Polityka honoru
Wzajemne obrażanie się i pomawianie przez ludzi życia publicznego stało się powszechne. I nikt już tego nie bierze na poważnie. Przed wojną po takich samych wystąpieniach trup słałby się gęsto. I jak tu nie tęsknić za tamtymi czasami
Przed nami ostatnie tygodnie kampanii wyborczej. Co oznacza, że czekają nas teraz najciekawsze polityczne awantury i insynuacje. Niestety politycy nadali sobie w 2011 r. przywilej w postaci wydawania przez sądy wyroków w trybie wyborczym. W ciągu 24 godzin muszą orzec, czy czyjeś dobra osobiste zostały jednak naruszone, i nakazać przeprosiny, zabronić rozpowszechniania fałszywej informacji lub nałożyć na oszczercę grzywnę.
To zdecydowanie obniża atrakcyjność wyborczych igrzysk. Scedowanie na aparat państwa obowiązku obrony honoru osoby publicznej sprawiło, iż owo pojęcie dziś już bardzo niewiele znaczy. Ale pustemu słowu można byłoby przywrócić wagę, gdyby ludzie biorący udział w życiu politycznym kraju mogli się znów pojedynkować.
Satysfakcja generała
"Pan jesteś kurwą, co podstawia dupę to jednemu, to drugiemu" - zagaił rozmowę z ministrem spraw wojskowych Józef Piłsudski. Marszałek 28 czerwca 1923 r. miał sporo powodów do niezadowolenia. Utworzony przez endeków i ludowców rząd Wincentego Witosa za wszelką cenę starał się go usunąć ze sceny politycznej. Co nie było takie proste, bo Piłsudski stał na czele Ścisłej Rady Wojennej, dzięki czemu zachowywał kontrolę nad siłami zbrojnymi.
Jednak dawny podwładny Komendanta gen. Stanisław Szeptycki, gdy został mianowany ministrem spraw wojskowych, przygotował zręczne nowelizacje prawa. Ograniczały one władzę Ścisłej Rady Wojennej na rzecz ministerstwa. Czym, zdaniem Marszałka, zasłużył sobie na porównanie do kobiety lekkich obyczajów. Szeptycki natychmiast opuścił posiedzenie rady, a u Piłsudskiego stawili się jego sekundanci. Publicznie poniżony generał żądał pojedynku.
Wedle uznawanego wówczas przez elity "Polskiego kodeksu honorowego", nazwanego też od nazwiska autora kodeksem Boziewicza, miał ku temu prawo. Pojedynkować się mogły - jak podkreślał kodeks - jedynie osoby zdolne do dawania satysfakcji honorowej. A ściślej rzecz ujmując: "osobami honorowymi lub z angielska: gentelmanami nazywamy (z wykluczeniem osób duchownych) te osoby płci męskiej, które z powodu wykształcenia, inteligencji osobistej, stanowiska społecznego lub urodzenia wznoszą się ponad zwyczajny poziom uczciwego człowieka" - twierdził Boziewicz. Zarówno Piłsudski, jak i Szeptycki spełniali owe kryteria. Jednak ku rozczarowaniu wszystkich Marszałek po prostu kazał sekundantom się wynosić. A tydzień później przekazał prezydentowi Wojciechowskiemu swoją dymisję ze stanowiska przewodniczącego rady i przeniósł się na stałe do Sulejówka. Nikt o brak honoru nie śmiał go oskarżyć.
Z kolei Szeptycki przez następne lata miał do czynienia z podkomendnymi Marszałka. Pierwszy generała wyzwał na pojedynek były adiutant Piłsudskiego. Jak informowała czytelników "Polska Zbrojna" w marcu 1924 r.: "w niedzielę z rana odbył się pojedynek pomiędzy byłym ministrem wojny gen. Szeptyckim a posłem na Sejm podpułkownikiem Miedzińskim". Przy czym obyło się bez dramatycznych scen. "Przy zachowaniu wszelkich przepisów nastąpiła wymiana strzałów. Pistolet gen. Szeptyckiego nie wypalił z powodu wadliwości pistonu. Honorowi stało się zadość. Przeciwnicy podali sobie ręce" - informowała gazeta.
Zdecydowanie ciekawiej wyglądał w listopadzie 1924 r. pojedynek generała z redaktorem "Głosu Prawdy" Wojciechem Spiczyńskim. Sympatyzujący z piłsudczykami dziennikarz w jednym z artykułów nazwał Szeptyckiego tchórzem i defetystą. Generał wysłał sekundantów i jako ofiara pomówienia skorzystał z prawa wyboru broni, wskazując na ciężkie szable. Dawały one dużo większe możliwości okaleczenia przeciwnika od pistoletów pojedynkowych. Spiczyński, choć był cywilem, to jednak podjął wyzwanie. Ponoć bił się dzielnie, ale w końcu padł, gdy generał obciął mu ucho. O czym doniosła Polakom następnego dnia Polska Agencja Prasowa. Co podchwyciła cała prasa, przypominając, że rozstrzyganie spraw honorowych na drodze bijatyki w II RP było formalnie zabronione.
Wprawdzie mało kto przestrzegał tego przepisu i jak wylicza prof. Franciszek Kusiak w książce "Życie codzienne oficerów Drugiej Rzeczypospolitej", rocznie odbywało się ok. 400 pojedynków. Jednak tym razem uczyniono wyjątek i sprawa "obciętego ucha" redaktora Spiczyńskiego trafiła do sądu. Ze względów proceduralnych wlokła się aż dwa lata. Wreszcie gen. Szeptyckiego skazano na siedem dni aresztu domowego, zaś dziennikarz, choć stracił części ciała, musiał odsiedzieć w więzieniu dwa tygodnie.
Jednak w dalszej perspektywie bicie się z osobistym wrogiem Piłsudskiego okazało się całkiem opłacalne. Kilka lat później Bogusław Miedziński został ministrem poczty i telegrafów, a Spiczyński prezesem Związku Strzeleckiego, a następnie posłem. Natomiast gen. Szeptycki w 1926 r., zaraz po zamachu majowym, został przeniesiony przez Marszałka w stan spoczynku. I mógł tylko żałować, że celniej nie strzelał lub dokładniej nie siekł szablą.
Duma poety
"Pojedynek był to darmowy spektakl i temat wielu rozmów towarzyskich" - opisuje prof. Franciszek Kusiak. Cytuje też gen. Władysława Wejtkę, który na początku lat 20. stwierdził, iż poczucie honoru u Polaków "budzi się dopiero po trzeciej flaszce wódki przy akompaniamencie obelg, bijatyki i strzelania". Co nie do końca można uznać za sprawiedliwą ocenę, przynajmniej jeśli idzie o najsławniejsze pojedynki.
W ich przypadku prawie zawsze przyczynę stanowiły imponderabilia, acz niekoniecznie polityczne. Prawidłowość ta nie dotyczyła jedynie zawodowych polityków. "Wychowywany byłem w duchu patriotycznym" - podkreśla w "Alfabecie wspomnień" Antoni Słonimski. Jego ojciec był działaczem PPS, dobrym znajomym Piłsudskiego, a także wziętym lekarzem. Syn wybrał poezję i pisanie tekstów kabaretowych, co wcale nie oznaczało niskiego poczucia własnej godności. Przeciwnie - Słonimski swój honor cenił wysoko, a na dodatek był wyjątkowo złośliwym publicystą, celnie trafiającym przeciwników w najczulsze miejsca. Gdy w połowie marca 1924 r. obejrzał wystawę obrazów Henryka Berlewiego "Mechano-faktura", nie okazał litości - bo sztuki awangardowej nie znosił. "Warszawa nie jest prowincją i stać nas na telefony i mechano-fakturę. Bolesna jednak ironia polega na tem, że apostołowie tej faktury przynoszą nam towar zleżały, stary, który w Europie już mało kogo zajmuje. Oni to właśnie robią z Warszawy prowincję!" - ogłosił na łamach "Wiadomości Literackich".
