Precz z wyzyskiwaczami, niech żyje wolny rynek
Ale z tym zastrzeżeniem, że muszą istnieć pewne regulacje, bo inaczej interes jednostkowy nie pokrywa się ze społecznym
Z Maciejem Bitnerem rozmawia Rafał Woś
Co nowego na pana półce z książkami?
Zwyciężył pragmatyzm i zdecydowałem, że odchodzę od papieru i przerzucam się na e-booki. Teraz czytam ostatnie tradycyjne książki.
I jakie są ostatnie papierowe tomy na półce Macieja Bitnera?
Jedna z nich to nowa książka Luigiego Zingalesa "A Capitalism for the People" (Kapitalizm dla ludzi).
Najpierw musimy przedstawić autora szerszej publiczności.
Zingales to jeden z najbardziej znanych amerykańskich ekonomistów średniego pokolenia. Specjalista od rynków finansowych i finansów przedsiębiorstw.
Amerykański czy może jednak włoski?
Faktycznie, studia skończył jeszcze we Włoszech. Ale już na doktorat wyjechał do USA. Potem próbował powrotu do Włoch, ale zdaje się, że tamtejszy światek ekonomiczny nie przyjął go zbyt łaskawie. Wrócił więc za ocean i pracuje na słynnym uniwersytecie w Chicago. Zingales zaczyna tę książkę od słów innego słynnego "imigranta" pracującego w Chicago, czyli Friedricha Augusta von Hayeka, który powiedział, że "zaletą pracy na obczyźnie jest to, że niektóre rzeczy przeżywa się dwa razy".
Co to znaczy?
Zingales bardzo często pisze, że Ameryka staje dziś wobec problemów bardzo podobnych do tych, które doskonale zna każdy Włoch. Chodzi mu zwłaszcza o zagrożenie nepotyzmem i kolesiostwem, które dotyka tamtejszej gospodarki. Głównie pod postacią przenikania się sektorów prywatnego i rządowego.
A więc kolejny autor twierdzący, że "Ameryka też się sypie". Ale czy Zingales mówi, jak powstrzymać ten rozpad?
Próbuje. I robi to w bardzo interesujący sposób. Bo z jednej strony ta książka stoi mocno na gruncie wolnorynkowym. Niektórym recenzentom skojarzyła się nawet z "Wolnym wyborem" Miltona Friedmana.
Czyli co? Regulacje spowodowały kryzys? A gdybyśmy mieli prawdziwy wolny rynek, to kryzysu by nie było?
Zingales sam określa siebie jako ekonomistę prorynkowego, ale jednocześnie absolutnie nie probiznesowego. To jest dosyć specyficzne stanowisko nawiązujące do amerykańskiej tradycji populistycznej z początku XX wieku. Tamten amerykański populizm nie rodził się z oporu wobec rynku, lecz przeciwko wielkiemu biznesowi i jego wpływom politycznym. Wtedy głównym wrogiem populistów byli tzw. robber barons.
Czyli po polsku wyzyskiwacze.
No właśnie. Wielki kapitał. Wtedy przemysłowy. A dziś lokujący się zdaniem Zingalesa głównie w sektorze finansowym. Według populistów odpowiedzią na potęgę wyzyskiwaczy miało być właśnie więcej... wolnego rynku. I mniej państwa. Bo państwem kręcili właśnie robber barons. I tworzyli takie regulacje, które były im na rękę. Ale amerykańscy populiści doskonale wiedzieli, że brak jakichkolwiek regulacji jest równie zły.
Więc co pozostaje?
Zingalesa interesują w tej książce dobre regulacje. Dobre to znaczy takie, które nie zostawiają zbyt dużego pola do nadużyć, czyli przede wszystkim proste i zrozumiałe dla opinii publicznej. Ale jakieś regulacje muszą istnieć, inaczej interes jednostkowy nie pokrywa się z interesem społecznym - nie działa niewidzialna ręka rynku.
Jakiś przykład?
Postulat, żeby rząd z założenia niczego nie subsydiował, a politykę gospodarczą realizował wyłącznie poprzez nakładanie podatków korygujących, karzących za produkcję lub konsumpcję rzeczy niepożądanych, czyli tak zwanych podatków Pigou (od nazwiska brytyjskiego ekonomisty Arthura Pigou - red.).
Czym to się różni?
Z pozoru niczym - i tak, i tak mamy więcej pożądanej rzeczy (np. energii odnawialnej), a mniej niepożądanej (np. zanieczyszczeń). Tyle że gdy wprowadzamy subsydia, zawsze jest dużo chętnych gotowych do intensywnego lobbingu. Tymczasem milcząca większość podatników nie jest w stanie odpowiednio się zorganizować. Inaczej dzieje się, gdy pada propozycja wprowadzenia podatku korygującego. Wtedy mamy automatycznie dwie strony lobbingu - zwolenników rozwiązania oraz stronę poszkodowaną, które mogą na równych prawach rozmawiać z kongresmenami. Tej równowagi bardzo dziś Ameryce - zdaniem Zingalesa - brakuje. Obserwując, jak powstaje prawo w Polsce, dodam, że nie tylko tam.
@RY1@i02/2015/015/i02.2015.015.00000280a.802.jpg@RY2@
MATERIAŁY PRASOWE
Maciej Bitner główny ekonomista Warszawskiego Instytutu Studiów Ekonomicznych
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu