Niewyleczone kompleksy Rumunii
Nie interesuje mnie opowiadanie bajeczek w stylu Kusturicy. Cygański folklor, który pokazuję w "Aferim", nie jest atrakcją samą w sobie, lecz stanowi nieodłączny element historycznej rekonstrukcji - mówi rumuński reżyser Radu Jude
Fabuła twojego najnowszego filmu, nagrodzonego na Berlinale "Aferim", została osadzona w realiach dziewiętnastowiecznej Rumunii. Dlaczego zdecydowałeś się cofnąć do aż tak odległych czasów?
Uważam, że przeszłość wywiera wpływ na teraźniejszość, nawet jeśli czyni to w sposób nieoczywisty i bardzo głęboko ukryty. Podobna zasada sprawdza się nie tylko w odniesieniu do narodów i wielkich zbiorowości, lecz także jednostkowych życiorysów. Dzięki temu odkryciu psychoanalitycy zarobili już mnóstwo pieniędzy.
Co konkretnie "Aferim" mówi nam o współczesności?
Tak jak w czasach, które opisuję, rumuńskie społeczeństwo pozostaje zatrute przez mizoginię i ksenofobię. Wielki problem wciąż stanowi pogardliwy stosunek moich rodaków do mniejszości cygańskiej. Nie ma wątpliwości, że stereotypy i uprzedzenia, które go prowokują, nie zostały zrodzone wczoraj, lecz są przekazywane z pokolenia na pokolenie.
Z czego właściwie bierze się nieprzemijająca niechęć części Rumunów do Cyganów?
Do pewnego stopnia to kwestia uniwersalnego i pojawiającego się w każdym społeczeństwie rasizmu. Pod internetowymi wywiadami, których udzielam na temat "Aferim", zawsze znajduje się mnóstwo komentarzy nawołujących do nienawiści na tle etnicznym. Ufam jednak, że to punkt widzenia garstki radykałów. Groźniejsze wydaje mi się podejście tych spośród moich rodaków, którzy nigdy nie nazwaliby się rasistami. Jednocześnie jednak na każdym kroku wyrażają oni frustrację tym, że pochodzący z Rumunii Cyganie żebrzą na ulicach europejskich miast i w ten sposób psują wizerunek naszego kraju. Jak widać, nasza postawa często stanowi zatem rezultat niewyleczonych kompleksów wobec Zachodu. Mam nadzieję, że sytuację choć w części uzdrowi teraz przynależność Rumunii do Unii Europejskiej.
Wierzysz, że "Aferim" ma szansę na wywołanie debaty o drażliwych wydarzeniach z przeszłości Rumunii?
Mój film stanowi wyraz przekonania, że powinniśmy jako naród postąpić jak Niemcy wobec Holokaustu i wziąć na siebie symboliczną winę za błędy przodków. Reakcje rumuńskich mediów na film udowodniły jednak, że wciąż jestem w swym poglądzie odosobniony. Jeszcze przed naszą berlińską premierą w krajowej prasie pojawiły się artykuły, w których krytykowano mnie za to, że przedstawiam na Zachodzie negatywny wizerunek swojej ojczyzny. Byłem jednak na to przygotowany. Zresztą każda dyskusja o przeszłości - nawet inspirowana tak prymitywnymi zarzutami - jest dobra i sprawia, że poruszane przeze mnie problemy mogą zaistnieć w masowej świadomości.
Czy w swoich kolejnych filmach zamierzasz poruszać równie kontrowersyjne tematy?
Tak, choć tym razem może już nie na płaszczyźnie politycznej, lecz bardziej egzystencjalnej. Marzy mi się ekranizacja - napisanej w okresie międzywojennym - autobiograficznej książki Maxa Blechera "Zabliźnione serca". W czasach, gdy próbuje się idealizować lub uświęcać cierpienie, ożywcze wydaje mi się przypomnienie historii, w której choroba stanowi pożywkę dla egocentryzmu bohatera i pozwala mu łatwo manipulować otoczeniem.
Już w "Aferim" udowadniasz, że lubisz grać ze stereotypami. Widoczny w filmie obraz cygańskiej kultury znacząco różni się od wizji, do których przyzwyczaiło nas światowe kino.
Nie znoszę filmów Kusturicy i nie interesuje mnie opowiadanie naiwnych bajeczek w jego stylu. Cygański folklor, który pokazuję w "Aferim", nie jest atrakcją samą w sobie, lecz stanowi nieodłączny element historycznej rekonstrukcji. Używany przez bohaterów język i kultywowane przez nich obyczaje mają pomóc widzowi w zrozumieniu specyfiki czasów, o których opowiadam.