Tę opinię najbardziej wziął do siebie promotor Henryka Berlewiego, ideowy przywódca warszawskich kubistów Mieczysław Szczuka. Po przeczytaniu felietonu wpadł do kawiarni Ziemiańskiej, wypatrzył autora siedzącego przy ulubionym stoliku, urządził karczemną awanturę, a na koniec spoliczkował. Słonimski w odpowiedzi zażądał satysfakcji. Szybko tego żałując. "Będąc przeciwnikiem pojedynków, nie czując już do Szczuki żadnej wrogości za głupią bijatykę w Ziemiańskiej, uległem w sposób brzydki naciskowi opinii. Nie wypadało się nie bić" - zanotował we wspomnieniach. "Moim sekundantem był Wieniawa (płk Bolesław Wieniawa-Długoszowski - aut.), Szczuki major Dobrodzicki. Obaj ci legioniści tak się nie lubili, że zacietrzewieni przy ustalaniu warunków, doprowadzili nas do trzykrotnej wymiany strzałów na dystansie 15 kroków. Niemal ostentacyjnie strzeliłem przeciwnikowi pod nogi, ale pistolety podrywały i trafiłem go w udo. Skończyło się to błazeństwo lekką raną i ciężkim pijaństwem" - opisywał przebieg wypadków poeta.
Jego pojedynkiem żyła cała stolica. "Chwała Bogu! Tolek (Słonimski - aut.) zdrów i cały. Szczuka lekko ranny w nogę. Rzadko się zdarza, aby w takiej historii tak sprawiedliwości stało się zadość. Swoją drogą, teraz dopiero o tym myślę, jak również strasznym byłoby, gdyby Tolek był przeciwnika zastrzelił" - zanotowała w dzienniku Anna Iwaszkiewiczówna.
Godnością w socjalistów
Po zamachu majowym najbardziej rozczarowani poczynaniami Piłsudskiego byli jego dawni towarzysze z PPS. Oni też najaktywniej uprzykrzali życie sanacyjnej ekipie, tropiąc wszelkie nadużycia, co otoczenie Marszałka znosiło z rosnącą irytacją. Kiedy więc poseł socjalistów Zygmunt Marek w listopadzie 1928 r. powiedział z sejmowej mównicy, iż opublikowany w "Głosie Prawdy" wywiad z Piłsudskim jest "ostatnim łabędzim śpiewem obecnego rządu" - zawrzało.
Poseł Marek wyrażał się dość łagodnie w porównaniu z Komendantem, który na pytanie dziennikarza o parlamentarzystów opozycji nazwał ich "publicznymi szmatami". Mimo to prezes mającego większość w parlamencie Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem Walery Sławek wypowiedź przedstawiciela PPS uznał za "bezczelne łajdactwo". W kolejnym etapie pyskówki Związek Parlamentarny Polskich Socjalistów wydał oświadczenie o solidaryzowaniu się z osobą Zygmunta Marka. Na to Walery już nie odpisał, lecz wysłał sekundantów do przewodniczącego Związku Mieczysława Niedziałkowskiego. Ten jednak oświadczył, iż jako socjalista pojedynków nie uznaje. W zamian zaproponował zwołanie Sądu Obywatelskiego, który bezstronnie oceniłby spór. Wówczas sekundanci, płk Wieniawa-Długoszowski i płk Bronisław Pieracki, sięgnęli do kodeksu Boziewicza i zgodnie z jego wytycznymi spisali protokół jednostronny ze sprawy honorowej. Podkreślając w nim, iż odmawiając dania satysfakcji, Niedziałkowski pozbawił się praw do bycia uznawanym za człowieka honoru.
"Sławek z pewnością zdawał sobie sprawę z tego, że Niedziałkowski odmówi wzięcia udziału w pojedynku - było to więc świadome posunięcie, obliczone na konkretny cel polityczny - zdyskredytowanie przeciwnika politycznego w oczach społeczeństwa" - twierdzi Izabela Cisek, opisując zajście w eseju "O honor piłsudczyka, czyli sprawy honorowe członków BBWR". Tezę tę potwierdza to, iż protokół jednostronny szybko opublikowano na łamach "Głosu Prawdy". Podczas jego czytania - jak doniosły gazety - Zygmunt Marek "doznał ataku apoplektycznego" i po wylewie musiał wycofać się z życia publicznego.
Ten sukces zachęcił działaczy BBWR do zatruwania życia kolejnym socjalistom. Ich ulubioną ofiarą stał się adwokat i były legionista, a jednocześnie bardzo aktywny poseł PPS Herman Lieberman. Za jego sprawą wyszły na jaw nadużycia ministra skarbu Gabriela Czechowicza, który przekazywał pieniądze podatników na sfinansowanie kampanii wyborczej BBWR. Lieberman pilnie śledził również poczynania sejmowej komisji przygotowującej projekt nowej konstytucji (kwietniowej). Zwłaszcza bardzo aktywnego w niej posła, a przed rozpoczęciem politycznej kariery sędziego, Bohdana Podolskiego. W połowie stycznia 1930 r. podczas sejmowej debaty określił go mianem nieuczciwego prawnika, który "frazesem patriotycznym pokrywa krętactwo oficjalnych czynników".
Dzień później sędzia Podolski wyzwał Liebermana na pojedynek. Ten wprawdzie wybrał sobie nawet sekundantów, w osobach Kazimierza Pużaka i Mieczysława Niedziałkowskiego, lecz ci uznali, iż nie ma podstaw do przyjęcia wyzwania. Podolski bowiem nie został obrażony, lecz poddany krytyce politycznej. Oczywiście działacze BBWR mieli odmienne zdanie w kwestii interpretacji kodeksu Boziewicza, co rozpętało ogólnopolską dyskusję na łamach prasy. Na jej fali sekundanci Podolskiego opublikowali 6 lutego 1930 r. w "Gazecie Polskiej" protokół jednostronny, uznając w nim Liebermana za człowieka pozbawionego honoru. W odpowiedzi organ prasowy PPS "Robotnik" ogłosił, iż jest "rzeczą niedopuszczalną, by starcia pomiędzy posłami wynikłe z dyskusji w Sejmie lub komisjach sejmowych na tle krytyki politycznej albo rzeczowo-technicznej działalności Ministerium, Rządu, obozu politycznego itd., mogły być załatwiane na drodze postępowania honorowego".
Być może taka wykładnia przekonała także zwolenników Sanacji, bo już dwa miesiące później bohater afery znów musiał zatroszczyć się o swoją godność. Tym razem Herman Lieberman w artykule opublikowanym przez "Robotnika" zaatakował ministra sprawiedliwości Stanisława Cara. Zarzucając mu obłudę i rozpowszechnianie nieprawdziwych informacji. Minister odpowiedział listem pełnym inwektyw, lecz poseł nie wysłał do niego swoich sekundantów. Na łamach "Gazety Polskiej" 24 kwietnia 1930 r. ukazał się więc protokół jednostronny określający działacza PPS mianem człowieka pozbawionego honoru (drugi raz w ciągu kwartału). "I choć brzmi to dość kuriozalnie, zgodnie z kodeksem Boziewicza mieli rację, bowiem brak reakcji na zniewagę był równoznaczny z utratą zdolności honorowej" - pisze Izabela Cisek.
Skoro socjaliści nie chcieli się pojedynkować, w końcu sanacja poradziła sobie z nimi inaczej. We wrześniu 1930 r. przywódców opozycji marzących o odebraniu władzy Piłsudskiemu zamknięto w twierdzy brzeskiej. Jej komendant płk Wacław Kostek-Biernacki w pierwszym raporcie posłanym Marszałkowi donosił: "Lieberman ma mocno obity zadek, sprawa świeża, lecz sprzed więzienia". Jak się okazało, zaraz po zatrzymaniu oficerowie postanowili nauczyć moresu socjalistę uparcie odmawiającego pojedynkowania się. "Zdarli ze mnie ubranie, rzucili twarzą na ziemię, okręcili mi głowę płaszczem, starali się kark mi skręcić, następnie rzucili się na mnie z kolanami i butami, bijąc mnie wprost w niesłychany sposób. Słyszałem, jak komisarz kazał poszukiwać nerek i bić po nich, jak przy uderzeniach krzyczano: »To za Piłsudskiego! To za Czechowicza!«" - opowiadał potem Lieberman siedzącemu z nim w celi Wincentemu Witosowi. Być może żałując, że jak przeciwnicy polityczni chcieli się z nim strzelać, to uparcie odmawiał.
Wzór cnót
"Oficerowie żartowali, że z Boziewiczem w ręku mogliby wystrzelać pół świata" - opisuje prof. Kusiak. Wedle powszechnego mniemania najbliżej ideału człowieka honoru, i to zarazem w świecie żołnierzy, jak i polityków, był ulubiony adiutant Marszałka - płk Bolesław Wieniawa-Długoszowski. Jak mówiono, żadnej zniewagi nie puszczał płazem. Zwłaszcza że świetnie potrafił strzelać oraz władać szablą. Stał się też zawodowym sekundantem, którego o tę przysługę prosili generałowie i wpływowi politycy.
W stolicy wszyscy wiedzieli, że Wieniawa regularnie organizuje pojedynki w ujeżdżalni 1 Pułku Szwoleżerów (okrzyknięto ją "ujeżdżalnią śmierci"). Po prawdzie pułkownik dokładał starań, by żadnemu z "ludzi honoru" nie stała się większa krzywda - np. przy walkach na szable pozwalał, by toczono je jedynie do pierwszej krwi. A jak twierdził por. Zygmunt Sokołowski, przed strzelaniem dawał pojedynkującym się tak spreparowane pistolety, by absolutnie nie mogli z nich w cokolwiek trafić.
Mimo to gdy wyzwał na szable redaktora "Gazety Warszawskiej i Porannej" Wacława Drozdowskiego, zrobiła się afera. Pułkownik poczuł się urażony jednym z artykułów opublikowanych przez endecki dziennik. Zaś redaktor nie przeprosił, a co więcej, przyjął wyzwanie na szable kawaleryjskie. Panowie bili się na nie 24 kwietnia 1926 r. w sławnej ujeżdżalni. Dziennikarz otrzymał dwa cięcia w ramię, a pułkownik jedno. Potem się pogodzili, lecz sprawa zrobiła się na tyle głośna, że zajął się nią Wojskowy Sąd Okręgowy, wlepiając Wieniawie pięć dni aresztu. Wybryków adiutanta miał też dość Piłsudski. Dlatego po wymierzeniu kary awansował go na komendanta garnizonu warszawskiego, nakazując zadbać o dyscyplinę oraz wyplenić plagę pojedynków.
Co ciekawe, pułkownik gorliwie starał się rozkaz wykonać. W sukurs zaczął mu przychodzić aparat państwa, bo coraz więcej osób miało dość groźby bycia wyzwanym na ubitą ziemię. Przełom przyniósł w 1929 r. pojedynek na szable byłego ministra Bogusława Miedzińskiego z endeckim posłem Zbigniewem Stypułkowskim. Ten ostatni twierdził, iż broni dobrego imienia młodzieży narodowej, obrażanej z sejmowej mównicy przez skorumpowanego polityka. Notabene Miedziński stracił fotel ministra, gdy wyszły na jaw malwersacje przy budowie gmachu Poczty Głównej w Gdyni - ok. 3 mln zł z państwowych funduszy zagarnął jego kolega. W trakcie pojedynku to Stypułkowski padł, po cięciu szablą przez policzek, jednak czuł się moralnym zwycięzcą.
Debata, jaka się po tym rozpętała, przyniosła postulat, by notorycznych pojedynkowiczów przykładnie karać. Jako że w tym czasie przywódcy opozycji wylądowali w twierdzy brzeskiej, również sanacyjnym politykom kodeks Boziewicza zaczął doskwierać. Wraz z przyjęciem w 1932 r. obejmującego całość terytorium II RP kodeksu karnego (wcześniej obowiązywały kodeksy zaborców) surowo zakazano pojedynkowania się. Wprowadzając sankcję pieciu lat więzienia dla uczestników, jeśli ktoś zginął.
Ale ten akt delegalizacji starej tradycji okazał się mocno nieskuteczny. Ignorowali go nawet co bardziej krewcy politycy. Po tym, jak były minister skarbu Ignacy Matuszewski na łamach "Gazety Polskiej" oskarżył Aleksandra Lednickiego o działanie na szkodę bankrutującego Towarzystwa Akcyjnego Zakładów Żyrardowskich, pomówiony popełnił samobójstwo. Wówczas satysfakcji zażądał jego syn Wacław, będący wykładowcą literatury na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pojedynek odbył się w sławetnej "ujeżdżalni śmierci" w sierpniu 1934 r. Funkcję jednego z sekundantów pełnił współautor kodeksu karnego Stanisław Car. Minister i profesor UJ strzelali do siebie z odległości 20 kroków. Matuszewski chybił, po czym strzelił Lednicki i wyzwany padł na ziemię. Ale, jak się okazało, miał niesamowite szczęście, bo kula trafiła w miedziany guzik rozporka. "Wobec tego został tylko kontuzjowany w miejsce dotkliwe, upadł, nie opanowawszy bólu" - zapisali sekundanci w protokole.
Na takim tle awansowany przez Piłsudskiego na generała Wieniawa-Długoszowski mógł uchodzić za wyjątkowo rozsądnego człowieka. Gdy w 1934 r. spóźnił się na pogrzeb króla Jugosławii Aleksandra, co zapachniało skandalem dyplomatycznym, bo reprezentował majestat II RP, do raportu u Marszałka stawił się w smokingu. Widząc ulubieńca po raz pierwszy nie w mundurze, zaskoczony Piłsudski zamiast zrugać Wieniawę, zapytał o ubiór. Ten odpowiedział, iż za spóźnienie na pogrzeb króla powinien dostać po pysku, więc wdział na tę okoliczność cywilny strój. "Polski generał nie może dostać po mordzie w mundurze! Bo jeśli dostanie, to musi żądać satysfakcji" - podsumował. A on pojedynkować się z ukochanym Komendantem nie chciał. Rozbawiony Piłsudski kazał mu się po prostu wynosić. Zresztą pojedynki zwykle zostawiał podwładnym.
Pan jesteś kurwą, co podstawia dupę to jednemu, to drugiemu - powiedział do ministra spraw wojskowych Józef Piłsudski. Publicznie poniżony gen. Stanisław Szeptycki żądał od niego satysfakcji. Marszałek jednak pogonił jego sekundantów, ale Szeptyckiego na pojedynki wyzywali adiutanci Piłsudskiego
@RY1@i02/2015/192/i02.2015.192.000002200.802.jpg@RY2@
East News
Marszałek Józef Piłsudski i jego ulubiony adiutant gen. Bolesław Wieniawa-Długoszowski
Andrzej Krajewski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu