Literackie nowości
Jeżeli jeden z najlepszych francuskich pisarzy Philippe Besson pochyla się nad postacią Jamesa Deana, to na pewno nie czyni tego wyłącznie z powodów komercyjnych. Dean jest dla niego metką, logotypem, ale metką z bijącym sercem. Ciekawy był zamysł literacki tej biograficznej opowieści. Besson przywraca głos umarłym, podobnie jak samemu Deanowi, prosi ich o komentarz do kolejnych sekwencji życia i kariery aktora. Wypowiadają się zatem matka Jamesa, która osierociła go, gdy chłopiec miał dziesięć lat, ojciec, wujkowie, nauczyciele, kochankowie, przelotne miłości, aktorzy, z którymi pracował. Biseksualny krótkowidz, gejzer energii, ale także melancholik wpadający w częste stany depresyjne. Trochę pieszczoch, trochę pozer: brutalny, potulny, fascynujący. "Wyglądał jak anioł, który z nas szydzi" - pisze Besson. Nie dożył 25. urodzin, zagrał zaledwie w trzech filmach. Miał charyzmę i brawurę porównywalną jedynie z młodym Brando, którym był zresztą zafascynowany. Dean z książki Bessona to synonim apetytu na życie, łaknienia czegoś, a najlepiej wszystkiego. I jeszcze opowieść o miłości, a raczej o pożądaniu - do mężczyzn, do kobiet, a na pierwszym miejscu do samego siebie, czyli matki w sobie (matki utraconej przedwcześnie, matki tęsknoty za mitem). Życie z takim uszczerbkiem sprawiało, że każdy kolejny sukces równał się w jego przypadku wybrakowaniu, każde szaleństwo to było wyrywanie cążkami bebechów. Euforia bolała, podobnie jak erotyczne spazmy. Dlatego Dean musiał to wszystko zajeździć, roztrwonić, zniszczyć. Besson pisze: "Jego przeznaczeniem było zostać gwiazdą i przemknąć przez życie jak kometa".
@RY1@i02/2016/195/i02.2016.195.19600050c.801.jpg@RY2@
Łukasz Maciejewski
Najłatwiej byłoby nawiązać do tytułu recenzowanej książki i napisać, że Jakub Małecki kroczy wydeptanymi przez siebie ścieżkami. Jego nowa powieść to duchowy kuzyn znakomitego "Dygotu", mocny dowód na dojrzałość literackiej tożsamości, której autor poszukiwał latami, sprawdzając się w fantastyce. Małecki swoich korzeni nie porzucił, ale z biegiem czasu dostrzegł, że codzienność - tak często z pozoru nużąca - może również zahaczać o nadnaturalność. Owo zazębienie niewytłumaczalnego z powszedniością decydujące o wyjątkowości "Dygotu" jest obecne także w "Śladach". Małecki posiadł rzadki talent do przekonania czytelnika, że na kartach książki dzieje się coś niesamowitego za sprawą samego stylu, choćby fabuła dotykała rzeczy trywialnych. Nie inaczej jest zresztą również w przypadku nowej książki, która do pewnego momentu przypomina raczej zbiór luźno splecionych ze sobą opowiadań. Dlatego problematyczne może wydać się niektórym czytanie tej książki jako powieści, bo zanim zabieg ten doczeka się jako takiego wytłumaczenia, do końca pozostanie niewiele kartek do przewrócenia. "Ślady" to, w sporym skrócie, zebrane na przestrzeni lat migawki z życia rozrzuconej po kraju rodziny - choć łączące ich więzi nie są zbyt wyeksponowane i nabierają większego znaczenia dopiero w późniejszej partii powieści - będące pretekstem do ukazania relacji międzyludzkich na tle przemian życiowych i zmieniającego się stale tła społecznego i kulturowego. Małecki, bez względu na okoliczności, nie traci jednak z oczu intymności tego, o czym pisze. "Ślady" nie są dla niego ani krokiem do tyłu, ani susem do przodu, raczej autor przystanął na moment, żeby złapać oddech przed następną powieścią.
@RY1@i02/2016/195/i02.2016.195.19600050c.802.jpg@RY2@
Bartosz Czartoryski
Wyprawa Johna Steinbecka i fotografa Roberta Capy do ZSRR w 1947 r. w pewnej mierze była porównywalna z tym, czego dziś doświadczają śmiałkowie z Zachodu próbujący dostać się do Korei Północnej. Steinbeck z ironią opisuje spotkanie z nieufnym przedstawicielem sowieckich władz, któremu dwóch reporterów ma wyspowiadać się z celu podróży i zamiarów, jakie za nią się kryją. Spotkanie zamienia się w osobliwy spektakl, w którym każdy umiejętnie gra swoją rolę. Amerykanie zgrywają naiwniaków, zapewniając, że nie interesuje ich polityka, chcą jedynie poznać życie ludzi, odkładając na bok uprzedzenia. Radziecki urzędnik wyraża zaniepokojenie, że wielu zachodnich dziennikarzy najpierw deklarowało swoją przychylność, by potem publikować u siebie pozbawione cienia prawdy paszkwile. Ostatecznie udaje się wypracować kompromis: władze ZSRR reżyserują podróż Steinbecka i Capy w najdrobniejszym detalu, ci zaś godzą się brać wszystko za dobrą monetę. Bawią w Leningradzie, Moskwie, Kijowie i Tbilisi, chwalą jadło i miejscowe atrakcje, doceniają dostatek ukraińskiej wsi i zalety życia w kołchozie, podziwiają urodę krzepkich przodownic pracy i prostolinijność radzieckiego ludu, z udawanym zrozumieniem przyjmują powszechny kult Stalina. "Dziennik z podróży do Rosji" w polskim tłumaczeniu ukazuje się po raz pierwszy, wydawnictwo Prószyński i S-ka popełniło jednak poważny błąd, nie opatrując polskiego wydania żadnym wstępem ani współczesnym komentarzem. Dzisiejszemu, zwłaszcza młodemu, czytelnikowi trudno połapać się, ile w sposobie opisywania Związku Sowieckiego przez Steinbecka jest gry i prób przemycania prawdy między wierszami, a ile naiwności.
@RY1@i02/2016/195/i02.2016.195.19600050c.803.jpg@RY2@
Malwina Wapińska
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu