Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Zdrowie

Chorzy na niedobór rozsądku

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 23 minuty

Uwierzyliśmy, że zdrowiem da się zarządzać cud-tabletkami - na sen, stres, pamięć, wagę, wzrok, seks... Suplementy diety stały się receptą na wszelkie zło. Brakuje jedynie suplementu rozsądku, lecz nikt nam go nie sprzeda. Nie opłaca się

@RY1@i02/2014/026/i02.2014.026.000001000.101.jpg@RY2@

Zażywanie witamin i mikroelementów w tabletkach to wyrzucanie pieniędzy - ogłosili amerykańscy naukowcy, eksperci panelu doradczego rządu Stanów Zjednoczonych - U.S. Preventive Services Task Force. - Mamy wystarczająco dużo dowodów, nie potrzebujemy już dodatkowych. Uznajemy dyskusję na ten temat za zamkniętą - oznajmiła dr Cynthia Mulrow z pisma "Annals of Internal Medicine", które opublikowało raport.

Przesłanie jest proste - przekonują autorzy analizy. Większość suplementów diety nie zapobiega chorobom, ich użycie nie ma uzasadnienia naukowego, może nawet zaszkodzić, dlatego powinno się ich unikać. Naukowcy przeanalizowali kilkadziesiąt badań renomowanych światowych instytutów nad suplementami diety i nie znaleźli dowodów, że chronią one np. przed chorobami serca czy nowotworami. Profesor Edgar Miller z Johns Hopkins University w Baltimore, jeden z autorów raportu, podkreśla, że modę na suplementy tworzy przemysł farmaceutyczny. Stara się on nas przekonać, że tryb życia w nowoczesnym świecie sprawia, iż masowo cierpimy na niedobory witamin i mikroelementów, dlatego musimy uzupełniać o nie dietę, by zachować dobrą kondycję. Według dr. Millera badania tego nie potwierdzają, co więcej, wynika z nich, że stan jest wręcz odwrotny - w krajach wysoko rozwiniętych obserwuje się poprawę, jeśli chodzi o przyswajanie tych składników.

Są leki gorsze od choroby

Do tak skrajnych wniosków z dystansem podchodzą polscy naukowcy. Sugerują, że raport jest raczej drastyczną próbą przywołania do rozsądku amerykańskiego społeczeństwa, które niezdrowo się odżywia, cierpi na otyłość i uzależniło się od suplementów w złudnym poczuciu, że po wizycie w fast foodzie wystarczy tabletka, by pomóc organizmowi. Zażywa je już co drugi Amerykanin, a wartość tego rynku przekroczyła tam 30 mld dol.

- Te badania pokazują, że trzeba być ostrożnym w stosowaniu suplementów. Jednak nie można powiedzieć, że leki są stuprocentowo bezpieczne, a suplementy zawsze ryzykowne - podkreśla prof. Katarzyna Stoś, kierownik Zakładu Żywności i Suplementów Diety w Instytucie Żywności i Żywienia.

W zawodach, kto zje więcej tabletek dziennie, staramy się dogonić Amerykę. Trzy lata temu co piąty z nas łykał co najmniej jedną taką tabletkę. Dziś szacunki mówią, że robi to co czwarty Polak. I nie poprzestaje już na jednej pastylce. Według ustaleń Instytutu Żywności i Żywienia najchętniej po suplementy sięgają mieszkańcy dużych miast, robi to nawet trzech na czterech ich mieszkańców. Statystyczny Polak nie rozróżnia przy tym suplementu od leku. Sięga po chemiczną pomoc, która jest najłatwiej dostępna, stąd duża popularność także leków bez recepty (OTC - over the counter drug), w tym wielu środków przeciwbólowych i przeciwzapalnych.

To potężny, dochodowy i dość odporny na kryzysy rynek. Światowa wartość rocznej sprzedaży OTC i suplementów diety zbliża się do 200 mld dol., z czego połowę stanowi ta druga grupa. W Polsce według opublikowanego przez serwis RynekZdrowia.pl raportu firmy badawczej PMR "Rynek produktów OTC w Polsce 2013. Prognozy rozwoju na lata 2013-2016" sprzedaż OTC osiągnęła w 2012 r. wartość 8,93 mld zł, a szacunki mówią, że w ciągu najbliższych czterech lat dynamika utrzyma się na poziomach dodatnich. Co ciekawe, jeszcze w 2009 r. Polacy zajmowali drugie (20 proc. udziału) po Rosji (50 proc. udziału) miejsce w sprzedaży OTC w Europie Środkowo-Wschodniej. W zeszłym roku byliśmy już pierwsi z połową udziału, a drugie miejsce zajęła Rumunia z zaledwie 12 proc. To pokazuje, jak Polska jest chłonna.

W przypadku suplementów diety obserwuje się podobnie dynamiczny rozwój - wprawdzie według danych PharmaExpert w 2012 r. rynek apteczny suplementów osiągnął wartość 2,2 mld zł, co oznacza spadek w porównaniu z rokiem 2011, ale względem 2009 r. to wzrost o 21,3 proc., a 2010 r. - o 11,6 proc. Szacunki mówią, że rynek ten będzie się rozwijał przynajmniej przez kilka lat w tempie kilku procent rocznie.

W ciągu ostatnich kilku lat w polskiej sieci sprzedaży pojawiło się już ponad 10 tys. różnych suplementów diety. I wciąż przybywają nowe, wspomagane zmasowaną kampanią reklamową. Eksperci biją na alarm, niepokoi ich niski stan wiedzy Polaków o tym, czym są suplementy, kiedy i jak powinno się je przyjmować. Wiedzę czerpiemy właściwie tylko z reklam, które wmawiają nam bzdury. Zdaniem polskich naukowców największy problem ze stosowaniem suplementów nie polega na ich nieskuteczności - o czym przekonują Amerykanie - tylko na skutkach ich przedawkowania.

- Trudno mówić o jakiejś powszechnej diecie Polaka, więc trudno ocenić, czego naszemu społeczeństwu brakuje. Każdy je co innego, dostarcza różnej ilości witamin - zauważa dr Jarosław Woroń z Zakładu Farmakologii Klinicznej Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie.

Absurdem jest więc twierdzenie - przekonuje naukowiec - że zimą nagle wszyscy mamy niedobory witaminy C albo że z wiekiem wszyscy tracimy cały ich alfabet. - Równie bzdurne jest wmawianie, że dzieci masowo cierpią na takie niedobory. To wszystko są marketingowe chwyty, które nie mają naukowych podstaw. Ludzie dają się na to nabierać, bo z reklam wynika, że jak nie wezmą tabletki, to może się coś złego z ich zdrowiem zdarzyć. A przecież już starożytni mawiali, że niektóre leki są gorsze od choroby - zauważa dr Woroń.

Dodaje, że bezmyślne zażywanie takich tabletek prewencyjnie, żeby się nie przeziębić albo wzmocnić na wiosnę, jest groźne dla organizmu, może bowiem wystąpić interakcja z przyjmowanymi lekami i nastąpi niekontrolowane nasilenie lub osłabienie ich działania. - Dawanie babci w prezencie np. suplementu z lecytyną to dramat i najgorsza rzecz, jaką można jej zrobić. Osoby starsze często zażywają na stałe silne leki, bo mają problemy z krążeniem czy żołądkiem. Zażycie dodatkowych substancji bez konsultacji z lekarzem może mieć opłakane skutki - ostrzega specjalista z Collegium Medicum.

- Suplement ma uzupełniać braki. Może nam brakować magnezu czy witaminy C. Ale nie 500 substancji, które królują w suplementach. Nikt nie udowodnił, że są one nam potrzebne. Niestety, demokracja to najlepszy z najgorszych ustrojów. Co nie jest zabronione, jest dozwolone. Cała tragedia w tym, że chodzi tu o żywność. Żeby wprowadzić na rynek nowy gatunek pleśniowego sera, potrzeba olbrzymiej wiedzy, dużo pieniędzy i profesjonalnego zakładu produkcyjnego. Wprowadzenie nowego suplementu to czysty marketing - ta żywność nie ma dobrego smaku czy zapachu, a dodatkowo prawie wszyscy uważają, że leczy. To syndrom XXI wieku - nie szczędzi słów krytyki prof. Zbigniew Fijałek, dyrektor Narodowego Instytutu Leków.

Maksymalna dawka i podwójna siła

Prawo unijne w zakresie suplementów diety jest niezwykle liberalne. Uznaje się je bowiem za żywność, a nie leki, co bardzo ułatwia ich wejście na rynek. Wystarczy powiadomienie właściwego krajowego organu o wprowadzeniu do obrotu. W Polsce jest nim Główny Inspektorat Sanitarny. To wystarczy, by sprzedawać swój produkt praktycznie w dowolnym punkcie handlowym, od aptek, przez stacje benzynowe, po sklepy. Suplementy diety z założenia nie leczą, nie zapobiegają chorobom i nie modyfikują funkcji fizjologicznych organizmu, zatem nikt nie musi udowadniać jakiegokolwiek działania. Jedyna istotna zmiana prawa w ostatnich latach to stworzenie unijnej listy oświadczeń zdrowotnych, czyli wykazu komunikatów stwierdzających lub sugerujących, że istnieje związek pomiędzy daną żywnością lub jednym z jej składników a zdrowiem.

- I tak kontrolujemy rynek bardziej rygorystycznie, niż zaleca Unia Europejska, czego dowodem są skargi na GIS do Komisji Europejskiej. W przypadku 30 proc. powiadomień o wprowadzeniu na rynek nowego suplementu mamy podejrzenie nieprawidłowości i wszczynamy postępowania, wzywając producentów np. do zmian na etykietach albo przedstawienia opinii z urzędu rejestracji leków, ewentualnie opinii naukowców, że dana kombinacja składników mieści się w kategorii żywności. Dwie firmy poskarżyły się do Komisji właśnie na te procedury, że zrzucamy na nie ciężar dowodu, iż ich produkt jest bezpieczny. Unia nakazuje, by to państwowe służby udowadniały ewentualną szkodliwość danego suplementu - tłumaczy rzecznik prasowy Głównego Inspektoratu Sanitarnego Jan Bondar.

W przypadku wykrycia substancji farmakologicznych sprawy kierowane są do prokuratury, gdyż celowe ich dodawanie do żywności to przestępstwo. - Można odnieść wrażenie, że niektóre kraje odpuściły sobie kontrolę suplementów. Dlatego znacznie częściej kwestionowane są produkty z importu niż te produkowane w kraju - podsumowuje Jan Bondar. Ponadto prawo nie przewiduje monitorowania skutków stosowania suplementów, tak jak to jest w przypadku leków. A jest co monitorować.

- Jesienią 2012 r. na terenie Unii przeprowadzono badania suplementów diety na odchudzanie pochodzących w większości z nielegalnych źródeł, choć część była także z aptek. Okazało się, że 47 proc. z nich zawierało niezadeklarowane lecznicze substancje aktywne. Głównie wycofaną trzy lata temu z powodu groźnych skutków ubocznych sibutraminę, pochodną amfetaminy. To psychotrop blokujący ośrodek głodu w mózgu, niebezpieczny dla układu sercowo-naczyniowego i powodujący uzależnienie - ostrzega prof. Zbigniew Fijałek.

Jakość wielu suplementów sprzedawanych legalnie także pozostawia - delikatnie mówiąc - wiele do życzenia. Narodowy Instytut Leków co roku bada niewielką próbkę tych środków dostępnych w aptekach. - Za każdym razem okazywało się, że kilka z nich zawierało substancje niewymienione w składzie, głównie aktywne substancje farmaceutyczne lub ich analogi. Najgorsze jest to, że suplementy sprzedawane są w aptekach, co je nobilituje, bo przecież apteka powinna być świątynią, która jest częścią opieki medycznej - mówi prof. Fijałek.

W 2011 r. naukowcy z Katedry i Zakładu Chemii Nieorganicznej i Analitycznej Collegium Medicum Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Bydgoszczy przeanalizowali skład siedmiu popularnych suplementów diety z witaminą C. Tylko w jednym preparacie zawartość witaminy była zgodna z wartością deklarowaną, trzy zawierały jej znacząco więcej, a w reszcie było jej zdecydowanie mniej.

Kolejny problem, na jaki zwracają uwagę specjaliści, to przyswajanie substancji połkniętej w tabletce. Marketingowe chwyty typu: 100 proc. zapotrzebowania, maksymalna dawka czy podwójna siła, nie mają potwierdzenia w wynikach badań.

- Weźmy pod lupę znany od lat żeń-szeń, który, jak wieść gminna niesie, zapewnia tysiąc lat zdrowia. Co z tego, że na opakowaniu jest informacja, że suplement zawiera np. 300 mg ekstraktu, skoro roślina pochodzi z przemysłowych hodowli w Europie, a nie z azjatyckich gór. I zawiera zerowe albo śladowe ilości substancji aktywnych. Producent tego już nie podaje, a informacja o zawartości żeń-szenia jest prawdziwa. I tak nas reklama nabiera przy większości takich produktów. Gdyby to były leki, to musiałoby zostać udowodnione, że ekstrakt jest standaryzowany na substancje aktywne i że przede wszystkim je zawiera - stwierdza prof. Fijałek.

Najmniej pochlebne opinie zbierają preparaty wielowitaminowe. - Nie ma człowieka, któremu nagle wszystkiego brakuje. Wielowitaminowa pastylka jest jak bomba, której rażenie jest nieznane. Nie wiemy, jak poszczególne składniki wpływają na siebie, nie wiemy, jak się wchłaniają, nie wiemy, w jakie interakcje wchodzą z lekami. Zwykle niewiele się dzieje w zdrowym organizmie po przedawkowaniu witamin, ale przy chorobie ich nadmiar może wywołać duże problemy - zastrzega dr Jarosław Woroń z krakowskiego Collegium Medicum.

Zwraca uwagę na paradoks. Moda na zdrowy tryb życia sprawiła, że suplementy diety zażywają najczęściej te osoby, które dobrze się odżywiają, dużo ćwiczą i dbają o kondycję organizmu. Dokładają jednak do tego pastylki witaminowe, bo tego wymaga w ich mniemaniu zdrowy styl życia. - Jeśli czuję się dobrze, ale chcę się poczuć lepiej, to suplement nie sprawi, że tak się stanie. Jeśli nie jestem chory, nie mam wskazań do suplementacji diety, to nie powinienem brać takich środków. Musimy wreszcie zdać sobie sprawę, że suplementy to nie lekarstwa ani żadne cudowne środki chroniące przed chorobami, tylko coś, co ma uzupełniać niedobory w żywieniu. To, czy je mamy, trzeba sprawdzić laboratoryjnie, a potem stosować kurację pod ścisłą kontrolą lekarską - mówi z naciskiem dr Jarosław Woroń. - Zasadność zażywania jest najważniejsza. Nie wolno przyjmować suplementów diety tak na wszelki wypadek, bo zobaczyliśmy w reklamie, że warto, że to dla naszego dobra. Nieświadomie możemy sobie zaszkodzić. Zanim sięgniemy po pastylkę, zapytajmy dietetyka, przebadajmy się, by stwierdzić, czego tak naprawdę brakuje naszemu organizmowi - radzi prof. Katarzyna Stoś.

Multiwitaminowa patologia

Amerykański raport wywołał w USA ostrą reakcję producentów suplementów diety. John Shaw, dyrektor Natural Products Association, organizacji zrzeszającej dostawców odżywek i detalistów, oświadczył, że jest zszokowany atakiem na przemysł, który promuje zdrowie.

W Polsce, ku zaskoczeniu, przedstawiciele branży generalnie zgadzają się, że na ich rynku pojawiła się patologia. - Branża farmaceutyczna zamieniła misję leczenia i pomagania ludziom w zarabianie pieniędzy na naiwnych. Niektórzy idą po bandzie, by osiągnąć jak największy zysk. W Stanach Zjednoczonych pojawiły się suplementy diety ujędrniające biust - breast up - i na zimne stopy. Mam nadzieję, że Polkom wciąż wystarczają dobry biustonosz i ciepłe skarpety - żartuje prof. Iwona Wawer, przewodnicząca zarządu Krajowej Rady Suplementów i Odżywek.

Szaleństwo na punkcie suplementów to jednak nie tylko wina branży, przyczyną jest też zachowanie konsumentów, którzy zamiast nad sobą pracować, wolą szybkie i łatwe rozwiązania.

- Suplementy diety stały się sposobem na zrealizowanie marzeń o szczęściu - istnieniu mitycznej czarodziejskiej pigułki, która zapewni zdrową wątrobę, serce, odchudzi w tydzień. A skoro można już ją zażyć, to zapomnieliśmy, że nie powinniśmy jeść szybko na mieście czy pozostawać cały dzień w pracy głodnymi, by wieczorem napchać się tuż przed snem. Zdrowie to wynik codziennego reżimu i jeśli zaczyna nam brakować witamin czy minerałów, to jest to skutek złego trybu życia. Suplement może jedynie doraźnie uzupełnić niedobory, ale to niewiele da, jeśli nie zmienimy sposobu odżywania - przyznaje prof. Iwona Wawer.

Przypomina, że kiedyś piło się kwaśne mleko, tradycyjne kompoty, jadło kapustę kwaszoną czy zupy jarzynowe gotowane na kości. Dziś, zwłaszcza w dużych miastach, nie robimy już przetworów na zimę, kupujemy kolorowe przesłodzone napoje, a produkowana przemysłowo żywność jest w dużym stopniu pozbawiona witamin i składników mineralnych. Czy jednak to oznacza, że masowo cierpimy na ich niedobory?

- Takie stwierdzenie byłoby nadużyciem. Każdy człowiek jest inny. Prawdą jest zaś to, że żywność w ostatnich latach jest za bardzo przetworzona. Brakuje np. błonnika, bo kupujemy białe bułeczki zamiast pełnoziarnistego pieczywa. Młodzi ludzie mają problemy ze stawami, bo jeżdżą na nartach, rowerze, ale przestali jadać flaczki, nóżki, galaretki i nie dostarczają organizmowi wystarczających ilości kolagenu. Można go przyjmować jako suplement, ale lepiej byłoby wrócić do tradycyjnego sposobu - bardziej wartościowo się odżywiać, zwracając uwagę na zwiększone potrzeby organizmu przy uprawianiu sportu. Łykanie tabletek multiwitaminowych, by zapewnić sobie dobre samopoczucie, jest bez sensu - ma się wtedy tylko, za przeproszeniem, multiwitaminową kupę - mówi wprost prof. Iwona Wawer.

Suplementacja powinna być personalna, zróżnicowana z uwagi na wiek, płeć i sposób życia. Apeluje więc, by zamiast pod wpływem reklam zażywać garściami suplementy - pójść do dietetyka. Przeprowadzi on analizę menu, pomoże zdiagnozować prawdziwe niedobory i lepiej zbilansować dietę.

Jedzenie zamiast tabletek

Przewodnicząca rady suplementów zgadza się też z negatywną opinią specjalistów na temat rzetelności reklam zlecanych przez branżę. - Firmy przesadzają. Na przykład "naturalny magnez" to reklama, która kpi z podstaw wiedzy. W przyrodzie występuje karnalit i węglan magnezu. W suplementach nie stosuje się karnalitu, ale cytrynian, diglicynian i kilka innych soli, i nie są to sole naturalne. Zabawny jest "magnez syntetyczny" - nie można przecież syntetyzować pierwiastka, chyba że syntezą jądrową. Magnezu nie syntetyzuje żadna, nawet najlepsza firma farmaceutyczna, produkują one jego sole. Byłabym za powstaniem komisji, która wzorem niektórych państw zachodnich sprawdza przed emisją reklamę, czy nie jest nadużyciem. To powinno oczywiście dotyczyć także leków bez recepty i wyrobów medycznych. Nadużycie zaufania konsumentów nie jest korzystne dla branży - mówi prof. Wawer.

Przyznaje, że wiele reklam jest nierzetelnych, bo sugeruje, że suplementy leczą. Rada wysyła producentom upomnienia z prośbą, by zmienili nieprawdziwe informacje. Jednym z głównych powodów nasilenia takich chwytów reklamowych jest z jednej strony duża konkurencja - jeszcze niedawno na polskim rynku operowało zaledwie kilkanaście firm, dziś jest ich ponad 300 - plus nieokiełznany handel w internecie, z drugiej niska wiedza Polaków, którzy przyjmują przekazy reklamowe bezrefleksyjnie. To się po prostu opłaca - jeśli sztab specjalistów wymyśli atrakcyjne hasło, trafi w obawy czy nadzieje konsumentów wierzących, że tabletka pomoże na wszelkie dolegliwości albo ochroni przed chorobami, zwrot z reklamowej inwestycji jest szybki. O tym, jak atrakcyjny jest to sposób na dotarcie do klienta, świadczą wyniki rynku reklamowego - z danych firmy Kantar Media wynika, że w 2013 r. najwięcej na reklamę w mediach wydała jedna z czołowych polskich firm farmaceutycznych - było to 960,5 mln zł, o 11,9 proc. więcej niż rok wcześniej. Zawodnik z drugiego miejsca wydał prawie połowę.

- Mówi się, że rozwój to dwa kroki w przód, jeden w tył. Kiedyś popularne były koszule non iron, ale wycofaliśmy się, dziś króluje bawełna. Jeszcze niedawno masowo używaliśmy torebek plastikowych, dziś w dobrym tonie jest wyjście na zakupy z torbą papierową. Teraz mamy zalew suplementów, ale myślę, że niebawem zrobimy mały krok wstecz. Zostaną na rynku te suplementy, które są potrzebne, bo pomagają pokryć rzeczywiste niedobory dietetyczne - jod, selen, wapń, magnez, niektóre witaminy, błonnik pokarmowy, ekstrakty roślinne. Ludzie nie zechcą codziennie łykać garści kapsułek, producenci zaczną więc produkować żywność bogatą w potrzebne składniki. Polubimy odżywki i żywność funkcjonalną. Może zaczniemy uprawiać zioła i sałatę w ogródkach i na balkonach? - mówi z nadzieją prof. Iwona Wawer.

@RY1@i02/2014/026/i02.2014.026.000001000.102.jpg@RY2@

Getty Images, Shutterstock

Rafał Drzewiecki

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.