Sporo dialogów w twoim filmie odbywa się w języku romskim. Co sprawiło, że zdecydowałeś się pozostawić je bez tłumaczenia?
Większość ludzi znajdujących się w otoczeniu bohaterów również ich nie rozumiała, a ja nie chciałem przyznawać widzowi taryfy ulgowej. Zamiast tego wolałem dać mu poczucie, że spogląda na opisywaną rzeczywistość oczyma typowego mieszkańca dziewiętnastowiecznej Rumunii.
A dlaczego zdecydowałeś się nakręcić swój film w czerni i bieli?
Opowiadanie o dalekiej przeszłości, nawet jeśli mamy za sobą wyczerpującą dokumentację, zawsze jest rodzajem subiektywnego wyobrażenia, niemożliwej do zweryfikowania fantazji. Estetyka czerni i bieli z całą mocą podkreśla umowność mojej wizji. Przy okazji pozwala także zamknąć usta purystom, którzy chcieliby wnikliwie prześwietlić każdą scenę pod kątem historycznej prawdy.
Wielu reżyserów - łącznie ze zdobywcą Złotego Niedźwiedzia Calinem Peterem Netzerem - zwraca uwagę, że pomimo festiwalowych sukcesów rumuńskim filmom wciąż trudno się przebić na krajowym rynku. Czy zgadzasz się z tak postawioną diagnozą?
Niestety tak. Jeśli rumuński film trafia do multipleksu, najczęściej utrzymuje się tam tylko przez tydzień. Nie winię za to samych dystrybutorów i kiniarzy. Rozumiem, że nie mogą dokładać do interesu i utrzymywać na ekranach filmów, które ogląda mniej osób niż komercyjne hity. Problemem jest brak systemowych rozwiązań zakładających na przykład dotacje dla osób wprowadzających do kin filmy artystyczne.
Ze względu na poruszaną tematykę, a także groteskowy, tragikomiczny klimat twój film bywa często zestawiany z "Django" Quentina Tarantino. Jak reagujesz na te porównania?
Nie mam nic przeciwko nim, ale jednocześnie nie mogę opędzić się od skojarzeń z pewną reklamą sprzed paru lat. Szwajcarska rodzina odwiedza rumuńskich krewnych i na powitanie wręcza im tabliczkę czekolady. Rumuni dziwnie się patrzą i mówią: "Czekolada? A po co nam czekolada? Mamy przecież bardzo dobrą u siebie". Trochę podobnie jest z "Aferim" i "Django".
Czy to oznacza, że podczas pracy nad "Aferim" nie inspirowałeś się westernami?
Obejrzałem ich bardzo wiele, ale zawsze pamiętałem, by przefiltrować swoje wrażenia przez specyfikę rumuńskich realiów. Istotny wpływ na moje myślenie o "Aferim" wywarli "Poszukiwacze" Johna Forda i "Rzeka Czerwona" Howarda Hawksa. To akurat dość oczywiste inspiracje, ale czasem czerpię z dorobku innych twórców w sposób intuicyjny i mocno zakamuflowany. Po obejrzeniu żadnego z moich filmów nie odgadłbyś zapewne, że za jednego ze swych największych mistrzów uważam Hou Hsiao-hsiena.
Zanim zadebiutowałeś w 2009 roku filmem "Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie", zdobywałeś doświadczenie jako asystent wielu starszych reżyserów, między innymi słynnego Costy-Gavrasa. Co konkretnie zawdzięczasz temu twórcy?
Trafiłem na niego, gdy kręcił w Rumunii film "Amen", a ja byłem bardzo młody i skupiony na praktycznym aspekcie reżyserii. Chciałem podpatrzeć jak najwięcej sztuczek technicznych i metod pracy na planie. Dopiero niedawno zrozumiałem, że lekcja udzielona mi przez Costę-Gavrasa była o wiele ważniejsza. Twórca "Amen" pracował na planie bardzo ciężko i wymagał tego samego od całej ekipy, ale przez cały czas pozostawał jednocześnie najbardziej uprzejmym człowiekiem, jakiego spotkałem w życiu. Właściwy jemu poziom elegancji i empatii powinien charakteryzować każdego reżysera. Mam nadzieję, że kiedyś uda się osiągnąć go także mnie.
@RY1@i02/2015/231/i02.2015.231.19600020a.803.jpg@RY2@
Aurora Films
Rozmawiał Piotr Czerkawski
@RY1@i02/2015/231/i02.2015.231.19600020a.804.jpg@RY2@
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu