Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Życie to nie gra komputerowa

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty

Częściej mówi się, że grywalizacja to następny krok w nowoczesnej polityce samorządowej. Nawet taki cyberentuzjasta jak ja ma z tym problem

Z Alkiem Tarkowskim rozmawia Rafał Woś

Co czytasz?

Ostatnio o grywalizacji. Niektórzy mówią też gamifikacja. Zirytował mnie ten fenomen.

Co to w ogóle jest?

To przeświadczenie, że mechanizmy z gier komputerowych - takie jak zdobywanie punktów i nagród - można z powodzeniem stosować w innych dziedzinach życia. W Polsce pisał o tym ostatnio Paweł Tkaczyk w książce "Grywalizacja". On akurat przenosi fenomen gamifikacji do marketingu. Jeszcze dalej idzie najbardziej chyba znana orędowniczka grywalizacji Jane McGonigal. To trzydziestoparoletnia projektantka gier, która kilka lat temu napisała książkę "Reality Is Broken: Why Games Make Us Better And How They Can Change the World" ("Rzeczywistość nie działa. Dlaczego gry mogą zmienić świat i uczynić nas lepszymi"). I ona już zaczyna opowiadać, że gamifikacja to nie tylko użyteczne narzędzie biznesowe. Jej zdaniem to sposób na życie. Na fali zainteresowania gamifikacją w Stanach Zjednoczonych pisze się coraz więcej o "grywalizacji administracji" albo o tym, że gamifikacja to następny krok w nowoczesnej polityce samorządowej. I z tym nawet taki cyberentuzjasta jak ja ma już problem.

Dlaczego?

Paweł Tkaczyk pisze w swojej książce, że sięgnięcie po narzędzia gamifikacji przyniesie więcej frajdy. Moje podstawowe pytanie brzmi: czy życie powinno być frajdą? A jeśli tak, to w których elementach? Takie dziedziny jak gotowanie czy zakupy - oczywiście. Jeśli ktoś chce, to proszę bardzo. Można sobie wyobrazić aplikacje online, które przyznają punkty. Posiekałeś marchewkę? Świetnie, dwa punkty. Ugotowałeś ryż? Brawo, pięć punktów. Choć osobiście uważam gotowanie za wystarczająco przyjemne. Ale już na przykład wybory? Albo polityka? Czy one mają być punktowaną zabawą?

Czemu nie?

Można sobie wyobrazić polityków, którzy muszą zbierać jakieś punkciki. Największy gadacz miesiąca. Albo nowy rekord - siedem złożonych nowelizacji. Są zresztą takie projekty. Na przykład Sejmometr zrobiony przez fundację E-państwo. Serwis, który prezentuje dane z Sejmu w dużo bardziej przystępny i nowoczesny sposób - ale też nieco "grywalizujący". Do tego przyda się komputer (Tarkowski otwiera komputer i wchodzi na stronę Sejmometru - red.). Weźmy na przykład posła Tuska. Gdyby się opierać tylko na jego wynikach przedstawionych na tej stronie, można odnieść wrażenie, że to jakiś trzeciorzędny polityk. Żadnych projektów ustaw. Patrząc na jego niski poziom zbuntowania przeciw własnej partii (tam jest taka kategoria), można odnieść wrażenie, że pan Tusk to nic innego jak bierna maszynka do głosowania. Nie chodzi mi tu o krytykę samego Sejmometru, na pewno warto analizować złożone dane. Ale ich analiza nie jest prosta, tymczasem grywalizacja proponuje proste rozwiązania. Podobne zagrożenia wiążą się z infografikami - które także starają się opakować złożone zjawiska w łatwe do przyswojenia obrazy. Ale problem jest jeszcze głębszy.

Co to znaczy?

Mamy dziś poważny problem z zaangażowaniem obywateli w politykę. I być może internet, skracający dystans komunikacji, może służyć pomocą. Ale należy to robić subtelnie i z głową - czego grywalizacja jest przeciwieństwem. Mnie irytuje ta część kalifornijskiej cyberideologii polegająca na przeświadczeniu, że wszystkie problemy świata da się szybko i łatwo rozwiązać. Cała ludzkość trwała do tej pory w ciemnocie, ale garstka młokosów z Doliny Krzemowej za pomocą swoich cyberaplikacji lub nawet samych mechanizmów z nich zapożyczonych niesie światu nowe oświecenie. Tymczasem to wszystko nie do końca jest takie proste. Złudne jest już choćby przeświadczenie, że wszystko da się sparametryzować i policzyć. Grywalizacja okazuje się odmianą szerszego trendu zmierzającego do nadzorowania, mierzenia i algorytmizowania wszystkiego. A do tego sugeruje, że będziemy mieć z tego frajdę. Tymczasem wpływu i sprawności polityka czy urzędnika nie da się tak łatwo zmierzyć. A już na pewno nie przez to, że każe się im zdobywać kolejne levele czy "życia". Podobnie zaangażowanie obywateli w życie publiczne nie może wynikać z chęci zdobycia punktów w "zgrywalizowanym" procesie wyborczym.

Przypomina mi to trochę modną w latach 80. i 90. teorię new public management, w myśl której administrację publiczną można usprawnić, wprowadzając do niej mechanizmy znane z prywatnego biznesu. Efekt był jednak taki, że urzędnicy więcej czasu poświęcali na wewnętrzne audyty albo okresową ocenę swoich kolegów niż na załatwianie spraw interesantów.

Z grami jest jeszcze ten problem, że oferują one zazwyczaj bardzo proste i ściśle zdefiniowane cele. Na przykład zgromadzić tyle i tyle surowca albo pokonać tylu i tylu przeciwników. Ale jeśli chcemy te mechanizmy zastosować do czegoś tak skomplikowanego jak życie publiczne, natychmiast zaczynają się problemy. Jeśli grywalizacja działa w takich branżach jak marketing, to świetnie. I niech te pomysły w takich branżach pozostaną. Z gier możemy się dużo nauczyć, ale nie traktujmy całego naszego życia, prywatnego i społecznego, jak wielkiej komputerowej gry.

@RY1@i02/2013/144/i02.2013.144.00000230a.802.jpg@RY2@

Marek Matusiak

Alek Tarkowski socjolog internetu, dyrektor Centrum Cyfrowego Projekt: Polska i koordynator polskiego oddziału Creative Commons. W latach 2008-2011 członek zespołu doradców strategicznych przy premierze

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.