpg@RY2@
John G. Taft, "Służebność. Utracone dziedzictwo Wall Street", Kurhaus Publishing, Warszawa 2014
Rafał Woś
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu